EN
25.07.2022, 10:18 Wersja do druku

Nowy wspaniały ślub

W teatrach wakacje, ale już wiadomo jaka sztuka będzie hitem nadchodzącego sezonu. Trwają próby. Koprodukcja Polskiego i Dramatycznego rozbije bank, to pewne - pisze Marek Kochan w portalu Teatrologia.info.

Nowa dyrekcja jednego i stara dyrekcja drugiego teatru zawirowały w tańcu, splecione czułym uściskiem. Cringe theatre to bejbi, które urodziło się z tego zauroczenia.

Wszystko zaczęło się wiele miesięcy temu, gdy przygotowywano znakomity spektakl o kuchennej celebrytce. Teatr wreszcie pokazał odwagę w pokazywaniu świata za oknem, porzucił pięknoduchostwo i elitaryzm, pochylił się nad zainteresowaniami ludu, trafił, można powiedzieć, pod blachodachówkę. Ta śmiałość opłaciła się stokrotnie. Jakiż to był sukces! Axer, Swinarski i Dejmek mogliby całować buty całej ekipie. Publiczność przywożona autokarami z całego kraju wyła z zachwytu, porażona intelektualną głębią i transowym rytmem przedstawienia. Kobiety mdlały z estetycznej rozkoszy, mężczyźni wyli z zachwytu. Krytykom pióra i klawiatury rozgrzewały się od peanów na jego cześć. A przecież to był dopiero początek międzynarodowej kariery spektaklu, fetowanego potem na West Endzie i na Broadwayu. Mówiło się nawet o planach wystawienia go – w drodze wyjątku – w Comédie-Française, ale plany te pokrzyżowała kolejna fala pandemii.

Nic dziwnego, że oba teatry postanowiły pójść za ciosem i znów razem coś wyprodukować. Może być tylko lepiej niż poprzednio. Reżyseruje Esmeralda „Kozzzeee” Kozakowska, zwana Laluną polskiego teatru, najbardziej ponoć wytatuowana reżyserka na północ od Dakaru. Ten wybór nie jest przypadkiem, to właśnie Kozzzeee zna najlepiej świat, który jest tematem przedstawienia. Spektakl, tak jak u Wyspiańskiego, odtwarza prawdziwe zdarzenie, ślub i wesele dwojga potężnych influenserów, vlogerów, instagramerów i tiktokerów o milionowych zasięgach: „Bleb Lu”, czyli Andżeliki Marczak i „Grzebiksa”, czyli Grzegorza Bitkiewicza. Na scenie, jak u Wyspiańskiego, pojawią się postacie realnych gości weselnych, takie jak między innymi „Werkur”, czyli Weronika Kuropatwa, „Klapsu”, czyli Klaudia Psiuta, Dagmara „Dagome Prins” Mucińska, Edyta „EdziaRa” Słowik, Adrianna „Trendi” Kałuża, „LepszaJa”, czyli Karolina Wilczak, Amadeusz „Kotschio” Kociołek, Damian „Matiz” Drzymała z Ekipy Zgryza i Alan „Pasti” Pastuch z Fat Combo, który na szczęście zastąpił już swoją nieszczęsną kozią bródkę pełnym zarostem.

Co ciekawe w rolach bohaterów sztuki będą na zmianę występowali sami instagramerzy i ich sobowtóry – aktorzy dobrani w castingu spośród naturszczyków, a wystylizowani tak, że ponoć nie da się ich odróżnić od oryginałów. By dać wyobrażenie o poświęceniu tych drugich (dla których spektakl Kozzzeee może być i pewnie będzie trampoliną do kariery w szołbiznesie) napiszę tylko, że aktorka odtwarzająca Trendi, aby się do niej upodobnić przyjęła pod skórę ponad osiem kilo botoksu (większość w biust, biodra i pośladki), zaś aktor wcielający się w Matiza nosi na sobie – w nosie, uszach i na całym ciele ponad dwa kilo kolczyków i innych metalowych ozdób, z których słynie ten vloger i zawodnik Fame MMA.

Słowem, w spektaklu będzie można zobaczyć niemal całą influenserską topkę, najbardziej hot nazwiska. A niepewność, kto na scenie jest prawdziwy, a kto jest podróbką (dzięki mistrzostwu chirurgów plastycznych współpracujących przy spektaklu: praktycznie nieróżniącą się od oryginału), tylko dodatkowo podgrzeje emocje publiczności. Wystarczy sobie wyobrazić, co się będzie działo, gdy po południu na przykład Dagome Prins wrzuci na Insta tajemniczą zajawkę: ”Do zobaczenia wieczorem w teatrze”. Tłumy fanów spośród dwóch milionów ludzi obserwujących jej konto rzucą się do kasy, by zobaczyć na żywo i z bliska swoją idolkę, która niemal wcale nie pokazuje się publicznie od czasu sławnej afery perukowej, kiedy to Mondo Cane zarzucił jej w swoim commentary, że peruki, które sprzedaje w swoimi internetowym butiku, są robione z końskiego włosia, a Dagome Prins nie odniosła się publicznie do tych zarzutów, za co spotkała ją fala hejtu – gdy wystąpiła w fejstufejsie z EdziąRa, zaraz w całym internecie zwyzywano ją od krindżowych paszczurów, pojawiły się też setki okrutnych memów, w których jej zniekształconą botoksem twarz z ogromnymi wargami zestawiano już nie z karpiami i glonami, jak zwykle, lecz z końskimi głowami (trzeba przyznać, że podobieństwo było świetnie uchwycone, gdyż wykorzystano tam najnowsze zdjęcia Dagome Prins, po tym jak zrobiła sobie nowe duże zęby).

Można więc sobie wyobrazić, że nie tylko fani Dagome Prins zechcą zobaczyć z bliska swoich idoli: skrzyżowanie zasięgów tylu znanych osób spowoduje, że niemal cała Polska przyjdzie zobaczyć ten spektakl, wreszcie czując, że jest tam coś o nich i dla nich.

Fabuła jest, jak u Wyspiańskiego, dość prosta. Oto trwają przygotowania do wesela Bleb Lu i Grzebiksa. Narzeczeni jeżdżą wybierać buty, obrączki, Bleb Lu odwiedza krawca, który szyje jej suknię ślubną. Bleb Lu jest wybredna, mówi, że nie podoba jej się rybka, chciałby coś bardziej księżniczkowatego, żeby suknia była bogata, ale i nowoczesna, żeby miała wyraźny rys modowy, żeby ogólnie była bardzo feszyn. Krawiec wsłuchuje się w jej oczekiwania i proponuje kolejne wersje sukni, tłumacząc, że lubi budować rzeczy na fristajlu, a suknia będzie na maksa feszyn. Potem młodzi oglądają pałac pod Warszawą, w którym ma odbyć się ceremonia zaślubin i wesele, ustalają wszystkie szczegóły. Narratorem, a trochę kimś pełniącym rolę greckiego chóru, komentującego zdarzenia, jest wedding planerka Anqa Czop, która doradza we wszystkim. Ekspozycja jest nieco długa, ale to wynika z biznesplanu przedstawienia: środki od sponsorów (producentów butów, obrączek, perfum, kosmetyków, bielizny, klinik medycyny estetycznej itd.) mają być istotną częścią budżetu.

Po jakichś czterdziestu minutach spektaklu wreszcie przychodzi wymarzona chwila: młodzi przyjeżdżają do pałacu. Są tam dzień wcześniej, mają swój czas, ostatni wieczór jako narzeczeni, z masażami i romantyczną kolacją, zimna łycha czeka w pokoju. Luzik arbuzik. A od rana zaczynają się ostateczne przygotowania i witanie gości. Sala jest przystrajana, setka ludzi krząta się, by wszystko było jak należy (podczas oryginalnego wesela Bleb Lu i Grzebiksa ponoć na same kwiaty poszło dwieście tysięcy, a za wszystko można by kupić niezłe mieszkanie).

Gdy przyjeżdżają goście, zaczynają się dymy. Może nie w stylu fejstufejsów przed galami Fame MMA, ale jednak. Trendi ma kosę z Klapsu o jedną przypałową akcję z chirurgiem estetycznym, który popsuł jej tyłek. Dagmara Prins miała starcie z Matizem, który zapytał ją w programie Mondo Cane, czy ma sztuczną szczękę, za co ta oblała go wodą. Werkur puszczała w swoim lajfie ofensywne teksty pod adresem EdziRa, która z kolei dissowała ją, że kseruje cudze zdjęcia na Insta, a logo swojej linii odzieży zajumała z internetu.

Oczywiście te konflikty są, jak to na weselu, pod spodem. Na powierzchni wszyscy są mili, zachwycają się miejscem i młodymi, wykrzykując, że ciuchy petarda, a ślub będzie spektakularny, że jest mega wypas i totalny sztos.

Impreza jest powielana w tysiącach relacji, bo gości jest ponad setka, a prawie wszyscy, jako się rzekło, z influenserskiej topki. Czujemy to, przedstawienie czerpie pełnymi garściami z estetyki Insta, jest też poniekąd patchworkiem z tiktoków.

Sami państwo młodzi, a także goście, chcą wycisnąć z imprezy każdą kropelkę zasięgów. Robią co mogą, by uzyskać efekt. Trendi pokazuje ciało pod sukienką, całe w tatulcach, chwali się też swoim BBL (powiększanie biustu i pupy), opowiada o zabiegu odsysania bardziej nóg, z tyłu rąk i pleców całych. Werkur pokazuje torbę pełną siana, a potem jojczy, że ma za małe szpilki, które jej stopy uciskają, ku#wa, pokazuje, faktycznie, paluchy wyłażą, całe czerwone, niemal leje się z niej krew jak ze świni. Klapsu opowiada do telefonu, jak robiła kocie oczy i lifting ust, brwi, i czubek nosa mniejszy leciutko, LepszaJa wcina się jej w kadr jak stringi w tyłek, przebija swoją liposukcją mocną podbródka, EdziaRa pruje się do niej, pokazuje swoje nowe dziary pod pachą, LepszaJa, aby ją zdominować, zaczyna śpiewać wysokim sopranem arie z Traviaty, a potem nagle, z zaskoczenia, wygłasza pełen pasji monolog o tym, jak to jest rozdarta pomiędzy chęcią zostania kimś innym, doskonalszym, a poczuciem całkowitego fiaska takich prób, pomiędzy nadzieją na zmianę a rozpaczą z powodu uświadomienia sobie niemożności jakiejkolwiek realnej transformacji, wykraczającej poza deformację ciała. Nikt nie zwraca jednak na jej słowa najmniejszej uwagi, gdy LepszaJa mówi, faceci się dissują, Kotschio kozaczy się, zarzuca Pastiemu, że jest zwyrolem, bo zachęca małolatki do seksu, fotografując się w lateksach, zaś ten nie pozostaje mu dłużny, mówiąc, że sam Kotschio jest zboczuchem, który u Mondo Cane ślinił się do Dagome Prins, jakby chciał powiedzieć do niej „zdepcz mnie mamusiu”, ten zaś, ripostując wyzywa go od kacapów, mówi, że spłodził go ruski pies.

O mały włos nie dochodzi do rękoczynów, wszyscy jednak się hamują, z uwagi na Bleb Lu i Grzebiksa, nie chcą robić im siary.

W końcu państwo młodzi wypadają na scenę w ślubnych strojach. Suknia Bleb Lu jest faktycznie spektakularna, dubajska na maksa. Połyskuje w słońcu jedwabna organza kreszowana matowa obszyta brokatem flokowanym. Grzebiks jest w garniaku i pod muchą, ale też wygląda spoko. Widzimy ich dwoje, w długim epickim ujęciu, jak idą po czerwonym dywanie, są megazadowoleni, ciuchy petarda, ślub petarda, jest git byczo, megaszacun, totalny sztos.

Przyrzekają sobie co trzeba. Toasty, brawa, balony lecą w niebo. Bum szakalaka. Wszyscy propsują Bleb Lu i Grzebiksa, na scenie i poza sceną, cała Polska ich propsuje, myślimy, bo się z boku wyświetla licznik odsłon tego jakby filmiku na YouTube, który oglądamy, łapki idą w górę, pełna atencja, w komentarzach zero hejtu, totalny props.

Po przysięgach, toastach i balonach Bleb Lu wychodzi na środek sceny i opowiada do kamery swój sen z ostatniej przedślubnej nocy, jak to nagle obudziła się z myślą, że jej wcale nie ma, bo się zamieniła w pianę i zwiewa ją wiatr, zostały po niej tylko filmiki na TikToku, ale jej samej już nie ma, rozwiała się, Bleb Lu jest przerażona, w tym momencie budzi się naprawdę, obok leży Grzebiks, chrapie, z ust cieknie mu ślina, zaraz się obudzi, zaraz będzie ich ślub, a więc spoko, poczułam, że początek życia mi się zaczyna, mówi, płacze ze szczęścia.

Ups, może trochę tutaj zaspojlerowałem.

A potem nagle na scenie robi się odklejka totalna. Walona jest ostro gouda, goście zaczynają dymić, grubo lecą, coraz grubiej. Odwalają patolę, dissują się, jest nawalanka jak w oktagonie. Robi się mega krindżowo, full siara.

To co się dzieje na scenie widzimy, a jakże, na telebimach, wszystko filmuje wedding planerka, w którą to rolę wciela się sama reżyserka, Kozzzeee. Ona też prowadzi korowód w ostatnim tańcu, kiedy wszyscy aktorzy, aktorząc do ostatniej chwili, opuszczają scenę.

Na pozór jest tu dużo Wyspiańskiego, ale tak naprawdę więcej ma ten spektakl z Gombrowicza, choć fabuła niby inna. Ale jest tu sztuczność bohaterów, zarówno ta fizyczna, jak i mentalna, wyrażająca się w zachowaniu na pokaz, w permanentnym aktorzeniu, wzmocniona jeszcze niepewnością co do statusu postaci na scenie. Czy są samymi sobą, podwójnie sztucznymi, czy też ich sztuczność jest jeszcze podniesiona do kwadratu przez fakt zatrudnienia ich sobowtórów, trudnych czy wręcz niemożliwych do odróżnienia od „oryginałów”?

Tak naprawdę to przedstawienie, niezależnie od oczywistych odwołań do tradycji, wprowadza całkiem nową, zaskakująco dojrzałą estetykę. To już nie fringe lecz cringe theatre. Rozpoczyna się nowa epoka w dziejach teatru.

Nowy Wspaniały Ślub zachwyca, ale też inspiruje. To coś o dziś, o tu, coś bardzo na teraz.

Bardzo się cieszę, że tam byłem, miód i wino piłem (podczas prób). Dzięki Polski, dzięki, Dramatyczny, propsuję was, nareszcie robicie spektakl o ludziach i dla ludzi, szacun.

Będzie epickie przedstawienie, spektakl petarda, totalny sztos.

Tytuł oryginalny

Nowy wspaniały ślub

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Marek Kochan

Data publikacji oryginału:

21.07.2022