„Aktorskie twarze Krakowa” – spośród wielu cykli, ten lubię szczególnie. Od paru lat, na łamach „Krakowa” (szczęśliwie w druku), piszę o aktorach z Krakowa. I to pisanie sprawia mi wiele satysfakcji. W najnowszym numerze – portret Moniki Niemczyk. Klasa, tajemnica, osobowość. (Prawie) wszystko o Monice Niemczyk. Pisze Łukasz Maciejewski w AICT Polska.
***
Światłość w sierpniu. Arcydzieło Faulknera czytałem wiele lat temu, w liceum jeszcze. Niewiele, wstyd przyznać, pamiętam, ale tytuł zapamiętałem znakomicie.
Przypomina mi się ów tytuł w niektórych sytuacjach, i nawet jeżeli owe analogie nie są zbieżne z intencjami kronikarza „wściekłości i wrzasku” amerykańskich bezdroży, są zgodne z moim postrzeganiem świata.
Światłość w sierpniu – to zobaczyłem, to odkryłem znowu. Światłość u Moniki Niemczyk.
***
Bez wątpienia aktorski symbol Krakowa, jeden z bezdyskusyjnych symboli naszego miasta.
Aktorska mapa teatralna miasta bez Moniki Niemczyk byłaby zdecydowanie mniej interesująca.
Monika jak trwanie. W lepszych i gorszych dla Krakowa czasach. W zasadzie nie zmienia się fizycznie. Odkąd pamiętam, wygląda tak samo. Elegancka zawsze, dystyngowana, świetnie ubrana. Na scenie stać ją jednak na największe poświęcenia, prowokacje. Właśnie skończyła zdjęcia do fabularnego debiutu reżyserskiego Agaty Trzebuchowskiej (tytułowej „Idy” z filmu Pawła Pawlikowskiego). W „Więziach”, w znaczącej roli babki, ofiarnie zgodziła się postarzyć, pobrzydzić, poddała wielogodzinnym przygotowaniom do skomplikowanych, również technologicznie, ujęć. Ale taka jest właśnie Monika.
Na życie – wspaniały, szczęśliwy dom, imponujący ogród, wnętrza, zwierzęta. W teatrze – Borczuch, Warlikowski, Lupa. Teatr eksperymentalny, teatr nowatorski, teatr pytań, niekoniecznie odpowiedzi.
Z Moniką spotkałem się wiele miesięcy temu, w 2025 roku jeszcze. Była druga połowa sierpnia, łaskawa aura. Słonecznie, ale łaskawie, nie upalnie. Światłość w sierpniu.
Na obrzeża Krakowa, gdzie Monika mieszka, jechałem w entuzjastycznym nastroju. Świat wydał mi się prawie dobry.
Domy z ogrodami, dzielnica willowa Krakowa, a te domy zadbane, a ogrody piękne. Taki jest właśnie dom Moniki.
Bujne pole hortensji, oczko wodne z kolorowymi rybkami, artystyczny błysk znamionują dwie zabójczo kolorowe rzeźby owieczek pasących się niemo w tym raju. Plus psy z bidula, dożywające szczodrej emerytury.
Gospodyni oprowadza mnie po swojej arkadii. Kraków wydaje się daleko, i polityka, i nawet teatr. Za moment w altanie napijemy się prosecco, wspaniały obiad, deser, kawa. I rozmowa, ważna. O aktorskim losie, o spełnieniu, o rozczarowaniu, o życiu.
O wszystkim co ważne.
– Za tym domem nie było już nic. Tylko pola, potem Lasek Wolski. Ten bezkres mnie zachwycił.
Dom powstał powoli. Wraz z nim ogród.
— Jeszcze kwitną rododendrony, ale to już końcówka — mówi Monika. — Szkoda, że tak krótko. A może właśnie dobrze? Zaraz przychodzą kolejne kwiaty. W przyrodzie jest ruch, pocieszenie.
O ogród dbają wszyscy. Dwie Ukrainki z Charkowa, które w czasie wojny znalazły w tym miejscu schronienie. Jest też ogrodnik zatrudniony na stałe. — Bez niego byśmy nie istnieli — przyznaje właścicielka, ale sama Monika, z mężem, lekarzem Wiesławem Piątkowskim, również pracują w ogrodzie.
Zastanawiam się, czy pandemia nie obnażyła naszej potrzeby takich miejsc. Nawet najpiękniejsze mieszkanie w centrum miasta nie daje takiego komfortu. Kawa na werandzie, z widokiem na drzewa. Człowiek inaczej wtedy oddycha. Inaczej myśli. Inaczej czyta.
Dawniej obszar wokół ogrodu stanowił otulinę parku narodowego. Dzisiaj sprzedaje się tutaj działki, domy wzrastają jeden za drugim. Zwierzęta, które podchodziły kiedyś pod płot — sarny, zające — znikają. — Na szczęście mamy jeszcze naszą oazę.
***
W tym ogrodzie niezwykłym, w tej przestrzeni, rozmawia się może inaczej.
Łagodnieje świat, wszystko łagodnieje.
A przecież to nie jest opowieść ani prosta, ani łagodna.
Koleje losu, o których często chciałoby się powiedzieć koleiny. Wcale nie było prosto, nie tylko łatwo, czasami destrukcyjnie.
Niedoszła skrzypaczka, spełniona aktorka.
Dziesiątki ról, przede wszystkim teatralnych, ale i filmowych, telewizyjnych. Od „Diabła” Żuławskiego, poprzez kultowy „Bluszcz” Hanki Włodarczyk na podstawie scenariusza Andy Rottenberg, po „Mowę ptaków” Xawerego Żuławskiego czy wspomniany debiut Trzebuchowskiej.
Monika Niemczyk – ważne, ważące, definiujące aktorkę decyzje.
Start w Teatrze Słowackiego, bardzo ciekawy, znaczony wieloma kreacjami, i świetnymi nazwiskami (Goliński, Babel, Skuszanka), krótki, ale intensywny okres w Teatrze im. Solskiego w Tarnowie, potem wiele lat w Starym Teatrze.
Po zagraniu Nelly Mann w „Opowieściach Hollywoodu” Christophera Hamptona w reżyserii Kazimierza Kutza, Teatrze Telewizji uznawanym nie bez powodu za jeden z najlepszych, albo wręcz najlepszy w historii tego medium, nieoczekiwana decyzja – rezygnacja z zawodu, wyjazd do Norwegii.
Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych, to była decyzja przesądzająca. Wydawała się podjęta raz na zawsze.
Na szczęście (dla nas) Monika Niemczyk wracała do Polski coraz częściej. Już mogła. Wybory z 1989 roku, nowa Polska, pozwalała na to. Teatr Henryka Baranowskiego „Szwedzka 2/4”, Molly w „Ulissesie” Joyce’a, teatry warszawskie, coraz częściej krakowskie, a w końcu także powrót do Krakowa.
Dzisiaj Monika Niemczyk aktorsko ma się chyba lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Aktorka Krzysztofa Warlikowskiego i Krystiana Lupy (powróciła do Lupy po wielu latach), muza Henryka Baranowskiego, ma na koncie aż siedem wspólnych przedstawień w reżyserii Michała Borczucha. Spektakli ważnych, pamiętanych, niepokojących.
Zakręty losy, trudne decyzje, a jednak w tym wszystkim chyba jednak zwycięstwo.
***
Najpierw nazwisko. Czasami balast, czasami wyróżnienie.
Monika pochodzi z rodziny Niemczyków. Z tych sławnych Niemczyków.
Ojciec Wacław – wybitny skrzypek; stryj Leon – kultowy aktor; brat Krzysztof – tragiczny, fascynujący artysta.
Rodzina słynna i niebanalna, jest jak cnota, jak skaza.
Monika była najmłodsza. Ocaliła wyjątkowość.
Krakowianka z urodzenia, choć rodzice przybyli do miasta dopiero po wojnie. Matka — delikatna, niezwykle inteligentna, pianistka. Ojciec — po powstaniu warszawskim dostał w Krakowie posadę koncertmistrza. Kiedy Monika miała pół roku, uciekł do Anglii. W Londynie zrobił spektakularną karierę, występował z London Symphony Orchestra w Royal Festival Hall, dawał recitale w Wigmore Hall. Początkowo planował ściągnąć rodzinę, ale nigdy tego nie zrobił. Listy stawały się coraz rzadsze, aż w końcu zniknęły.
— Matka została sama, w obcym mieście, z dwojgiem dzieci — wspomina aktorka. — Bez niczyjej pomocy. Mieszkałyśmy biednie, ale mama miała niezwykły umysł, pamięć, znała języki. Prawdziwa finezja.
Ojca pierwszy raz zobaczyła dopiero na studiach, w Warszawie, na koncercie w Filharmonii Narodowej.
– Kupiłam kwiaty i wypracowałam formułkę: „Chciałam panu złożyć gratulacje jako artyście”. Powiedziałam to przy jego garderobie. Była ze mną o wiele starsza znajoma, pamiętająca rodziców z czasów, kiedy mieszkali w Polsce. Ojciec popatrzył najpierw na nią, potem na mnie i powiedział: „Masz piękną córkę”. Usłyszał w odpowiedzi: „Wacławie, ale to jest twoja córka”. Odparł: „No i co z tego?”. Cmoknął mnie w policzek, protekcjonalnie, obco. Tego było za wiele.
Więcej się nie zobaczyli. Z Radia Wolna Europa Monika dowiedziała się, że ojciec umarł.
Nie miał więcej dzieci. Dla przyjeżdżających z Polski muzyków był podobno gościnny — pod warunkiem, że nikt nie wspomniał o rodzinie.
Był bratem słynnego aktora Leona Niemczyka. Monika stryja Leona również spotkała tylko jeden raz — przed egzaminem do szkoły teatralnej w Łodzi, prosząc o wstawiennictwo. — Usłyszałam: „No i co z tego?”, kiedy powiedziałam, że jestem jego bratanicą. Potem unikał kontaktu ze mną. Być może obawiał się, że będę czegoś od niego chciała.
Tragiczną postacią był brat Moniki, artysta Krzysztof Niemczyk.
Człowiek o niemal nadludzkich artystycznych możliwościach: pisał, malował, grał, improwizował na fortepianie, znał literaturę jak profesor. Geniusz, mówili o nim.
Performer, przyjaciel Kantora. Mieszkała u niego Kora, balował cały artystyczny Kraków, nawiedził go sam Allen Ginsberg. Charakter nie do okiełznania, w którym wszystko się z sobą nerwowo sprzęgało, przeszkadzało, ciekawiło: intrygi, które rozsiewał; przyjaciele, którzy go opuszczali; upokarzający go kochankowie; jego własna kłótliwość, depresje, barwne pomysły (jeden z pokoi wytapetował fotografiami fallusa); kult włoskiej divy, gwiazdy neorealizmu – Lei Padovani, do której pisał niezliczone listy. Jednym słowem – wariactwo w prozie życie. Albo prozak nieszczęścia w udającym swobodę, niby wyzwolonym Krakowie, który jednak po drobnomieszczańsku nie pozwalał nigdy na to, żeby ktoś się zanadto w życiu rozhulał.
— Żył sztuką. Wszystko inne było nieistotne. Wpadał w szał, bywał sadystyczny i okrutny. Niszczył to, co tworzył. Ale matka wybaczała mu wszystko. Po jej śmierci pogrążył się w autodestrukcji. Pisał listy pełne cierpienia i winy. Nie leczył cukrzycy, bał się zastrzyków. Po śmierci mamy załamał się kompletnie, chciał umrzeć razem z nią. Kiedy odszedł, miał tylko 55 lat.
***
Miała siedem lat, wracała z mamą z lekcji muzyki. Zaczepiła je na ulicy kobieta, malarka. Powiedziała, że dziewczynka ma „główkę jak z Wyspiańskiego” i chciała ją portretować. Okazało się, że mieszka blisko i jest żoną aktora Jana Niwińskiego — ekscentryka, prowadzącego teatrzyk dziecięcy.
— Poprosili, żebym powiedziała wiersz. Wyrecytowałam „Psa i Wilka” i zostałam przyjęta.
Debiutowała jako Król Błystek w „Sierotce Marysi i krasnoludkach”, zagrała także diabła w jasełkach. Miała dwanaście lat i wiedziała już, że to będzie jej świat.
— Skrzypce poszły w odstawkę — wspomina. – Chociaż podobno byłam w tym świetna i znakomicie rokowałam.
Droga Moniki Niemczyk do teatru była pozornie prosta: wystarczyło mieć talent i dostać się do szkoły teatralnej. W rzeczywistości jednak była to decyzja głęboko wyrastająca z dzieciństwa — ze świata muzyki, samotności, silnej matki i poszukiwania przestrzeni, w której wreszcie będzie wolno mówić własnym głosem.
Okazało się, że bycie aktorką to nie tylko zawód, ale sposób myślenia. I to właśnie szkoła sprawiła, że bardziej niż scena zainteresował ją człowiek.
— Zrozumiałam, że aktorstwo nie jest popisem. Nie chodzi o to, jak mówisz, tylko co odkrywasz w sobie. Kim jesteś, kiedy stajesz na scenie. Widziałam ludzi, którzy byli świetni technicznie, i tych, którzy nieśli w sobie prawdę. Mnie chodziło o prawdę, nie chciałam udawać.
Jej pierwszy etap zawodowy to Teatr im. Słowackiego. W „Słowaku” był wtedy czas mocnych nazwisk: Jerzy Goliński, Jerzy Krassowski, Irena Babel — reżyserzy solidni, wymagający. Zdarzały się ciekawe wyzwania, ale monotonia repertuaru szybko okazała się dla Moniki kneblująca. W Tarnowie, w Teatrze im. Solskiego, gdzie wyjechała na dwa lata, również nie znalazła spełnienia, chociaż i tutaj zdarzały się wyjątkowe momenty, jak współpraca z Bogdanem Hussakowskim – zagrała Irinę w „Trzech siostrach” Czechowa, czy z Jerzym Golińskim – za rolę Młodej w „Klątwie” Wyspiańskiego otrzymała nagrodę na Konfrontacjach Teatralnych w Opolu. Pomimo tych sukcesów, czuła, że to nie jest do końca jej miejsce. Wiedziała, że w teatrze nie wystarczy grać. Trzeba być w miejscu, które zadaje pytania.
— W teatrze nie chodzi o to, żeby cię chwalili. Aktor musi się rozwijać. Ta praca powinna boleć. Mnie w każdym razie interesuje tylko taka praca, która zmienia człowieka.
I dlatego Stary Teatr, do którego trafiła w 1975 roku za dyrekcji Jana Pawła Gawlika, stał się dla niej nie tylko wyborem artystycznym, ale ludzkim. Na Monikę czekały spotkania, które zapamiętała na zawsze. Jarocki, Wajda, wreszcie Lupa.
Z biegiem lat lista nazwisk, z którymi wówczas się zetknęłam, stała się historią polskiego teatru: Konrad Swinarski już nie żył, ale jego legenda unosiła się nad zespołem; Jerzy Jarocki — matematyczny, chłodny, wymagający jak chirurg; Jerzy Grzegorzewski — poeta sceny, człowiek metafory, emocji niewypowiedzianych; wnikliwy interpretator literatury Ryszard Major, u którego zagrałam Polly w „Operze za trzy grosze” Brechta; wreszcie Krystian Lupa: „Bezimienne dzieło” Witkacego i „Miasto snu” Rilkego: wielogodzinne doświadczenie teatralne. Byłam sobą w postaci i postacią w sobie. To się mieszało, zmieniało, bolało, robiło się niekomfortowe. I dopiero wtedy zaczynała się prawda.
***
Etapy losu, etapy życia.
Wyjechała z Polski, kiedy wydawało się, że jej kariera nabiera rozpędu.
Uczuciowe sprawy. Małżeństwo, życie w Skandynawii, układanie sobie życie.
Od aktorstwa nie ma jednak ucieczki.
W przypadku Moniki ucieczki nie było. Musiała wrócić. To twórcy, w większości wybitni, zabiegali żeby wróciła.
Najpierw na raty jeszcze, potem na stałe.
Najpierw Warszawa, potem powrót do Krakowa.
Henryk Baranowski w efemerycznym Teatrze Szewska 2/4 podarował Niemczyk kilka ról, które nie bez powodu uważa dzisiaj za najważniejsze, jedne z najważniejszych w karierze. Zwłaszcza wspomniana już Molly w „Ulissesie” według Joyce’a była wydarzeniem. Rola detal, rola widmo. I Joyce – nie do przeczytania, bo za trudne, nie do pokazania. Jednak się udało. O kreacji Niemczyk recenzenci pisali, że jest nawet mocniejsza niż w literackim arcydziele.
W Warszawie grała u Grzegorzewskiego, spotkała się w pracy z Dejmkiem, z Grzegorzewskim, wielkie nazwiska. Odnawiały się też dawne relacje zawodowe, artystyczne, ale i prywatne. Powróciła do swojego pierwszego mentora, Krystiana Lupy, jej kreacji Leonor w nowej wersji „Miasta snów”, ale i w „Capri”, trudno zapomnieć. Odnalazła swoje miejsce w zespole Teatru Nowego, przede wszystkim jednak w Monice Niemczyk swoją muzę odnalazł Michał Borczuch.
Po obejrzeniu wybitnego spektaklu Borczucha „Wszystko o mojej matce” w Teatrze Łaźnia Nowa pisałem:
„Wszystko o mojej matce”, prawie wszystko o naszych matkach – czyli o nas samych. Hołd dla Pedro Almodóvara, najlepszego reżysera kobiet wyrażony przez utalentowanego inscenizatora , Michała Borczucha, oraz aktora, Krzysztofa Zarzeckiego, opowiadającego o wszystkich kobietach, i tej jednej, najważniejszej. O ich matce.
Na scenie zjawiskowe Iwona Budner, Monika Niemczyk, Halina Rasiakówna, a także Dominika Biernat i Ewelina Żak: matki, przyszłe matki, kobiety. We wspaniale zaaranżowanej, abstrakcyjnej przestrzeni Doroty Nawrot stają się ikonami nie tyle macierzyństwa, co kobiecości. I jeszcze aktorstwa, bo ten wątek w sztuce Tomasza Śpiewaka, został bardzo mocno wyostrzony. Aktorka nie ma płci. Mówi głosem bohaterki. Jest matką Borczucha, matką Zarzeckiego, dziewczynką i staruszką. To również Cassavetowska z ducha opowieść o niemocy, o tym, że kiedy aktorstwo dotyka rejonów zbyt już prywatnych, staje się czymś niebezpiecznym, nośnikiem choroby, neurastenii”.
A w corocznym Rankingu Aktorów przygotowywanym przeze mnie dla „Gazety Krakowskiej” pisałem z uznaniem o kreacji Niemczyk:
„Zagrała matkę zdziwioną i niespokojną. Zaskoczoną rozwojem wydarzeń i jej udziałem w procesie dojrzewania dziecka, a następnie odchodzenia od dziecka: dezercją z macierzyństwa. Jest w tym spektaklu matką z poematu „Matka odchodzi” Różewicza i z filmów Xaviera Dolana. Jest także sobą, Moniką Niemczyk – niezależną, niespokojną aktorką, uparcie szukającą sensów. Aktorką niepokorną w tym sensie, że ciągle chce się jej iść pod prąd. Monika Niemczyk nigdy nie szukała łatwej popularności, kokieteryjnych wyborów artystycznych. Trochę jak tytułowa „Panna Julia” Strindberga z legendarnego Teatru TV w którym stworzyła wybitną kreację tytułową. Dumna i nieokreślona – fascynująca”.
***
Zapytany przeze mnie o pracę z Moniką, Michał Borczuch mówi:
Monika najczęściej chce pracować profesjonalnie: gotowy tekst, konkretna postać, kostium. A ja lubię ją z tego wybijać, bo Monika Niemczyk jest fascynująca sama w sobie. Dlatego każda postać postać to najpierw Monika a potem fikcja. To wbrew pozorom stwarza nieskończenie wiele kombinacji bo wyobraźnia Moniki jest niczym nieskrępowana, bardzo poetycka.
A jednocześnie to ona w tym procesie pilnuje logiki i komunikatywności tego, co robimy – czytelności dla widza. Do tego dochodzi jej wrodzona ciekawość i obserwacja ludzkich zachowań, i ogromne oczytanie. Ja jednak wolę być w pracy bliżej tej Moniki prywatnej niż profesjonalnej. Często, kiedy Monika pyta mnie o konkretne wskazówki co do roli, a ja ich nie potrafię udzielić, proszę żeby opowiadała jak było na planie u Żuławskiego. Obraz jej, jako dziewczyny zaraz po szkole, wyjeżdżającej na białym koniu z klasztoru, nieustannie stymuluje moją wyobraźnię.
Wytworna, chociaż niekiedy jest to wytworność z przymróżeniem oka, w spektaklach Borczucha, Lupy czy Warlikowskiego, stoi na scenie bezbronna. Jakby jej bohaterki mówiły nam: „Zobaczcie, to tylko pozłotka, to tylko kostium, te moje damy, turniury, atłasy, są okryciem przejmującej prawdy: o losie jednej dziewczyny, kobiety, o losie pokolenia, i o losie świata”.
Kobieta – enigma, kobieta – poza wiekiem, kobieta – symbol innych kobiet. Przerwanych narracji, przerwanych biografii, zacerowanych życiorysów.
W teatrze „Bagatela”, w spektaklu w reżyserii Dariusza Starczewskiego „Aleja zasłużonych” na podstawie dramatu znakomitego poety, Jarosława Mikołajewskiego, zagrała poetkę, tłumaczkę, która staje wobec zbliżającej się śmierci, ale i tylko pozornie absurdalnego problemu, że jej mąż (Starczewski) nie będzie miał za co ją pochować. A chodziłoby przecież o „Aleję zasłużonych”.
Spektakl nie był najlepszy, ale Niemczyk w roli poetki znakomita. Duma i ironia, humor i rozpacz, posągowość i kruchość. Na tym polega aktorstwo. Na tym polega aktorstwo Moniki Niemczyk.
Ona, czyli światło w sierpniu.