Szybko zdobyła popularność, kreując jedną z głównych ról w znanym serialu. Później Aleksandra Skraba zajęła się przede wszystkim pracą w teatrze. O losach młodej aktorki pisze Tomasz Gawiński w „Tygodniku Angora".
Los dał jej szansę. Zaledwie rok po ukończeniu studiów wcieliła się w jedną z wiodących postaci w serialu „Sexify" na platformie Netflix. Rola ta przyniosła jej większą rozpoznawalność za granicą niż w Polsce. Produkcja emitowana była w ponad stu krajach, a numerem jeden była nie tylko nad Wisłą, lecz także w Indiach, Brazylii, Libanie i na Jamajce. W Niemczech, we Francji, w Rosji i Izraelu znalazła się w ścisłej czołówce najchętniej oglądanych tytułów. Sukces nie przełożył się jednak na liczbę kolejnych propozycji zawodowych. Aktorka zaangażowała się więc w pracę sceniczną i od grudnia 2024 roku należy do zespołu Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Niebawem będzie musiała zrobić przerwę w pracy, ponieważ zostanie mamą. Obecnie znajduje się na etapie przejściowym.
– Niełatwym, ale najważniejszym w życiu. Czuję się tak, jakbym stała na granicy dwóch światów. To przejście osobowościowe, zmiana roli albo zupełnie nowa rola. Ma na myśli oczywiście rolę matki. – W życiu zawodowym miałam już poczucie, jakbym wypadła z obiegu. Zastanawiam się, jak to będzie potem wrócić, ale raczej unikam wybiegania w przyszłość. Jeszcze niedawno była aktywna zawodowo.
Występowała na deskach częstochowskiego teatru. – Grałam tam przez rok. Trafiłam z castingu. Co ciekawe, była to po raz pierwszy taka formuła pozyskiwania aktora do teatru dramatycznego – casting do konkretnej roli, Rosie, w spektaklu Stevena Moffata „Jak usunąć znajomego" w reżyserii Radosława B. Maciąga.
W Częstochowie wystąpiła w trzech premierach. Oprócz wspomnianego spektaklu były to „Mewa" w reżyserii Cezarego Ibera oraz „Jeśli przecięto cię na pół" zrealizowana przez Kalinę Jagodę Dębską. – W pierwszej sztuce była to rola drugoplanowa, natomiast w „Mewie" kreacja Niny Zariecznej stanowiła rolę główną. Byłam bardzo wdzięczna losowi, że mogłam praktykować, doświadczać i uczyć się w żywym teatrze, u boku znakomitych aktorów. Dawało mi to poczucie zawodowego bezpieczeństwa.
Początki w nowym miejscu nie były łatwe. – Wiązało się to bardziej ze zmianą miejsca zamieszkania niż z samą pracą. Do tej pory funkcjonowałam w Krakowie, więc była to duża zmiana. Bardzo jednak chciałam pracować w zawodzie, w zespole, i mieć stały kontakt z żywą widownią.
Wcześniej miała już krótki epizod teatralny w Warszawie, w Teatrze Polskim. – Trwało to jednak krótko, zaledwie kilka spektakli. Wybuchła pandemia i wszystko się posypało. Były to wieloobsadowe „Dziady" w reżyserii Janusza Wiśniewskiego, a moja rola była niewielka. Zależało jej na stałej pracy w zespole aktorskim. – to udało się spełnić w Częstochowie. Moim dziecięcym marzeniem było występowanie w teatrze na prowincji. Myślę, że ważną rolę odgrywał w nim czynnik ludzki – wyobrażenie zespołu jako dużej rodziny, a teatru jako domu.
Potem oprzytomniała, dorosła i wiedziała już, że nie wszystko wygląda tak idealnie. – Byłam świadoma, że niekoniecznie to tam znajdę. Ale kto komu zabroni marzyć?
Częstochowa była dla niej ważnym doświadczeniem. – Wiele się tam nauczyłam i poznałam wspaniałych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Na pewno występowałabym dalej, gdyby nie fakt, że zostanę mamą. Wspólnie z dyrektor Magdaleną Woch uznałyśmy, że bezpieczniej będzie, jeśli zrobię przerwę. Mam jednak otwarte drzwi do powrotu.
Urodziła się w Nowej Rudzie. – Tam mieszkały moje babcie. Gdy miałam kilka miesięcy, rodzice przeprowadzili się do Polkowic. Tata dostał pracę w kopalni. W tym mieście spędziłam dzieciństwo i młodość, aż do matury. O aktorstwie zaczęła myśleć stosunkowo późno, dopiero w liceum.
– Najlepiej czułam się na zajęciach teatralnych i w grupach artystycznych. Miałam pomysł, by uciec od tego, kim jestem, pobyć kimś innym. Było mi ciężko ze sobą, miało to swoje przyczyny. Wydawało mi się, że aktorstwo mi to zrekompensuje, ale tak się nie stało. Dziś zupełnie inaczej myślę o tym zawodzie. Najpierw jest pytanie: kim ja jestem? Nie do końca wierzę w zatracanie się w roli. Jej zdaniem można być dobrym aktorem bez całkowitego wchodzenia w postać. – Myślę, że takie zachowanie bywa niezdrowe, niedojrzałe i egocentryczne. Można być wybitnym aktorem, nie tracąc siebie. Po maturze złożyła dokumenty do wszystkich uczelni aktorskich w Polsce. Nie dostała się do żadnej z nich. Wybrała więc prywatne Studium „Lart" w Krakowie. Po roku ponownie spróbowała i tym razem pozytywnie przeszła egzaminy do łódzkiej Filmówki.
– Cztery i pół roku studiów to był trudny okres. Stresowałam się, bałam się wyrzucenia. Przełomem była końcówka nauki i przedstawienie dyplomowe. Chodziła na castingi, szukała agencji, ale nic się nie działo. – Mimo że uzyskałam dyplom i formalnie byłam aktorką, nie wiedziałam, co będzie jutro i jak potoczy się moja przyszłość zawodowa. W mojej grupie tylko jedna osoba miała pewność – dostała etat w teatrze. Reszta czekała.
Podobnie jak większość znajomych ze studiów pojechała do Warszawy. – Dostawałam drobne zlecenia, na przykład w dubbingu, albo jeden dzień zdjęciowy w serialu. I tak przez osiem miesięcy. Było trudno, trzeba było się utrzymać. Na początku pomagali rodzice, później sytuacja stała się bardziej skomplikowana. Uratował mnie wygrany casting do serialu „Sexify".
Casting był wieloetapowy i trwał kilka miesięcy. – Już w połowie było wiadomo, że producent szuka trzech młodych dziewcząt do głównych ról. Wybrano mnie, Marysię Sobocińską i Sandrę Drzymalską. Tytuł był nieco mylący, bo to historia o poznawaniu siebie i akceptacji. Cieszyła się z tematu i problematyki młodych kobiet. – To był intensywny czas, dużo zdjęć, a po drodze pandemia, więc wszystko się wydłużyło. Nie byłam zmęczona, lecz szczęśliwa. Włożyłam w rolę Natalii ogrom pracy i zaangażowania, co pozwoliło mi uniknąć stresu. Spotkałam znakomitych aktorów, takich jak Cezary Pazura, Zbigniew Zamachowski czy Sebastian Stankiewicz. Z każdym dniem coraz lepiej odnajdywała się na planie. Nie spodziewała się tak szerokiego odbioru i międzynarodowego sukcesu serialu. Produkcja była chętnie oglądana w Polsce, lecz jeszcze większe zainteresowanie wzbudziła na innych kontynentach.
Niestety, nie przełożyło się to na kolejne propozycje filmowe. – Telefon milczał. Wiele osób mówiło, że teraz wszystko się zacznie. I nic się nie zaczęło. Była zawiedziona, choć miała świadomość realiów zawodu.
– Czasem grałam małe role w serialach. Zostawiałam CV w teatrach, ale bez odzewu. Po roku dostała propozycję udziału w drugim sezonie „Sexify". – To było kolejne wyzwanie aktorskie, bo moja postać bardzo się zmieniła, nabrała pewności siebie i stała mi się bliższa. Pracowaliśmy kilka miesięcy. Oglądalność wciąż była dobra, mimo mniejszego nacisku na promocję. Kontynuacja losów trzech bohaterek spotkała się z pozytywnym odbiorem.
Mimo to sytuacja się nie zmieniła. – Byłam zdziwiona, że nie wiem nic o castingach. Myślę, że zostałam zaszufladkowana do komedii i ról charakterystycznych, których nie jest wiele. Sama też o to nie zabiegałam. Przez kilka miesięcy była bez pracy.
Do czasu, gdy wróciła do Krakowa. – Zaczęłam uczyć i przygotowywać młodych ludzi do egzaminów do szkół aktorskich w prywatnym Studium. W tym okresie napisała własną sztukę zatytułowaną „Grzybki". – To opowieść o dwóch ciężarnych kobietach rozczarowanych dominującym modelem rodzicielstwa, które poznają się w poczekalni u ginekologa. Spektakl wyreżyserował Maciej Białoruski. Występuję w nim razem z przyjaciółką Elżbietą Zajko. Zrealizowaliśmy go w ramach projektu Fabryki Sztuki w Łodzi.
Po spełnieniu się w roli matki ma nadzieję wrócić do zawodu. – Ale czy tak będzie? Nie patrzę tak daleko w przyszłość. Nie mogę, bo bym zwariowała.