„Wyspa” Eugenii Balakirevej w reż. autorki i „Koriolan” Williama Shakespeare'a w reż. Jadwigi Klaty w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Tomasz Pytko na blogu Chodźże do Teatru.
Choć od premier obu tych spektakli minęło już trochę czasu, nie potrafię i nie chcę przejść obok nich obojętnie. Szczególnie teraz, gdy nadarza się idealna okazja, by je nadrobić – oba tytuły wracają na afisz już w drugiej połowie czerwca.
Mowa o dwóch debiutanckich realizacjach, które można oglądać w Domu Machin – kameralnej scenie na tyłach gmachu głównego Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Ta przestrzeń od lat kojarzy mi się z teatrem niezwykle skupionym, intymnym i poruszającym najważniejsze sprawy (w końcu to tutaj swoje świetne, czułe spektakle realizuje Iwona Kempa). Cieszy fakt, że obecna dyrekcja postanowiła pójść tym tropem i sprofilować Dom Machin również jako miejsce dla artystycznych debiutów, w tym dla laureatów Forum Młodej Reżyserii.
Kameralność tej sceny wcale nie oznacza uproszczeń. Wręcz przeciwnie – obie sztuki odkryły przede mną spore możliwości sceniczne tej z pozoru niewielkiej przestrzeni. W pamięci wciąż mam krwawą „Rabację” w reżyserii Jakuba Roszkowskiego sprzed ponad dziesięciu lat, która poruszyła tę przestrzeń na każdym poziomie. Obecnie młode twórczynie udowadniają, że gdy pojawia się budżet, to „nie przejadają go”, ale mądrze inwestują w scenografię, światło, autorską muzykę, a także odważnie spoglądają w stronę ruchu oraz choreografii, stawiając na bliskie spotkanie z widzem.
Co ważne, dla mnie głównym punktem wspólnym obu produkcji jest kolektywność, która staje się cechą charakterystyczną dla wschodzącego pokolenia artystek i artystów. Młodzi chcą ze sobą współpracować – oby jak najdłużej! – chcą tworzyć wspólne dzieła i dzięki tej widocznej synergii ich przekaz odbiera się niezwykle kompletnie. W czerwcowym repertuarze czekają na Was dwa skrajnie różne, ale równie intrygujące, mocne kobiece głosy o zupełnie odmiennej stylistyce i dynamice.
„Wyspa” – znikające światy i intymna pamięć
W przypadku „Wyspy” poprzeczka wisiała wysoko. Duet Eugenia Balakireva (tekst i reżyseria) oraz Krzysztof Zygucki (dramaturgia) dał się już poznać ze świetnej strony spektaklem „Chłopacy” w Teatrze Śląskim w Katowicach. Tym razem kończąca Wydział Reżyserii Dramatu na krakowskiej AST Balakireva dotyka tematu traumy transgeneracyjnej.
Punktem wyjścia jest tu konkretna, zakorzeniona w rodzinnej historii reżyserki opowieść o wsi, która zniknęła pod wodą z powodu budowy wielkiego zbiornika retencyjnego. Oglądamy bohaterów w momencie granicznym: dom, jaki znają, za chwilę przestanie istnieć. Balakireva bardzo sprawnie kreśli portrety ludzkich postaw wobec nadchodzącego końca: od młodzieńczej, buńczucznej chęci ucieczki do miasta w wykonaniu Igora (Karol Kubasiewicz), po głęboką niezgodę seniorki rodu, babci Haliny (Bożena Adamek), która uważa, że starych drzew się nie przesadza. Świat ten obserwujemy trochę z boku, oczami tajemniczego etnografa Damiana (Krzysztof Zarzecki), który wkracza do wsi w poszukiwaniu ludowych pieśni, lawirując w malignie między jawą a snem. Ta nieoczywista postać momentami przypomina wręcz uosobienie samej śmierci pukającej do drzwi domostwa – a może to duchy przodków przybywające w momencie próby?
To, co uważam za szalenie mocny punkt w „Wyspie”, to niesamowita gra dźwiękiem, światłem i obrazem, które są tu pierwszoplanowym elementem. Scenografia i kostiumy Jerzego Basiury toną w melancholijnej, niemal poetyckiej szarości, która kojarzy się ze starymi kliszami fotograficznymi. Ta monochromatyczność została jednak przełamana subtelnymi akcentami: kostiumami z mieniącymi się, czerwonymi wzorami etno oraz precyzyjną reżyserią świateł Moniki Stolarskiej. Światło wybija się tu spod nóg, dopełnia każdy element sceny i plastycznie rysuje miejsce akcji. Aktorsko to niezwykle spójna, precyzyjna układanka, w której obok pełnej energii Wandy Skorny zachwyca Bożena Adamek, ucieleśniająca miłość i ciepło wszystkich babć świata. Sztuka poprzez swój uniwersalizm staje się raniącym, nienachalnie smutnym obrazem tęsknoty za bezpiecznym gniazdem, którego już nigdy nie uda się odzyskać. Kluczowy staje się tu wątek biograficzny białoruskiego pochodzenia reżyserki, której matka i babka snuły podobną historię, a którą ona sama odkrywa w sobie na przestrzeni lat.
„Koriolan” – bunt niby-aktywizmu i lekcja pokory
Z zupełnie inną dynamiką i temperaturą sporu mamy do czynienia w „Koriolanie” w reżyserii Jadwigi Klaty. Szekspir zawsze będzie Szekspirem i nad tekstem autorskim ma tę przewagę, że niesie ze sobą klasyczny fundament i tradycję czytania tekstu przez wieki. Jednak młoda reżyserka przepuściła go przez własną, niezwykle aktualną wrażliwość. Klata operuje słowem oszczędnie i z namysłem, wydobywając na wierzch czysty konflikt. W nieco ponad godzinnym spektaklu przeprowadza nas przez fazy wzrostu i upadku lidera.
Tytułowy Koriolan staje się tutaj aktywistką. Kluczowa dla spektaklu okazuje się niezwykle wyrazista rola Aliny Szczegielniak, która z olbrzymią, młodzieńczą energią, aktywnie i aktywistycznie prowadzi całą sceniczną narrację. Jej bunt manifestuje się w głośnym wykonaniu piosenki „War Isn't Murder”, z uderzającymi frazami jak: „Porozmawiajmy o zmarłych. W sensie, zmarli ludzie”. Wizerunek sceniczny dopełniają świetne kostiumy Zuzanny Tymińskiej – ciężkie glany, ciemny makijaż oraz spódnica stworzona z pasów, będących atrybutem męskości, a raczej przemocowości. Zderzono je z długimi linami zawiązanymi niczym kobiece warkocze; to one koniec końców obezwładniają żądzę władzy doświadczonego przywódcy. Wizualna strona spektaklu robi ogromną robotę. W połączeniu z surową scenografią i grą czerwonych świateł buduje przerażający, ostateczny obraz świata dotkniętego kryzysem – a może znajdujemy się już u bram piekielnych, w wyrwie po wielkim Rzymie? Za te aspekty odpowiada Wojciech Miks, który sprowadza akcję do poziomu poniżej widowni, przez co widzowie przez większość spektaklu spoglądają z góry na wydarzenia toczące się przy pozostałościach korynckich kolumn.
Wojownicza i zwycięska główna bohaterka, współczesna aktywistka, zostaje poddana bolesnej próbie – utracie szacunku, zapomnieniu glorii oraz zderzeniu z egotycznymi cechami upadającego lidera.
Reżyserka naprawdę zręcznie poprowadziła w tej surowej konwencji kilkupokoleniową obsadę, która płynnie wciela się w różne role. Znakomicie swoje doświadczone, ale jednocześnie subtelne oblicze pokazuje wspomniana już Bożena Adamek. Co niezwykle ciekawe, ta wybitna aktorka występuje w obu tych debiutanckich spektaklach, spinając je piękną klamrą dojrzałego aktorstwa. Dobitny i magnetyczny jest Tomasz Wysocki jako Aufidiusz. Wysocki – na co dzień również pedagog w krakowskiej AST, z którym studenci bardzo cenią sobie pracę – wykorzystując swój niski głos i ojcowski spokój, budzi na scenie prawdziwą grozę, wyprowadzając bunt przeciwko Koriolanowi. Aktorską i pokoleniową synergię zamyka debiutująca w tym sezonie, świetna Oliwia Druczak.
Podsumowanie
Zarówno „Wyspa”, jak i „Koriolan” to przedstawienia o zupełnie innych stylistykach i temperaturach, ale połączone dojrzałością formalną, ambicją i niesamowitą energią młodego teatru. Te dwa kobiece głosy reżyserskie idealnie udowadniają, że Dom Machin wyrósł obecnie na jeden z najciekawszych punktów na teatralnej mapie Krakowa. Nie przechodźcie obok nich obojętnie.
Chodźże do teatru!