„7 samotności” w reż. Roberta Wilsona i Charlesa Chemine’a w Teatrze im. Wilama Horzycy (we współpracy z Narodowym Teatrem Dramatycznym w Kownie), „Szczyt” w reż. Christopha Marthalera z Theatre Vidy w Lozannie oraz „Wiara, pieniądze, wojna i miłość” w reż. Roberta Lepage'a z Schaubühne w Berlinie, na XXX MFT Kontakt w Toruniu. Pisze Benjamin Paschalski na stronie benjaminpaschalski.pl.
Gdy przeglądam stronę internetową e-teatr.pl zawsze fascynuje mnie polskie życie festiwalowe. Niemal każde miasto w naszym kraju posiada własny przegląd wydarzeń scenicznych, a niekiedy jest ich kilka w jednym mieście. Ale tak naprawdę, chyba każdy teatroman posiada swoje sprawdzone miejsca, gdzie weryfikuje to czym pulsuje artystycznie nasz kraj i świat. Niegdyś owym barometrem polskiej sceny były Warszawskie Spotkania Teatralne. W bieżącym roku bilety ponownie rozeszły się na wszystkie spektakle w mgnieniu oka, ale dla mnie ów program daleki jest od oczekiwań. Raczej ukazuje obrzeża, pewne tropy teatralnej wypowiedzi, ale trudno określić je, że nawiązuje do tradycji najlepszych z najlepszych spektakli, które pokazywano na scenie Teatru Dramatycznego, a także w innych lokalizacjach. Dołączenie kilku przedstawień zagranicznych to raczej odrabianie lekcji stolicy tego co już jest znane i odkryte, ale chociaż i to należy zobaczyć, aby widzieć czym żyje światowa scena w ostatnich kilkunastu latach. Ważne miejsce zajmuje odrodzony „Dialog-Wrocław” z poszukiwaniem przez Mieczysława Kocura oryginalnej programowej stylistyki. Zeszłoroczne szerokie zwrócenie się ku Azji miało swój wymiar przełomowy. Ukazywało odmienność, ciekawe tropy i moc technologii, która wkracza do przestrzeni teatrów.
Ale niezmiennie najważniejsze miejsce w odkrywaniu ciekawego teatru zajmuje od trzydziestu edycji Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Kontakt” w Toruniu. Od kilku lat prowadzi go Renata Derejczyk kształtując własną ideę mocno zbieżną z założeniami twórczyni wydarzenia – Krystyny Meissner. Choć dzisiejsze czasy mocno utrudniają ową koncepcję przez pełnoskalową wojnę w Ukrainie i brak możliwości czerpania z teatralnej różnorodności Rosji i Białorusi co zakłóca ów kontakt wschodu i zachodu, to pozostaje inna wartość. Konfrontowania się stylistyk, języków scenicznej wypowiedzi, a w tym roku to wręcz kalejdoskop mistrzów sceny skupionych w jednym miejscu Kujaw i Pomorza. Derejczyk ma niezwykle dobrą rękę do doboru krajowych przedstawień, które w ponad połowie budują tegoroczny program imprezy. To świetna płaszczyzna do porównań naszego podwórka, ale i spojrzenia jak owa oferta wygląda w porównaniu z zagraniczną reprezentacją.
Inauguracja tegorocznej imprezy niestety wypadła blado. Gospodarze premierowo zaprezentowali ostatnią pracę Roberta Wilsona, ale już zrealizowaną po śmierci artysty, wspartego w dokończeniu dzieła reżysersko przez Charlesa Chemina. Koprodukcja z Narodowym Teatrem Dramatycznym w Kownie to 7 samotności literacko wykorzystująca dzieła z twórczości Oskara Miłosza. Osobiście niezwykle cenię amerykańskiego twórcę, uważam go za tego, który swoją niesamowitą wyobraźnią zrewolucjonizował myślenie o plastyce teatralnej oddając jej pierwszoplanowe pole zagospodarowywania wyobraźni odbiorców. Ma niesamowitą, hipnotyzującą siłę uwodzenia, oczarowywania, zniewolenia estetyką bliską skupieniu japońskiego teatru kabuki. Jednak u mnie pierwsze miejsce zajmują jego prace muzyczne, choć też zrealizowane w teatrze dramatycznym, choćby Opera za trzy grosze Bertolta Brechta w Berliner Ensemble. Owa wizyjność niesamowicie współgrała z ruchem Lucindy Childs w spektaklu Relative Calm, gdzie powtarzalność gestu oddawała plastyczną siłę tła. Wilsona teatralne prace, choćby znana Kobieta z morza w warszawskim Teatrze Dramatycznym odrzucała swoją sztucznością, jakby słowo nie było dopasowane do tego co artysta chce przekazać swoim obrazem.
W Toruniu nie jest inaczej. Już sam tytuł narzuca pewną ścieżkę. Owa „samotność” nierozerwalnie wiąże się z Wielką Improwizacją z Dziadów części trzeciej: „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”. Ciekawe czy twórcy w ogóle myśleli o owym tropie czy pozostali w kręgu fascynacji twórczości Miłosza, na którą składa się nie tylko poezja, a także inne utwory literackie. Jednak efekt końcowy nie jest zadowalający. Przedstawienie wygląda trochę jak pożegnalny chichot Wilsona. Wykorzystując szeroki arsenał znanych środków stylistycznych dodana została treść, która może pasować do każdej konwencji. W ten sposób tworzy się napuszony, megalomański obrazek, który wymyka się jasnej ocenie. Najciekawszy jest początek – do taperowej muzyki filmowej widzimy na scenie zakonnego braciszka czytającego modlitewnik lub interesującą książeczkę. W swojej samotności zanurza się w ów świat. Ale gdy podniesie się biała zasłona, scena pogrąży się w ciemności. Kobieta-bohater stylizowana na Marlenę Dietrich lub młodego Wilsona w nienagannym garniturze rozpocznie epos człowieczego losu. Problem w tym, że kolejne frazy wypowiadane są bez jakiejkolwiek interpretacji, brakuje w nich głębszego zrozumienia, rytmu, a treść niesłychanie się gubi. W warstwie słowa wygląda owe przedstawienie jak postmodernistyczny kolaż gdy z twórczości litewskiego twórcy wybrano utwory nie układając ich w jakąkolwiek logiczną całość. Zatem są i bajki, historia o Don Juanie, a także sporo filozofii odartej ze znaczeniowego kontekstu. Oglądając kolejne sceny w mojej głowie rodziły się skojarzenia z dniami stanu wojennego i występami aktorów w kościołach z wieczorami poezji w słusznej sprawie. Wówczas miały one wartość konsolidacyjną, ale artystycznie pozostają ułomnym fragmentem scenicznej aktywności. Najpełniej owe doświadczenie oddaje fragment z filmu Barwy ochronne Krzysztofa Zanussiego i recytująca Halina Mikołajska. Z toruńskim spektaklem jest podobnie. Został zrealizowany w słusznej sprawie jako pożegnanie Wilsona, ale nie idzie za ową intencją myśl, logika, spójność i narracja. Rekompensatą są wizyjne obrazy angażujące całą technikę sceny pełne rozjaśnień, ściemnień, gry pomiędzy czernią a bielą. A ostatnia scena w barwach jasnych to niczym raj, z którego lekko prześmiewczo macha do nas wielki mag sceny. To na swój sposób ironiczna scena, także jak wykorzystanie lżejszej muzyki, która przełamuje ów pompatyczny wieczór poetycki z obrazkami.
Spektaklem, który daje wiele do myślenia, nie pozostawia obojętnym i pozwala na szerokie pole interpretacji jest bez wątpienia Szczyt w reżyserii powracającego na toruński przegląd szwajcarskiego twórcy Christopha Marthalera. Już sam tytuł, w polskim tłumaczeniu, może być dwojako rozumiany, co buduje odmienne, adekwatne konteksty dla przedstawienia przygotowanego przez Theatre Vidy w Lozannie. Z jednej strony to wierzchołek góry, miejsce do którego trudno się dostać, odosobnione, dalekie. I rzeczywista przestrzeń akcji – odizolowane schronisko górskie. Ale można i przyjąć drugą interpretację, zgodną z tytułem oryginału (The Summit), że to spotkanie na najwyższym szczeblu grupy polityków, decydentów, liderów. Z owego połączenia rodzi się wizja, że jesteśmy w dalekim miejscu, z którego można lepiej widzieć świat, obserwować go, analizować. Ale także owa zamknięta przestrzeń (ciekawa scenografia Duri Bischoffa) staje się miejscem przetrwania, izolacji wobec nadciągającej zagłady. Nie bez powodu z megafonów rozlega się głos mówiący, że stoki są zaśnieżone na najbliższe kilkanaście lat. To trochę przymusowe odosobnienie przypominające czasy pandemii, gdy zamknięcie jednostek stawało się obowiązkową kwarantanną świata. To trochę obraz jak z Franza Kafki. Z nie do końca wiadomych powodów, przyczyn nagle w jednej przestrzeni znajduje się szóstka ludzi. Mówią różnymi językami od niemieckiego poprzez włoski do angielskiego i lokalnego dialektu alpejskiego, ukazując miks europejskiej różnorodności. Ów szczyt najpierw obojętnych sobie osób, którzy dojeżdżają do owego miejsca towarową windą, przeradza się nie tylko w słowny dialog, ale raczej w świat mikroscenek wspartych dźwiękiem i muzyką akordeonu z przyśpiewkami alpejskiej krainy. To trochę jakby w jednym domu zamknąć najbogatszych ludzi świata, których stać na kolejną ekstrawagancję, a może przymusową eskapadę? Dużo tropów, możliwych interpretacji. Owa otwartość na swój sposób pomaga w zrozumieniu owego przedstawienia.
Sześć osób zaczyna współegzystować: od dostarczonego jedzenia, seansu sauny – skojarzenia z filmem Filipa Bajona jakże aktualne, gdyż ukazywał gdzie w czasach dawnego bloku wschodniego podejmowano decyzje, poprzez eleganckie przyjęcie z przemowami będącymi jak zająknięcia i półsłówka do bezsensownej rozmowy o wyjeździe do wszystkim znanego austriackiego kurortu czy też nadmuchiwania butli tlenowych, które mogą uratować życie. To jakby bycie obok, nie zwracanie uwagi na to co dzieje się wokół. Ów sekstet zajmuje się swoimi, oderwanymi problemami, a za główną finalną rozrywkę uchodzi czytanie księgi pamiątkowej gości schroniska. To jakby chichot Marthalera z naszego świata, chyba nadal oderwanego od potencjalnych zagrożeń, żyjącego utartym schematem dobrobytu i powodzenia. W trakcie spektaklu przychodziły mi na myśl skojarzenia z Blackland Arpada Schillinga z Kretakor Szinhaz, który ukazywał Węgry w krzywym zwierciadle tuż po wstąpieniu do Unii Europejskiej. W mikroscenkach, które początkowo śmieszyły, odbijały się przywary, niechęci, ksenofobia, oszustwa, aż do całkowitej degradacji człowieczeństwa. Szwajcarska propozycja ma podobny schemat. Skonstruowana z epizodów, nieokreślonej sytuacji, jest lustrem naszego kręgu kulturowego zamkniętego wobec realnych problemów, które są blisko nas. Wartość owej prezentacji to jej oryginalna konstrukcja niczym muzyczna partytura. Śmiech miesza się z nostalgią, kolejne sceny dają do myślenia, nie pozostawiają obojętnym. Tym samym Marthaler udowodnił, że jest w świetnej formie, ale nie dokonał przełomu we własnym myśleniu o teatrze.
Największym objawieniem pierwszych dni tegorocznego „Kontaktu” był bez wątpienia Robert Lepage. Ten genialny kanadyjski twórca, który w naszym kraju gościł dotychczas zaledwie dwa razy i to kilkanaście lat temu, przygotował z aktorami berlińskiego Schaubühne niesamowite widowisko teatralne: Wiara, pieniądze, wojna i miłość. Już sama praca nad nim godna jest uwagi. Przystępując do pracy nie było scenariusza. Reżyser na próbie pokazał cztery karty z talii określając je słowami z tytułu. Wykorzystując doświadczenia zaledwie siódemki aktorów, rozpoczął się proces pracy, którego efekty są niesamowite. Cztery akty, blisko pięć godzin niesamowitego, epickiego teatru. Lepage mówi wprost, że aby odczuwać przedstawienie musi ono trwać. I trzeba mu przyznać rację. Ma niesamowitą moc tworzenia spójnego, klarownego widowiska, które wciąga, łaknie się go i z nostalgią myśli, że już nastał jego finał. To forma dobrego teatru mieszczańskiego, w którym nadrzędnym jest klarowność opowieści ukazana w efektownej, zaskakującej formie. Oglądając ów pokaz na myśl przychodziły mi niektóre spektakle Krzysztofa Warlikowskiego, szczególnie ostatnia Europa, w której posłużono się podobnym konceptem inscenizacyjnym. Sceny u Lepage’a są krótkie, klarowne, sugestywne, a montaż wręcz filmowy. Precyzja jest niesamowita. Gdy do oklasków wychodzili artyści to zespół techniczny stanowił dwukrotność aktorów. Razem tworzą oni niesamowitą grupę kreatorów budujących ów kosmos teatralny. Ważnym jest, że tło to zaledwie cztery ekrany, które przybierają różne formy, a projekcje na nich dopowiadają miejsca akcji. Dodatkowo subtelne rekwizyty tworzą pola gry. To nie wybujała dekoracja, ale proste konstrukcje ukazujące: stół, bar, biurko. Ważne są kostiumy będące śladem epoki. To praca trudna do opisania, ale właśnie precyzja i dokładność mają kluczowe znaczenie dla skonstruowania owej opowieści.
Lepage tworzy rzecz o Niemczech, Niemcach i szerzej o Europie, kontynencie od zakończenia II Wojny Światowej do pełnoskalowej napaści Rosji w Ukrainie. Ale nie ma w owym spektaklu wielkiej polityki. Jest prosta rzecz o ludziach, a kontekstem staje się dziecko. W pierwszym akcie podrzucone do klasztoru sióstr w okolicach Wiesbaden, a na końcu rodzące się w Ukrainie z surogatki, która czyni to dla pary gejów z Niemiec. Ta przewrotność niechcianego potomka, a pragnienie dziecka – zakończenia wojny i nowego konfliktu jest niesłychanie pomysłowa oraz wciągająca. W owe lata wplecione są losy wielu postaci odgrywanych przez ów kameralny zespół wykonawców. To także swoisty epos naszego tu i teraz, gdzie losy indywidualne rzucone są na historię i obyczajowość. Spektakl rozgrywany jest w kilku językach: francuskim, niemieckim, angielskim i ukraińskim co oddaje klimat miejsc i owej różnorodności naszego kręgu kulturowego. Niezwykle istotnym elementem są owe karty z talii, które odsłaniają kolejne kolory aktów, ale są też symbolicznymi elementami w poszczególnych częściach. Od wróżki, poprzez grę w kasynie, po przyjacielską rozgrywkę w koszarach. Pierwotnie widz ma poczucie, że są to cztery autonomiczne opowieści, ale z czasem zaczynają wątki się łączyć, uzupełniać, dopełniać. Tworzy się z tego olśniewająca saga, która w finale trzyma w niesamowitym napięciu, a zakończenie jest wręcz nieprawdopodobne. To rzecz o ludzkich wyborach, doświadczeniach i przeznaczeniu. Owe przedstawienie ma niesamowitą siłę magii teatralnej, która ukazuje, że nie trzeba budować wielkich metafor, ale wystarcza uczciwa praca, sprawna reżyseria, świetne aktorstwo, a efekt jest olśniewający. To w mojej ocenie główny kandydat do tegorocznej Nagrody Głównej. I mocno trzymam za to kciuki, gdyż niezwykle rzadko pojawiają się spektakle, które na długo pozostają w pamięci. A wszyscy, którzy chcieliby poznać twórczość Roberta Lepage’a będą mieli okazję zobaczyć jego Hamleta podczas tegorocznej edycji Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku.
Pierwsze dni Kontaktu w Toruniu to przede wszystkim spotkanie z uznanymi twórcami, ikonami światowego teatru. Jest mądrze, różnorodnie, dojrzale i polemicznie. A przecież takie winny być festiwale.