Logo
Recenzje

Okiem Obserwatora: Lekcje tańca

16.07.2025, 08:33 Wersja do druku

„Lekcje tańca” Marka St. Germaina w reż. Michała Staszczaka w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. mat. teatru

Nareszcie zdobyłem dowód na istnienie zjawiska zakrzywienia czasoprzestrzeni, czyli możliwości przenoszenia się w czasie. Absolutna większość ludzi ustawi na osi czasu rok 1988 przed rokiem 2024, a nawet poda, jaka jest różnica w latach między nimi (36). Matematycznie to się zgadza. 

No więc cofnijmy się o te prawie cztery dekady i obejrzyjmy jeden z najlepszych w historii filmów – „Rain Man” w reżyserii Barry’ego Levinsona (1988 r.). Otrzymał osiem nominacji do nagrody Oscara, a zdobył cztery, wszystkie najważniejsze: za najlepszy film (Mark Johnson), za najlepszą reżyserię (Barry Levinson), za najlepszy scenariusz oryginalny (Ronald Bass i Barry Morrow) i wreszcie (co w tym przypadku najistotniejsze) dla najlepszego aktora (Dustin Hoffman). No właśnie! Od dziesięcioleci postać Charliego Babbitta, czyli tytułowego Rain Mana, ma status kultowej i stanowi punkt odniesienia dla wielu aktorów mających wcielać się w autystycznych sawantów (osób w spektrum autyzmu, będących geniuszami w pewnej bardzo wąskiej dziedzinie, z reguły związanej z matematyką), a określenie „rain man” weszło do języka potocznego. Też tak uważałem, aż do chwili, gdy obejrzałem „Lekcje tańca”, której autorem jest amerykański pisarz, dramatopisarz, scenarzysta telewizyjny i filmowy, autor librett do musicali – Mark St. Germain. Tę sztukę w znakomitym przekładzie Bogusławy Plisz-Góral wyreżyserował na małej scenie im. Jana Kobuszewskiego w Teatrze Kwadrat Michał Staszczak, który stworzył również oprawę muzyczną do spektaklu (premiera 2024 r.). Sztuka jest kameralna, występują w niej dwie osoby: młoda tancerka – Senga Quinn i wykładowca z wyższej uczelni, profesor Ever Montgomery. W postacie te wcielili się  Anna Karczmarczyk i Andrzej Andrzejewski.

I tu dochodzimy do mojego epokowego odkrycia dowodu na istnienie podróży w czasie. Jeszcze dla pewności, zaraz po spektaklu w Teatrze Kwadrat, obejrzałem po raz enty „Rain Mana” i upewniłem się, że to nie Andrzej Andrzejewski wzorował się na Dustinie Hoffmanie, tylko Dustin Hoffman przemieścił się w czasie, obejrzał warszawskie przedstawienie, a później naśladował Andrzejewskiego grającego autystycznego sawanta. Właściwie uważam, że to jest najtrafniejsza ocena tego, co pokazuje Andrzejewski w tym przedstawieniu trwającym około godziny i czterdziestu minut. Przez cały ten czas Andrzejewski nie wypada nawet na ułamek sekundy z roli, a to co pokazuje na scenie wymagałoby dłuższej dysertacji, podpartej fachowymi określeniami. Ja, z pozycji szarego bywalca sal teatralnych, uważam tę rolę za wybitną w każdym aspekcie aktorskim.

Przy takich superlatywach dotyczących partnera,  Anna Karczmarczyk jako Senga Quinn miała poprzeczkę zawieszoną na niebotycznej wysokości. I tu użyję jednego z najpopularniejszych obecnie zwrotów w języku potocznym i oficjalnym: „DOWOZI!”. Jest absolutnie równorzędną partnerką dla Andrzejewskiego. A jej postać też nie jest łatwa do zagrania. Niby tzw. „normalna” dziewczyna. Młoda, ładna, odnosząca do tej pory same sukcesy, mająca przed sobą wspaniałe perspektywy zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. I nagle karta się odwraca. Gdy tylko wstanie z tapczanu, natychmiast dowiadujemy się o fizycznym urazie. W miarę upływu czasu okazuje się, że jest on dużo bardziej poważny niż wyglądał na pierwszy rzut oka. A później wychodzi na jaw, że to nie jedyny rodzaj pokiereszowania jaki ją spotkał w ostatnim czasie. Każdy z nich wystarczyłby do spowodowania u Sengi totalnego załamania psychicznego. I w takim to momencie jej życia los, przy pomocy dozorcy, styka ze sobą dwójkę bohaterów, która w innych okolicznościach nie miałaby szans na spotkanie. Dzięki temu widzownie od 2014 roku, w którym to odbyła się w Stanach Zjednoczonych światowa prapremiera Dancing Lessons, mają szansę przez ponad półtorej godziny delektować się znakomicie napisanym i mądrym tekstem. Oczywiście nie widziałem inscenizacji amerykańskiej, ale ta warszawska z Teatru Kwadrat dodaje do tego jeszcze aktorstwo na najwyższym poziomie. Bo zarówno Anna Karczmarczyk, jak i Andrzej Andrzejewski stwarzają fantastyczne kreacje, które fascynują już w czasie oglądania a później, już po wyjściu z teatru, na długo pozostają w pamięci.

Dzięki grze tej dwójki artystów „Lekcje tańca” to nie tylko komedia, chociaż widownia co i raz wybucha szczerym śmiechem. Karczmarczyk i Andrzejewski fenomenalnie odkrywają przed nami kolejne pokłady stanów emocjonalnych granych przez siebie postaci. I chyba nie ma na widowni osoby, która nie utożsamiała by się z którymś z nich. Nie mam na myśli tu autyzmu. Nieśmiałość, zagubienie we współczesnym świecie, dramaty miłosne, z trudem wypierane traumy z dzieciństwa, zawalenie się dobrze zapowiadających planów na życie, oswajanie akceptacji dla cudzej odmienności i swojej również, i jeszcze wiele innych – wszystko to oglądamy na scenie. Dlatego bardzo, bardzo gorąco zachęcam Państwa do pójścia do Teatru Kwadrat i obejrzenia na małej scenie im. Jana Kobuszewskiego „Lekcji tańca” w reżyserii Michała Staszczaka. 

Wspaniały spektakl! Wspaniała reżyseria! Wspaniała Anna Karczmarczyk (nauczycielka tańca). Fenomenalny Andrzej Andrzejewski (jako, jak sam się określa, genialny idiota). Cudowny spektakl, mądry, wzruszający i bardzo potrzebny.

Ogromny wpływ na znakomity efekt końcowy mają również pozostali współtwórcy: Karolina Bramowicz (scenografia), Ewelina Adamska-Porczyk (choreografia – początkowe lekcje i finałowy taniec to poezja dla oczu!), Maciej Iwańczyk (reżyser światła – wspaniałe chińskie cienie).

A jako ciekawostka na koniec jeszcze informacja, że w spektaklu można usłyszeć z offu głosy Hanny Śleszyńskiej i Pawła Wawrzeckiego.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także