„Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie naszteatr.pl.
Cezary Domagała zaczynał swą przygodę z muzycznymi adaptacjami scenicznymi wiele lat temu od „Małego księcia” w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Namówiony na debiut reżyserski przez ówczesnego dyrektora tej placówki, Wojciecha Kępczyńskiego, odniósł spektakularny sukces. Nie dziwne więc, że zawiadujący dziś Teatrem Muzycznym Roma Kępczyński raz na jakiś czas zaprasza Domagałę do realizacji muzycznych przedstawień na Nowogrodzkiej. Od poprzedniej premiery „Alicji w Krainie Czarów” minęło już jedenaście lat, przyszła więc pora na kolejny wspólny projekt – „Anię z Zielonego Wzgórza”. Cezary Domagała otrzymał do dyspozycji Scenę Nova, siedmioro aktorów i hulaj dusza. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
„Ania z Zielonego Wzgórza” to wybitnie kobieca literatura, traktowana przez całe pokolenia pań z nabożnością i uwielbieniem całkowicie niezrozumiałym dla chłopięco-męskich odbiorców. Dlatego też zapowiedzią jej realizacji nie byłem specjalnie podekscytowany. Do czasu próby medialnej. Obejrzane fragmenty i reżyserski zapał Domagały spowodowały, że niczym wrzeszcząca przed koncertem Taylor Swift nastolatka pobiegłem prosić o stojące, kucające czy choćby wiszące miejsce. „Ania” po prostu olśniła.
Zacznijmy od obrazu. Stanowiąca wyzwanie Scena Nova, choć niewielka i wciśnięta w kąt, jest niezwykle wdzięczna do aranżacji. Wymaga od scenografów sporej dozy kreatywności, dobudowywania schodów i pięter, szukania i kombinowania, lecz zwykle kończy się to efektem „wow”. Natalia Kołodziej poprzeczkę zawieszoną miała naprawdę wysoko – zmieścić wnętrze domu, pokój Ani, szkołę, dworzec, sad i okoliczne krajobrazy na tak małej przestrzeni wydawało się wręcz niewykonalne. Nic bardziej mylnego. Cała dekoracja stworzona jest w tonacji bieli, dzięki czemu wyświetlane na niej malarskie projekcje Eliasza Styrny są doskonale widoczne i od samego początku przenoszą nas do zielonego Avonlea. Na obrotówce, o której istnieniu nie miałem dotąd pojęcia, stoi prosty stół z krzesłami i rzeźbiony w pagórki drewniany kredens z ruchomym zegarem oraz rozkładanymi skrzydłami na plecach, który drobnymi przekształceniami kreuje każde potrzebne wnętrze. Do niewielkiego pokoju Ani na piętrze prowadzą schody, a z lewej rośnie piękne i niezwykłe białe drzewo. Plastyczny koncept Natalii Kołodziej sprawia, że wiśniowe drzewko ożywa falując rozkładanymi kwiatami podczas dwóch romantycznych piosenek zamieniając scenę w magiczną krainę ze snów i marzeń Ani. Atmosferę podbijają ustawione z pietyzmem światła Krzysztofa Gantnera trafiające w punkt nawet podczas skomplikowanych układów choreograficznych Pauliny Andrzejewskiej-Damięckiej, która w ruchu oddaje zarówno klimat, jak i treść piosenek, niekiedy interesująco łącząc irlandzki taniec ludowy z czysto musicalowymi sekwencjami. Na uwagę zasługują także kostiumy autorstwa Natalii Kołodziej, która z jednej strony oddaje epokę krojem i fakturą strojów, niekiedy podbitą kolorystycznie współczesnymi tkaninami, z drugiej odzwierciedla też barwą charakter i emocje postaci, a z trzeciej puszcza wodze fantazji w kreowaniu leśnych stworów, czy zjawiskowych, choć pojawiających się ledwie na chwilę, reniferów. Aktorzy z nadświetlną prędkością zmieniają kostiumy zaskakując kolejnymi odsłonami, a jedynym elementem, który delikatnie burzy wizualny odbiór całości są peruki Ani dość nienaturalnie powiększające jej głowę. Nie mogło też oczywiście zabraknąć wymarzonych bufek przy sukience Ani, której świąteczne rozpakowywanie podniosło z ciekawości niemal całą młodą publiczność z siedzeń, co rodzi pewne podejrzenie o dogłębną znajomość lektury. Takie rzeczy tylko w Romie.
Nie zapominajmy jednak, że to musical. Creme de la creme stanowi osiemnaście dynamizujących akcję piosenek Cezarego Domagały z różnorodną muzyką Jakuba Lubowicza - czerpiących niekiedy z folkloru, ale dużo częściej z nowoczesnych musicali pokroju „Hamiltona”, gdzie wyrażona w warstwie wizualnej historyczna epokowość spotyka się z nader współczesną warstwą muzyczną. Teksty są czasem śpiewanym przedłużeniem akcji, innym razem wewnętrznymi rozterkami podkreślającymi emocje bohaterów czy małymi mikro opowieściami o ich duchowych zmaganiach. Domagała nie stara się politykować czy moralizować na siłę, ale wtrąca czasem odwołania do naszej rzeczywistości, jak w piosence „To szaleństwo brać obcego”, gdzie w refrenie padają dające do myślenia słowa „obcy nas tu zalewają, obcy nam tu zagrażają”. „Ona nie miała prawa” wyraźnym rytmem sprzyja cichemu potuptywaniu, „Piknik” z ledwością pozwala utrzymać ciało w bezruchu teatralnego fotela, „Zdała najlepiej” wbija się do głowy refrenem pozostając tym utworem, który nucimy zaraz po wyjściu, a są i klasyczne wyciskacze łez, jak choćby wzruszające „Nie pojadę do Redmond”. Muzyczną i literacką zabawą jest „Pijana piosenka” fantastycznie oddająca stan radosnego, nawet jeśli ciut niewychowawczego upojenia. A „Zielone włosy” z zabawnym nawiązaniem do królującego za ścianą „Wicked” po prostu musiały być.
Aby historia i utwory wybrzmiały właściwie na scenie potrzeba jeszcze zdolnych wykonawców. Anię grają naprzemiennie Magda Kusa, Agata Perzyna i wnuczka reżysera Antonina Domagała, którą miałem okazję oglądać. I nie bardzo chce mi się wierzyć, że Tosia ma dopiero czternaście lat. Oczywiście ze sceną zdążyła się już otrzaskać rolą Alicji, ale i tak dojrzałość sceniczna, zarówno aktorska, jak i wokalna robi olbrzymie wrażenie. Ujmującą „Piosenką Ani” wraz z żyjącym scenicznym życiem wiśniowym drzewem uruchamia wyobraźnię, by za chwilę poruszyć do głębi solowym popisem w „Prośbie”. Cierpiąca na lekkie ADHD, popadająca ze skrajności w skrajność Ania-Tosia, spełnia się aktorsko lamentując przeprosiny przed Małgorzatą, a najlepszy duet tworzy moim zdaniem z Darią Domitrz, czyli uroczą Dianą – ich wspólnie wyśpiewany w dwugłosie utwór „Przysięga Ani i Diany” jest wokalną wisienką na torcie. Aktorsko scenę bierze we władanie przebojowa Marta Florek, której Małgorzata jest wulkanem energii, bawiąca zarówno w świętym oburzeniu, jak i sympatycznie przerysowanej egzaltacji. Udany duet tworzą stanowcza Maryla Marty Wiejak i dobroduszny Mateusz Janusza Krucińskiego (nawet jeśli ma on coś za uszami myląc czasem siostrę z panią Linde), idealnie odwzorowując charaktery swoich postaci i tworząc emocjonalną ramę dla historii Ani. Poruszają w wykonanej wspólnie piosence „Nie chcecie mnie”, dzięki której z mocą zawisają nad sceną słowa Mateusza: „Może my bylibyśmy czymś dla niej?”. Wpisane w postać Ani wykluczenie społeczne i odrzucenie zamieniają z czasem w wiarygodnie czułą bliskość. Co tu dużo mówić, nie da się ich nie lubić. Podobnie jak trudno nie lubić Gilberta, bo Krzysztof Róg szczerzy się radośnie w szelmowskim uśmiechu, kaja z prawdziwą rozpaczą i tylko piosenką „Prymus” krindżuje młodą publikę. Listę uzupełnia Pani Spencer w wykonaniu tym razem córki reżysera Marty Domagały-Witkowskiej, która poza jedną sceną występuje głównie w zbiorówkach. Z recenzenckiej konieczności dodać wypada, że w dublurach występują ponadto Brygida Turowska, Izabela Bujniewicz, Patrycja Serwatka, Krzysztof Cybiński, Michał Talar, Monika Bestecka i Karolina Michalik.
Mała Scena Teatru Muzycznego Roma rośnie w „Ani z Zielonego Wzgórza” do monstrualnych rozmiarów kreując rozśpiewany i roztańczony świat Avonlea. Wspaniale napisane i skomponowane piosenki nadają przedstawieniu intensywny, pulsujący rytm. Malarskie sceny przenikają się przechodząc płynnie jedna w drugą wraz z wirującą w tańcu obrotówką i mieniącymi się światłami. Zespół aktorski rozpala emocje energią choreografii i siłą wokalu, a jednocześnie potrafi się zatrzymać, by złapać przejmujące, ulotne chwile. „Ania” wzrusza nie tylko damską cześć publiczności, ale każdego, kto widzi w jej historii choćby strzępy własnych doświadczeń. To po prostu pięknie opowiedziana muzycznym językiem literacka opowieść. Cezary Domagała ma to coś. Jak Ania.
I choć obejrzenie spektaklu nie zastąpi lektury książki, to formuła musicalu czyni go przystępniejszym dla młodszego widza, który klasyczną dwugodzinną inscenizacją mógłby się zmęczyć. Wciąż jednak pozostaje to teatralna przygoda skierowana głównie do płci pięknej, o czym warto pamiętać wybierając się tam z bandą urwisów. Paniom zaś zalecam zabranie chusteczek.