Krzysztof Gosztyła – aktor, którego się nie ogląda, tylko którego się słucha, czuje i zapamiętuje. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Nieczęsto zdarza się aktor, którego obecność na scenie daje poczucie obcowania z czymś więcej niż tylko z rzemiosłem. W przypadku Krzysztofa Gosztyły – jubilata dzisiejszego dnia – to „więcej” ma kształt głosu. Niepowtarzalnego, hipnotycznego, głębokiego jak studnia bez dna. Ale byłoby błędem zredukować jego sztukę jedynie do barwy i tembru. Bo choć jego głos to żywioł, który mógłby sam z siebie poruszać dekoracje i rozsiewać dramaturgię po kątach sceny – to Gosztyła gra całym sobą. Precyzyjnie, z klasą, z niesamowitą świadomością słowa i gestu. Miałem szczęście widzieć go wielokrotnie – i każdorazowo było to spotkanie, które zostaje z człowiekiem na długo.
Pamiętam jego Reginalda Pageta w Kwartecie Ronalda Harwooda – to była rola, która przynosiła ukojenie. W postaci starzejącego się śpiewaka Gosztyła odnalazł zarówno ironiczny dystans, jak i autentyczne wzruszenie. Mówił o przemijaniu bez patosu, ale z godnością. Był jak baryton, który już nie unosi się w pełnej sile, ale potrafi jeszcze jedną frazą opowiedzieć całe życie. Nie był gwiazdą sceny – był jej filarem.
Zupełnie inny ton uderzył w spektaklu Dwór nad Narwią Rymkiewicza. Jako Jenerał, Gosztyła niósł na barkach nie tylko kostium, ale i cały ciężar idei, które ta postać reprezentuje. Jego obecność była jak granit – zimna, nieustępliwa, a jednak boleśnie ludzka. Tego wieczoru teatr stał się miejscem, gdzie historia nie tylko przemawiała, ale gdzie patrzyła w oczy – i robiła to głosem Gosztyły.
W Trans-Atlantyku Gombrowicza był Tomaszem, i tutaj pokazał inną twarz – aktora, który w absurdzie i grotesce porusza się z taką samą pewnością, jak w klasycznym dramacie. Jego gra była precyzyjna jak szwajcarski zegarek, ale nigdy zimna – każdy gest, każde słowo miało znaczenie. Jego Tomasz nie był jedynie postacią – był metaforą, prowokacją, kluczem do zrozumienia tekstu.
Kiedy Gosztyła pojawił się na scenie w Kandydzie, grając kilka ról – Filozofa Marcina, Oficera, Gubernatora Buenos Aires – miałem wrażenie, że oglądam aktora o niespotykanej plastyczności. Przeskakiwał między postaciami, zmieniał ton, tempo, maski – a jednak zawsze pozostawał sobą. To nie był teatr transformacji. To był teatr wszechstronności.
Z kolei Kalmita w Chłopcach Grochowiaka – rola gorzka, mocna, szorstka – pokazała Gosztyłę jako aktora, który potrafi rozbrajać widza z emocjonalnych pancerzy. Był jak uderzenie w splot słoneczny – nieoczekiwane, celne, pozostające na długo.
I jeszcze Caribaldi w Sile przyzwyczajenia Bernharda – kreacja, która działała jak powolne odkręcanie śruby. Gosztyła doskonale oddał natręctwo, pasję i tragiczną śmieszność tej postaci. To był teatr wymagający – i jako widz czułem się zobowiązany, by podążać za nim do końca, bez mrugnięcia okiem.
Nie sposób nie wspomnieć jego legendarnego już Tyrezjasza w Królu Edypie w reżyserii Gustawa Holoubka. Gdy pojawiał się na scenie – powietrze gęstniało. Jego słowa brzmiały jak wyrocznia, ale nie dlatego, że wypowiadał je starzec z mitologii. To Gosztyła napełniał je znaczeniem. Był głosem tragedii – nie tylko postacią.
A przecież był też Don Kichotem – w Człowieku z La Manchy. Połączenie marzenia, obłędu i godności w jego wykonaniu zrywało z łatwym sentymentalizmem. Jego Alonso Kichana nie był oderwanym od świata dziwakiem. Był głosem wszystkich, którzy wbrew rozsądkowi chcą wierzyć w piękno.
W Pieszo Mrożka – jako Grajek – był przewodnikiem przez absurd. Czasem wydawał się kpiący, czasem zadumany, ale zawsze obecny.
Dziś, gdy Krzysztof Gosztyła obchodzi swoje urodziny, chciałbym – jako widz i człowiek teatru – podziękować. Za każdą rolę, za każdą chwilę ciszy i każdy dźwięk, który pozostaje w uchu długo po tym, jak zapadnie kurtyna. Za aktorstwo, które nie próbuje krzyczeć, ale mówi. I za to, że w tym wszystkim nie zapomina o nas – tych, którzy patrzą.