„Otwórz oczy” Olgi Tokarczuk w reż. Igora Gorzkowskiego w Teatrze Polskim w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie naszteatr.pl.
Na Dużej Scenie Teatru Polskiego w Warszawie od roku goszczą ciepło przyjęte dwie jednoaktówki Marivaux. Tym razem dwie krótsze formy, zaczerpnięte z tomu opowiadań Olgi Tokarczuk „Gra na wielu bębenkach”, pojawiły się na Scenie Kameralnej za sprawą Igora Gorzkowskiego. To o tyle ciekawe, że skromniejsze objętościowo teksty naszej noblistki rzadko trafiają na scenę. Spektakl „Otwórz oczy” obejmuje dość różne w stylistyce opowiadania „Otwórz oczy, już nie żyjesz” i „Próbę generalną”. Czemu akurat te? Pierwsze, moim zdaniem, ze względu na interesującą możliwość przeniesienia do teatralnej przestrzeni dwóch przenikających się rzeczywistości. Drugie, ponieważ zyskało na rozpoznawalności w czasie covidowego zamknięcia, a ponadto rozgrywa się w podobnym anturażu i nie wymagało scenograficznej ekwilibrystyki. Dość powiedzieć, że niemal identyczne mieszkania protagonistów umieszczone jako nisza w wielkiej betonowej ścianie autorstwa Honzy Polivki zdają się być lokalami tego samego bloku zawieszonymi w delikatnym przesunięciu czasowym. Reżyser uzasadniał wybór treści „wspólną kondycją bohaterów zanurzonych w normalności, którzy na różne sposoby z tej normalności zostają wyrwani” i oczywiście to prawda, ale powiedzmy sobie szczerze – zbyt wiele wspólnego oba te teksty nie mają.
Bohaterką pierwszej opowieści jest C., czyli namiętna Czytelniczka kryminałów, która szuka w nich nie tyle mięsa czy krwi, ile nie do końca jasnych schematów, czegoś nietypowego, co dotyczyłoby jej samej. Znajduje wreszcie swoje opus magnum, książkę wciągającą od pierwszych linijek, a jednocześnie wymykającą się tradycyjnej konstrukcji. W małym dworku we Flandrii odbywa się spotkanie pisarzy kryminałów, ale choć akcja toczy się wokół „zabawy w morderstwo”, to zbrodnia się nie wydarza. Irytująco odkładana w czasie akcja, stojące w miejscu wydarzenia prowokują C., by przeniknąć do wnętrza historii i wziąć sprawy w swoje ręce. Tokarczuk żartobliwie analizuje relacje pomiędzy czytelnikiem a dziełem literackim, mieszając rzeczywistości i zapętlając je w gordyjski węzeł. Gorzkowski bawi się tą konwencją – w realistycznej niszy mieszkania usadawia główną bohaterkę relacjonującą nam lekturę kryminału z krótkimi przerwami na pranie czy gotowanie, a jego zwizualizowaną akcję przenosi na plan pierwszy w umowną przestrzeń dworku, którą zajmują wyraziste typy zapełniające świat kryminału. Akcja wędruje z miejsca na miejsce pauzując jeden z planów, co z czasem spotykać się będzie z dezaprobatą literackich gwiazd i ich zabawnymi kąśliwymi komentarzami. Humorystyczna opowieść w tonie mrocznego kryminału Agathy Christie zaczyna się interesująco, ale z biegiem czasu wyhamowuje i podobnie jak C. mamy ochotę popchnąć akcję do przodu. Ciągłe zapętlanie i zaciemnianie rzeczywistego obrazu zaczyna delikatnie męczyć w momencie, w którym jasne staje się dokąd to wszystko zmierza.
Szczęśliwie pozostaje jeszcze smakować aktorstwo, a to jest najwyższej próby. Anna Cieślak jako C. ma w sobie szaleńczy żar niemogącej się oderwać od lektury fanatycznej miłośniczki literackiej zbrodni. Szuka każdej okazji do zanurzenia się w historii, zatrzymując akcję pospiesznym wykonywaniem codziennych, nudnych, matczyno-małżeńskich obowiązków. Spoglądając rozszerzonymi z ekscytacji oczami zza szkieł okularów zanurza się w fikcji i wiemy już, że nie skończy się to dobrze. Postacie dolnego planu, jak na klasyczną detektywistyczną opowieść przystało, prezentują całą gamę cudzoziemskich oryginałów oddanych z pietyzmem w kostiumach Joanny Walisiak. Ulrika Ewy Makomaskiej w powiewach jedwabiu z egzaltacją i wyrysowaną w geście sztucznością pełni rolę dystyngowanej gospodyni zjazdu. Obłapia ją przy tym jej znacznie młodszy kochaś Lou Jakiśtam, czyli Michał Kurek, gwiazda amerykańskiego kryminału pisanego z pomocą AI, nonszalancko rozwalający się na kanapie i spozierający z wystudiowanym luzem zza ciemnych okularów. Marta Kurzak w roli wyzwolonej francuskiej pisarki kurzy zapamiętale niewidzialne papierosy i myli tropy pozostającą w sferze domysłów zażyłością ze swym brytyjskim kolegą, zadufanym w sobie Longfellowem odgrywanym przez Krystiana Modzelewskiego. Zbiór literackich bufonów uzupełnia mający alergiczne problemy i pochodzący z Polski Frucht-Płodowski Adama Biedrzyckiego, który poza górnolotnymi frazami w obronie swej twórczości musi głównie korygować ciągle przekręcane nazwisko. W tym bawiącym się w zbrodnię towarzystwie wzajemnej nie adoracji jest jeszcze jedna postać, stojąca początkowo w cieniu, lekko przygarbiona i międląca czarną suknię służącej - panna Schatzky. Spięta w nerwowym oczekiwaniu na polecenia Katarzyna Lis, skulona, zahukana, ze wzrokiem wbitym w podłogę, przemieszczająca się jak cień za swoją panią tworzy arcydzieło drugiego planu. Przyłapałem się na tym, że miast podążać za akcją przypatrywałem się z zachwytem aktorce korzystając z bezpośredniej bliskości niewielkiej sceny. Każde napięcie ramion, każdy grymas czy ukradkowe podniesienie oczu Katarzyny Lis kradły moją uwagę dla tej niepozornej, a jakże charakterystycznie wyrysowanej postaci. Brawo!
Znacznie krótsza część druga pozwala rozwinąć skrzydła Henrykowi Niebudkowi i Krystianowi Modzelewskiemu, którzy zamknięci w ciasnej przestrzeni mieszkania wobec globalnej katastrofy usiłują ogarnąć z nagła zmienioną rzeczywistość mimo wzajemnej niechęci. Obcujemy tu z teatrem psychologicznym, zanurzającym się w emocjach bohaterów, które buzują wobec odmiennych postaw. Kim są dla siebie? To już zagadka. W oryginalnym opowiadaniu mieliśmy do czynienia ze starszym, dawno wypalonym małżeństwem, co uzasadniało wypowiadane treści czy bardziej znamienną dla kobiet pobożność. Tu od samego początku przyjąłem postrzeganie mężczyzn jako skonfliktowanych ojca i syna, przerzucających się pretensjami, ale z czułością wspominających pewne ślady z przeszłości. Do czasu, gdy podczas odwiedzin nigdy nie widzianych dotąd sąsiadów padają słowa o „naszej córce”. I nie, nie było to aktorskie przejęzyczenie. Za chwilę Modzelewski poprosi Niebudka, by tę noc spali razem, a głowa płata figla, bo nie wie, czy to prośba zagubionego i zestrachanego dorosłego chłopca, by móc się przytulić się do rodzica w godzinie końca świata, czy nagle wybuchająca na scenie inkluzywność. Bez względu na interpretację, przebywanie w zamknięciu początkowo wyraźnie panom nie służy mnożąc konflikty i zmierzając do nieuchronnej konfrontacji. Bohater Modzelewskiego panikuje, nerwowo reagując na skąpe doniesienia medialne. Przestaje nad sobą panować szukając ratunku w modlitwie i podszytych lękiem nerwowych zachowaniach. Starszy z mężczyzn podchodzi do wydarzeń z życzliwą obojętnością, próbując zachować spokój i porządek dnia, bo przecież „jakoś to będzie”. Dobrotliwy spokój Niebudka działa jak płachta na byka, a wzajemne przerzucanie się „Alzhaimerami” i „krowami”, choć zabawne, nie daje szans na konstruktywny dialog. Ten rodzi się pomału, w drobnych pęknięciach, w ulotnych wspomnieniach, wspólnym śmiechu i przywoływanym z rozrzewnieniem psiaku. Kryzysowa sytuacja przyczynia się ostatecznie do poprawy relacji, a wraz z uświadomieniem sobie, tożsamej dla wszystkich istot, własnej śmiertelności pojawia się także wspominane niejednokrotnie przez Tokarczuk współodczuwanie. „Próba generalna” jako opowiadanie o ludzkich emocjach i stosunku do świata w momencie granicznym, jako próba nawoływania do braterskiego egzystowania wszystkich istot i przyjęciu odpowiedzialności za ich los przez człowieka stanowić ma swoiste przebudzenie ludzkości, nim będzie za późno. W tym kontekście wspólny tytuł spektaklu „Otwórz oczy” jest niezwykle trafny.
W sferze wizualnej warto wspomnieć o gigantycznych animowanych projekcjach Adama Rosołowskiego, które swym ogromem wybuchają ponad akcję epatując wizją apokalipsy z „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga, co jest bezpośrednim nawiązaniem do treści, zaś w pierwszej części dla równowagi prezentują fragmenty ryciny „Kiedy rozum śpi, budzą się demony” Francisca Goi. Spektakl dopełniają budujące klimat światła Igora Gorzkowskiego oraz sprawnie skomponowana muzyka autorstwa Lubavy Sydorenko, udanie wpisująca się zarówno w mrok tradycyjnego a la brytyjskiego kryminału, jak i budząca niepokój smyczkowym ambientem w godzinie upadku świata.
„Otwórz oczy” to trochę sceniczny eksperyment. Próba spotkania z krótszą, mniej opatrzoną twórczością Olgi Tokarczuk. Niezwykle różnorodna w treści, ekspresji i języku teatralnym. Balansująca pomiędzy humorem a grozą, psychologiczną głębią a rozrywkowym mrugnięciem oka. Pokazująca odmienne oblicza noblistki – filuterną żartownisię i zaangażowaną moralizatorkę. Siłą spektaklu Igora Gorzkowskiego pozostaje przede wszystkim dojrzałe aktorstwo zespołu Teatru Polskiego, który potrafi odnaleźć się w każdej scenicznej formule. Dla tych drobnych przyjemności bliskiego obcowania z gestem, spojrzeniem i trafiającym w punkt słowem warto wybrać się na Karasia, tym razem od Sewerynów. I smakować detale, jak w dobrze napisanym kryminale.