„Brzydkie kaczątko. Bajka na nowe czasy” wg Hansa Christiana Andersena w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Lalka w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie naszteatr.pl.
Magiczne Drzewo stoi niepozornie na warszawskiej ulicy otoczone lekko odrapanym z farby płotkiem i udekorowane tabliczką skierowaną do psiaków. Pewnie każdy z nas przeszedłby obok niego bez większego zainteresowania. Lecz nocą rośnie ono niebotycznie wypuszczając gałęzie hen, hen daleko, aż na krańce wszechświata, by posłuchać opowieści. Tym razem Magiczne Drzewo wyrosło świetlną wizualizacją na scenie Teatru Lalka i zaprasza do wysłuchania baśni o „Brzydkim Kaczątku”. Baśni na nowe czasy, jak brzmi podtytuł sztuki napisanej przez Małgorzatę Sikorską-Miszczuk, której scenicznej realizacji podjął się Wawrzyniec Kostrzewski.
Historię Brzydkiego Kaczątka niby wszyscy znamy, ale okazuje się, że jakby nie do końca. Temperamentne Kaczątko wykluwa się bowiem całkiem zadowolone z siebie i dokazuje ile wlezie w rodzinnej Eko-Kwaczni. Mieszka w podstołecznym przedsiębiorstwie ekologicznym drobiu cioci Krysi, która po bliżej nieznanych perypetiach życiowych uciekła w samotnię hodowlanego azylu. Zapału jej nie braknie, ale zupełnie nie ogarnia swej trzódki, pozwalając na przejęcie kontroli nad interesem silnej i zdecydowanej Mamie Kaczce. Tutaj właśnie rozpierane energią psoci i huncwoci Brzydkie Kaczątko. Do czasu aż się doigra. A wówczas złośliwe rodzeństwo pospołu ze zmęczoną ogarnianiem codzienności mamą wyleją na nie wiadro pomyj i po niezaliczonym teście kwakania oraz cokolwiek stronniczym głosowaniu wyrzucą szaropióre biedactwo w nadwiślańskie chaszcze. Nie pomoże obrażanie się, złość i tęga w nietęgiej sytuacji mina. Od tej chwili spektakl niesiony będzie lotami, wzlotami i upadkami naszego bohatera, a andersenowski klimat niesamowitości zbliży się czasem niebezpiecznie do grozy braci Grimm.
„Brzydkie Kaczątko” przepisane na nowe czasy, obok grozy podszyte jest silnie metafizyką, a linia życia Kaczątka łącząca niebo i ziemię wplątuje nas samych i nasze doświadczenia w opowiadaną historię. Baśń Andersena silnie rezonuje bowiem scenicznymi emocjami, a te do najłatwiejszych nie należą. Wygnane z domu przez własną matkę, z dziobem, który nie umie kwakać, z szyją, która wydobywa paskudne tony, z szarymi jak popiół piórami – Kaczątko przegląda się w spojrzeniach innych i trudno mu się dziwić, że tego odbicia nie akceptuje. Gorzej, że w nie wierzy. Powtarza w kółko usłyszane zarzuty popadając w coraz większy smutek, żałośnie stara się nie rozkwa… to jest rozpłakać, a mroczne myśli ogarniają jego opierzoną duszę. I jak to w podszytych strachem baśniach bywa, nie raz otrze się o śmierć wystawiając na próbę łez dziecięcą wrażliwość widowni.
Duża w tym zasługa wcielającej się w Kaczątko Olgi Ryl-Krystianowskiej, która niezwykle sugestywnie przekazuje znane dzieciom emocjonalne zachowania – szczerą radość, szaleństwo zabawy, bunt i gniew wobec niesprawiedliwości czy bezradność w obliczu braku zawsze dotąd obecnej mamy. Jej uroczo skrzekliwy bohater jest z jednej strony przerażająco zagubiony i samotny, a z drugiej budzi uśmiech psotliwą naturą oraz nadzieję na szczęśliwe zakończenie upartymi próbami wzbijania się do lotu w nieznane. Gdy wreszcie zrzuci z siebie wydziergane przez innych fałszywe odbicie i zaakceptuje siedzącą w szyi „ogromną igłę”, wyda donośny, własny głos. Największą nagrodą dla aktorki na premierze był chyba wtórujący jej bliźniaczy skrzek współodczuwającego młodziutkiego łabędzia płynący z widowni.
Na scenie bryluje także rozpychając się szerokimi biodrami dmuchanych pontonów Mirosława Płońska-Bartsch, której Mama Kaczka, nawiązująca kostiumem do kąpielowych zabawek, konsekwentnie pilnuje codziennych obowiązków swej trzódki. A przecież nie tylko musi ją nakarmić granolą malinową z mlekiem owsianym i to z repetą. Jeszcze zawieźć, przywieźć, wziąć na spacer, pouczyć pływania, kwakania i w międzyczasie znosić jajka. Tak, zalatana to mama. Nawet samotna matka, bo kaczora ni widu ni słychu, jak zwykle gdzieś poleciał. Dlatego można od biedy tłumaczyć wygnanie przez nią niechcianego dzieciątka zwyczajnym zmęczeniem. Kogóż z nas trudy codziennego życia nie wyprowadzają czasem z równowagi? Grunt, że umie przeprosić i pokochać niesforne Kaczątko jak własne dziecko.
Obok niej w żywym planie oglądamy jeszcze Anetę Jucejko-Pałęcką, której ciocia Krysia patrzy sercem i niezłomnie walczy o wyrozumiałość dla czupurnych zachowań Kaczątka oraz Tomasza Mazura w roli wujka Adama ratującego szaropióre nieszczęście z opresji. Pozostali aktorzy pojawiają się w swych postaciach sporadycznie, częściej animując lalki, choć nawet krótkotrwałe wystąpienie Trzech Kogutów w wykonaniu Jana Stasiczaka wywołało gromki aplauz publiczności. Wśród lalek największą sympatię budzi Myszonek animowany przez Agnieszkę Sawicką, ze swadą wróżący z podeszwy stopy i radośnie pilnujący własnych śmieci. Roman Holc, jak na lalkarskiego profesora przystało, prowadzi trudną w obsłudze lalkę Kruka i przecudownego Psa, trzepocząc skrzydłami i wachlując ogromnymi uszami otwierającymi wrota wyobraźni. Aktorski zespół uzupełnia wcielająca się w jedną z choinek i myśliwego oraz animująca małe kaczki Agnieszka Mazurek.
Najsilniejszym atutem „Brzydkiego Kaczątka” pozostaje wyśmienita strona wizualna. Ewa Gdowiok wykreowała wraz z Wawrzyńcem Kostrzewskim magiczny, różnorodny świat teatru lalek, który zachowuje delikatną równowagę formy mimo ciągłego mieszania konwencji i gatunków. Prostym kostiumom towarzyszą ekstrawaganckie w pomyśle i krzyczące kolorami stroje. Futrzaste lalki, przywodzące na myśl najlepsze projekty Jima Hensona, skłaniają do uśmiechu swą żywiołowością i maskotkową urodą, ale to niepełne lalki ledwie zarysowujące kształty psa czy gąsiorów prawdziwie działają na wyobraźnię budując umowność przedstawionego świata. Podobnie eklektyczna jest scenografia raz zapełniająca się wymyślną techniką żywieniową Eko-Kwaczni czy falującym morzem szuwarów i tataraku, innym razem ledwo wyobrażonymi drzewami leśnych ostępów, by za chwilę opustoszeć i zagrać jedynie prószącym śniegiem czy rozlaną plamą światła zamarzniętego jeziora. Lot można oddać intensywną bieganiną wspomaganą pędzącymi z wiatrem multimediami, ale też względnie statycznym ruchem przy delikatnej pomocy zwieszającej się z sufitu łabędziej nogi. Obrazy dosłowne przeplatają się z niedopowiedzeniami, balansują między realnym a nierealnym, ciągle dialogując z wyobraźnią widza i zachęcając do odkrywania niesamowitego świata baśni Andersena. Choreograficzną pracę Jarosława Stańka, projekcje Franciszka Barcisia i światła Mikołaja Zwierzyńskiego uzupełnia klimatyczna i podkreślająca nastrój scen muzyka Piotra Łabonarskiego, która nie omieszka sięgać czasem po czarny humor. Za ogrom pracy pogratulować też należy zespołowi technicznemu Lalki, który zdołał tę autorską wizję z takim rozmachem i pomysłem przenieść na scenę. Jeśli cokolwiek wybija się in minus z całokształtu przedstawienia to jedynie absurdalny tekst piosenki, który brzmi trochę jak przeniesiony z zupełnie innej opowieści, wibrując w dziecięcych uszach tajemniczą „maczą” i stanowiący bardziej tło dla scenicznych wygłupów, niż wartość samą w sobie.
Zespół Lalki określił inscenizację „Brzydkiego Kaczątka” mianem „szlachetnej”. Bo faktycznie jest to spektakl zrealizowany wedle starej dobrej szkoły teatru lalkowego, z umiejętnym wykorzystaniem formy i scenicznej techniki, z wielością aktorskich planów, różnorodnością lalek, klasycznym morałem, a przede wszystkim wielowarstwowo otwierający się na dziecięcą wyobraźnię. Wawrzyniec Kostrzewski szkicuje zarys świata pozwalając młodym widzom uzupełnić go swoją wrażliwością i dopełnić własnymi wyobrażeniami. Bajka na nowe czasy zaprasza do świata dziecka, które uczy się odkrywać swoje emocje i przechodzi trudną lekcję samoakceptacji. Mówi o potrzebie empatii i konfrontuje z negującymi ją postawami. Pozwala na smutek, niepokój, ale i oczyszczające wzruszenie. Polecam polecieć nań ze swoimi milusińskimi. Nawet jeśli w charakterze transportu nie znajdziecie odpowiednio dużego drobiu.