Logo
Recenzje

Odrodzenie

23.06.2026, 16:45 Wersja do druku

„Czekając na wiosnę” w chor. Elwiry Piorun z Teatru Tańca Zawirowania oraz „Moving Ashes” w chor. Maruxy Salas i Ericka Jimeneza z Larumbe Danza w Madrycie na 22. Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania w Warszawie. Pisze Katarzyna Jarczak.

fot. mat. organizatora

Drugi dzień XXII Międzynarodowego Festiwalu Tańca Zawirowania był prawdziwym emocjonalnym rollercoasterem. Znowu mogliśmy zobaczyć dwa zupełnie różne spektakle, ale również z punktami wspólnymi. Najpierw Teatr Tańca Zawirowania, wbrew pierwszemu dniu lata, oczarował nas spektaklem Czekając na wiosnę. Ta delikatna, pełna niuansów historia wprowadziła publiczność w pogodny nastrój, który został szybko rozbity przez bombę emocji od hiszpańskiej grupy Larumbe Danza w Moving ashes.

Tym razem reprezentacją Teatru Tańca Zawirowania zostały trzy tancerki: Anna Banasik, Aleksandra Krajewska i Emilia Nowak. Enigmatyczny tytuł Czekając na wiosnę niesie za sobą spektakl, w którym nie tyle ważna jest opowiedziana historia, ile uczucia i emocje. Artystki podczas swoich choreografii często się uśmiechają do siebie, by po chwili na ich twarzach pojawiły się grymasy czy zawzięcie. Poznają swoją przestrzeń, testują jej wykorzystanie, jak również i obcowanie ze sobą nawzajem. W pierwszej części, zdecydowanie bardziej dynamicznej, między dziewczynami pojawia się dużo rywalizacji i konfliktu. Izolują się od siebie, a równocześnie bacznie się obserwują nawzajem, po czym szukają kontaktu. Tak samo nieustannie zmieniają się ich ciała, na zmianę napinając się i rozluźniając. Zaś w drugiej, spokojniejszej sekwencji, dużo więcej przestrzeni zostało przeznaczone na dialog i umacnianie więzi.   

 Spektakl zdecydowanie zaskoczył lokalizacją. Czekając na wiosnę okazało się przedstawieniem plenerowym, co finalnie idealnie podkreśliło lekki i ciepły klimat choreografii. Na pewno dodatkowym bohaterem była tutaj pogoda. W dniu spektaklu było wyjątkowo upalnie i duszno. Biorąc to pod uwagę tytuł zarówno intrygował, jak i nawiązywał do ciągłego cyklu, w którym pory roku zmieniają się i to właśnie wiosna jest tym najbardziej oczekiwanym sezonem. Nic dziwnego, bowiem od zawsze kojarzy się z odrodzeniem oraz pożegnaniem się z zimną i smutną zimą. Tancerki wykorzystywały przestrzeń i przyznam szczerze, że zaciskałam zęby za każdym razem, kiedy turlały się po chodniku. Plener nie należy do wygodnych miejsc pod względem floor worku, ale zdecydowanie jest czymś nietypowym i interesującym dla publiczności. Podczas spektaklu pojawiło się też parę niespodzianek. Jedna z artystek, wykorzystując elementy, które znajdowały się na zewnątrz, została zaskoczona przez specyficzny stoliczek, którego góra wypadła, a dłonie tancerki wpadły w dziurę, gdzie znajdowała się woda. Jednak wybrnęła z tego bez zarzutu, tym samym sprawiając wrażenie, że wszystko było zaplanowane.

fot. mat. organizatora

Jak się okazało podczas rozmowy po spektaklu, zakończenie Czekając na wiosnę również nie do końca wyszło tak, jak zostało pierwotnie zaplanowane. Tancerki planowały mocniej zaangażować publiczność, ale wszyscy wygodnie rozsiedli się na krzesłach czy chodniku, co uniemożliwiło dziewczynom przełamanie czwartej ściany w takim stopniu, w jakim sobie tego życzły. Nie zabrakło też tutaj pełnego odrodzenia poprzez dotyk - przytulenie siebie nawzajem oraz okazanie czułości nielicznym zaczepionym osobom wśród publiczności. Wraz z końcem spektaklu artystki zaprosiły widzów do środka, aby móc wspólnie obejrzeć drugie przedstawienie tego wieczoru, czyli Moving ashes zespołu Larumbe Danza. 

  Już dawno nic mnie tak nie wzruszyło jak ten krótki i niepozorny performance. Całość otaczało tylko ciepłe, jasne światło. W tle wybrzmiewały specyficzne dźwięki, które jednocześnie kojarzyły mi się z trzaskającym ogniem, jak i deszczem. Na scenie zaś znajdował się niesamowity duet (Moisés González, Susana Q. Rodriguez), początkowo wszczepiony w siebie nawzajem, ale pomału wychodzący z tej pozycji. Po chwili para zaczęła tworzyć niesamowite wizualne obrazy, opowiadając poprzez ruch o zniszczeniu, odrodzeniu, nadziei czy istnieniu. Szare stroje artystów przywodziły na myśl tytułowe popioły, a ja, obserwując tancerzy raz po raz, na zmianę, to widziałam falujące na wietrze popiołki, to zagubionych ludzi w poszukiwaniu swojego celu. I chociaż był to niesamowity duet to właśnie Susana Q. Rodriguez najjaśniej błyszczała na scenie. Jej każdy, nawet ten najmniejszy, ruch był pełen emocji, tancerka poruszała się z niesamowitą lekkością, tworząc ze swojego partnera właściwie tylko tło. Artyści balansowali na granicy opowieści o smutku i zniszczeniu, a nadziei i nowych szansach. 

Podczas rozmowy z artystami po spektaklu okazało się, że tancerze przygotowywali się do tej choreografii zaledwie przez tydzień, co wydawało mi się wręcz niemożliwe, biorąc pod uwagę jaka chemia, bliskość i doskonałość ruchu zostały zaprezentowane na scenie. Co więcej: Moisés González i Susana Q. Rodriguez nie znali się wcześniej i poznali się dopiero podczas pracy nad tym projektem. Dodatkowo wyjaśniona została tematyka spektaklu. Jak się okazuje Maruxa Salas i Erick Jimenez, choreografowie spektaklu, którzy prywatnie są parą, mieszkają w rejonie, w którym często występują pożary, co skłoniło ich do przepracownia tego tematu. Tym samym otrzymaliśmy krótki, ale niesamowicie wzruszający obraz, który w sposób metaforyczny opowiada o ludzkim losie. Takim pogmatwanym, na granicy zniszczenia i wychodzącym naprzeciw wszechobecnym zmianom. Patrząc na dzisiejszy świat trudno nie oprzeć się wrażeniu, że właśnie opowieści o nadziei i odrodzeniu są czymś, czego tak bardzo teraz potrzebujemy. 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także