„Prezent” Phila Olsona w reż. Anety Groszyńskiej-Kąckiej w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
W ostatnim czasie w Warszawie można zobaczyć kilka spektakli teatralnych poruszających tak zwany temat ostateczny, czyli śmierć. Na przykład, w Teatrze Współczesnym jest to „Laborantka” Elli Road w reżyserii Anny Gryszkówny; w Teatrze Polonia – „Extasy show” Constanze Dennig w reżyserii Tomasza Mana; ostatnio w teatrze TV - „Ruda” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i Wawrzyńca Kostrzewskiego, w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego, a od 18 października 2025 r. w Teatrze Komedia – „Prezent” autorstwa Phila Olsona, wyreżyserowany przez Anetę Groszyńską-Kącką. Wszystkie traktują o śmierci i zdarzeniach z nią związanych, a także o jej wpływie na najbliższe osoby. Nie ma co ukrywać, ten koniec spotka nas wszystkich, a większość z nas musiała się już zmierzyć ze śmiercią bliskich nam osób. Jakby to nie zabrzmiało: śmierć jest częścią życia! Jeszcze do nie dawna była ona traktowana jak coś naturalnego. Dopiero w czasach współczesnych została zepchnięta na margines. Paradoks polega na tym, że dotyczy to śmierci bliskich nam osób. Nie rozmawia się na ten temat, rzadko kto ma spisany w młodości lub w wieku średnim testament. Natomiast we wszystkich mediach śmierć jest wszechobecna. Wszystkie stacje telewizyjne, media społecznościowe czy kina pokazują ją na wszelkie możliwe sposoby. Nic dziwnego, że również autorzy scenariuszy teatralnych zaczynają zwracać uwagę na ten temat. Każda z wymienionych wyżej sztuk podchodzi do tematu śmierci osób najbliższych w inny sposób.
„Prezent” w Teatrze Komedia jest tak zwaną czarną komedią. Akcja opiera się na starym i wypróbowanym już wielokrotnie motywie: duch zmarłej osoby (Katarzyna Figura, jako duch zmarłej Mamy), który pojawia się wśród żywych, powoduje mnóstwo najróżniejszych perturbacji. Inscenizacja w Komedii jest polską prapremierą, więc jej reżyserka (Aneta Groszyńska-Kącka) nie mogła powielać wcześniejszych wzorców. Wszystko, co oglądamy na głównej scenie żoliborskiego teatru jest jej autorskim pomysłem. A jest on wspaniale wymyślony i przeprowadzony. Z punktu widzenia odbiorcy „gołym okiem” widać, że w tym przypadku fundamentalną okazała się współpraca ze scenografką i kostiumolożką – Zuzanną Markiewicz. Dawno nie widziałem tak znakomicie rozplanowanej, wspaniałej wizualnie i funkcjonalnej scenografii, jak w tym spektaklu. W przestrzeni stworzonej przez Markiewicz, reżyserka miała pełen komfort pracy i mogła sobie pozwolić na różne smaczki sceniczne.
„Prezent” jest wspaniałą, wielowarstwową sztuką. Akcja dzieje się w dniu 60-tych urodzin wdowca, ojca dwóch córek. W tych rolach występują: Marek Kalita (Tata), Julia Banasiewicz (młodsza córka Brittney) i Agnieszka Skrzypczak (starsza córka Kat). A więc są już cztery osoby (łącznie z duchem) o krańcowo różnych charakterach. Zapewniam Państwa, że stwarza to niezłą mieszankę wybuchową. Ale jak przystało na tego typu komedie są jeszcze: stale czuwająca, wścibska sąsiadka (Robert Ostolski jako Pani Norguist), młody, przystojny sąsiad, wzdychający do jednej z córek (Filip Lipiecki jako Kevin), no i last but not least, zagadkowa Trish (Paulina Holtz) Dzieje się! A ilość zaskakujących sytuacji i zwrotów akcji może zadowolić najbardziej wybrednego konesera. Mnie w tym spektaklu zaimponowała widoczna praca reżyserki, dzięki której widz nawet nie zauważa, że ta lekka, łatwa i przyjemna komedyjka zaczyna przeistaczać się w spektakl poruszający fundamentalne kwestie istniejące chyba w każdej rodzinie. Bo wszędzie są relacja między dziećmi i rodzicami; w przypadku rodzeństwa między nim, a także między każdym z nich, a każdym z rodziców oddzielnie, oczywiście między małżonkami również. No i co również oczywiste, w przypadku śmierci jednego z nich, te rodzinne relacje komplikują się. Mistrzostwo tego tekstu i reżyserki oraz autorki scenariusza polega na tym, że te wszystkie wątki potraktowane są poważnie, ale równocześnie z ogromnym ciepłem, zrozumieniem i przyjaznym uśmiechem. W czasie rzeczywistym do widza dociera przekaz pozytywny, często wręcz humorystyczny. Znakomicie pokazane jest jak powinno się rozwiązywać nawet najtrudniejsze dylematy rodzinne, ponieważ często okazuje się, że są one wyolbrzymione albo mogłyby być już dawno, dawno temu rozwiązane. A tak naprawdę to często w ogóle ich nie było, tylko gdzieś tam myśl o nich zagnieździła się w głowach, nie zostały wyjaśnione w zalążku i z latami rosły i olbrzymiały.
Przy tym spektaklu Aneta Groszyńska-Kącka może zapisać na swoje konto jeszcze jeden sukces, tj. dobór obsady.
Katarzyna Figura (Mama) jest znakomita! Niby duch, niby taka lekko eteryczna i spowolniona, ale jednak pełna energii i w wielu sytuacjach bardzo żywotna! Jej postać i ruch sceniczny powodują, że akustyk ani na chwilę nie może tracić z oka toczącej się akcji. Jest to związane z kapitalnym trikiem scenograficznym. Figura gra na pełnej gamie emocji: od wybuchów śmiechu (szczególnie w pierwszej części), do nie skrywanych ocierań załzawionych oczu. Powtarzam – znakomita rola!
Marek Kalita (Tata) – wdowiec i ojciec dwóch, dorosłych córek. W bardzo prawdziwy sposób pokazuje jak zachowywać się w traumatycznym klinczu: przeżywaniu żałoby – wszak od śmierci żony minęło dopiero jedenaście miesięcy; ciągłym obwinianiu się za tę śmierć; byciem ojcem dwóch córek, z których szczególnie z tą starszą relacje są bardzo złe; a wreszcie z funkcjonowaniem w życiu codziennym, które rządzi się swoimi naturalnymi prawami. Kalita wspaniale daje sobie radę z tymi wszystkimi zawiłościami.
Julia Banasiewicz (Brittney, młodsza z córek). Studentka V roku Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, znakomicie radzi sobie z wcale nie łatwą rolą. Autor i reżyserka przez długi czas sugerują widzom, że jest to klasyczna „głupiutka blondynka z dowcipów” i Banasiewicz faktycznie tak gra. Tyle tylko, że nie do końca, bo co i raz daje sygnały zarówno w zachowaniu, jak i w rozmowach, że „Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi” (Adam Mickiewicz, Scena VII - III części „Dziadów”). A jak już zstąpimy, to okaże się nam mądra, bystra, twardo stąpająca po ziemi, a w dodatku miła i kochająca rodzinę dziewczyna. Bardzo dobra rola na początku przygody na zawodowych deskach teatralnych.
Paulina Holtz (Trish). Tajemnicza postać, znakomicie poprowadzona przez reżyserkę i samą aktorkę. Od pierwszego pojawienia kryje w sobie jakąś tajemnicę, tylko jestem skłonny założyć się, że nie ma na widowni nikogo, kto odgadłby o co chodzi. Znowu wspaniała praca reżyserki i aktorki, bo wszyscy (łącznie ze mną) przypuszczają, że coś jest na rzeczy, ale to coś jest totalnie nie tym o czym wszyscy myślą. Brawo!
Agnieszka Skrzypczak (Kat). Personifikacja wszelkich możliwych przypadków opisywanych w podręcznikach z zakresu psychologii, psychiatrii, wszystkich możliwych terapii, coachingu, itp. Chyba najtrudniejsza i najbardziej wymagająca ze wszystkich ról w tym spektaklu. Bardzo łatwo można było zaliczyć skuchę. Ale przecież wspomniałem wyżej o znakomitym obsadzeniu poszczególnych ról. Obserwując Kat graną przez Skrzypczak dostałem sporo z wrażeń i emocji, po które przychodzi się do teatru: irytację, złość, niechęć, jakąś formę litości, zainteresowanie, zaskoczenie, coraz większe zrozumienie, ba! Wraz z rozwojem sytuacji, sąsiadki na widowni zaczęły ocierać oczy i ja im się wcale nie dziwiłem. Gratulacje dla Agnieszki Skrzypczak za pokaz bardzo dobrego aktorstwa.
Filip Lipiecki (Kevin) znakomicie wywiązuje się z bycia chłopakiem z sąsiedztwa, od szkolnych lat zainteresowanym jedną z córek. Jego rozmowy z każdą z nich są chwilami rozczulające i nie jednemu z panów obecnych na widowni, mogły przypominać lata szczenięce. Lipiecki idealnie wpasował się w tę właśnie postać.
Robert Ostolski (Pani Norguist). Rewelacja! Niby kolejny stary myk teatralny, czyli w tym przypadku facet grający kobietę, ale to też trzeba umieć i wykonać z klasą. Dla mnie wyznacznikiem oceny gry Ostolskiego niech będzie to, że jego postać nieodparcie kojarzyła mi się z Panią Doubtfire, z filmu pod tym samym tytułem, w reżyserii Chrisa Columbusa i fenomenalnym Robinem Williamsem w roli tytułowej. Gratuluję wszystkim osobom, które wpadły na ten pomysł i przekonały Ostolskiego do tej postaci, a jemu samemu za ten brylancik, bo to rola palce lizać. Szkoda, że pojawia się tylko kilka razy i to na krótko. Charakteryzacja i gra rewelacyjne.
Bardzo polecam Państwu ten słodko-gorzki spektakl. Oglądając go miałem nieodparte odczucie, że zarówno twórcy, jak i wykonawcy włożyli w niego duże pokłady ciepła i zrozumienia dla pokazywanych problemów i postaci. To się widzi i słyszy! Całe szczęście, że są jeszcze artyści potrafiący poruszać bardzo istotne, życiowe (chociaż zahaczające o śmierć) tematy, w sposób „przyjazny” i pogodny, a nie pomnikowo-odstręczający.
Jestem prawie pewien, że po „Prezencie” Phila Olsona wyreżyserowanym przez Anetę Groszyńską-Kącką w Teatrze Komedia odczują Państwo coś w rodzaju katarsis. Bo, o ile forma jest jasno określona – komedia – to treść jest już bardziej skomplikowana. W tej rodzinie obserwujemy naprawdę poważne napięcia i konflikty. Chwilami wcale nie jest miło. Czyli samo życie! I w takich sytuacjach każdy z nas powinien mieć możliwość kontaktu z takim duchem, jaki miała Kate. Nie ważne, czy będzie on wytworem wyobraźni (jak sądzi przez długi czas Kate), czy będzie realnym duchem „z krwi i kości”, jak przekonuje zmarła przed niecałym rokiem Mama!
Znakomity pod każdym względem spektakl. Gorąco polecam!
Należy wspomnieć jeszcze o dwójce współtwórców, którzy wnieśli niepośledni wkład w ten wspaniały, według mnie, efekt końcowy. Są to tłumaczka tekstu – Elżbieta Woźniak i reżyser światła – Marek Klepczarek – dla którego był to debiut w tej roli. Gratuluję i oby tak dalej.