Logo
Magazyn

Wielu księży chciało nam pomóc, zakaz przychodził z góry

21.11.2025, 09:46 Wersja do druku

Rozmowa Barbary Hollender z Piotrem Domalewskim, reżyserem filmu „Ministranci", za które zdobył drugie gdyńskie Złote Lwy.

fot. PAP/ Jerzy Uklejewski

W dzieciństwie i wczesnej młodości byt pan ministrantem...

Tak, w kościele w Łomży służyłem do mszy przez 12 lat. Choć traktowałem to raczej jako pewien rodzaj funkcji technicznej. Razem z grupą rówieśników pomagałem księdzu, żeby na ołtarzu odbyła się „ceremonia". Bardziej interesowało mnie bycie na zapleczu tego nazwijmy to „eventu", niż na widowni.

Bohaterowie pana filmu „Ministranci", który teraz wchodzi na ekrany, nie są tylko uczestnikami „eventu". Oceniają świat, Kościół, a wreszcie Polskę. Mają prawo to wszystko oceniać, bo może nadszedł już czas na rachunek sumienia?

Nie tylko w przestrzeni Kościoła, ale i naszego państwa. A dzisiaj młode pokolenie ma na tyle bezpieczny dystans do rzeczywistości, że może sobie na to pozwolić. To zresztą ciekawe, że mówimy o Kościele i Polsce razem. Tradycja Kościoła jest u nas głęboko związana z sytuacją polityczną, z aparatem państwowym, z systemem władzy i przede wszystkim z historią naszego kraju. Młodzi ludzie urodzeni po wejściu Polski do Unii nie niosą już w sobie wspomnień komunizmu. I w żaden sposób nie przyczynili się do powstania tej rzeczywistości, z którą się dzisiaj jako społeczeństwo mierzymy. Więc jeśli ktoś ma prawo ją krytykować, to właśnie oni.

W Polsce notuje się duży odpływ młodego pokolenia od Kościoła. Ale nie na prowincji, gdzie Kościół wciąż w znacznej mierze kształtuje ludzi i ich mentalność.

Wydaje mi się, że w mniejszych społecznościach trudniej się ze swoim sprzeciwem ukryć. Człowiek „inny", wyłamujący się z reguł, jest stygmatyzowany. To zresztą dotyczy nie tylko Kościoła. Jeśli nie wywiesisz flagi w dniu Święta Niepodległości, wywołasz szerokie komentarze na osiedlu. Jeśli wywiesisz flagę Unii Europejskiej, też wszyscy zaczną się zastanawiać, czy to nie jest jakiś rodzaj manifestacji. Poza tym rodzi się pytanie, na ile Kościół, o którym rozmawiamy, jest związany z duchowością ludzi, a na ile jest to po prostu element tradycji. Kiedy byłem mały, na wsi i w mniejszych ośrodkach administracyjnych sfera religijna była mieszanką wierzeń ludowych, tradycji i własnych interpretacji. Wykładnia Kościoła w każdej parafii jest inna. Ton nadają tu poszczególni ludzie.

Wojciech Smarzowski w „Klerze" uderzał bardzo mocno w hierarchię Kościoła, w to „złote, a skromne".

I słusznie, bo mam wrażenie, że ta struktura już dawno oddaliła się od pierwotnych założeń, które przecież skupiały się na człowieku i humanizmie. „Kler” jest dla mnie bardzo ważny również z innych powodów. Opowiada bowiem o trzech mężczyznach stojących na rozdrożach życia i nie mogących sobie poradzić z sytuacją, w którą zabrnęli. W „Klerze” po raz pierwszy zobaczyłem scenę, w której dorosły facet siada pod ścianą i płacze, bo nie wie, co robić, czuje się bezradny. To mnie naprawdę poruszyło. Nigdy jeszcze takiej sekwencji w polskim kinie nie widziałem.

Pan w „Ministrantach” pokazuje moralność szeregowego księdza, hipokryzję i nieuczciwość Kościoła u podstaw. Przede wszystkim jednak przyjmuje pan perspektywę dziecka, dla którego służenie do mszy to sposób, by poczuć swoją wartość. Ale to dziecko, oszukane, zaczyna się buntować. 

Porządek świata mojego bohatera został zaburzony. Moi młodzi bohaterowie uważają, że kradzież parafialnych pieniędzy przez księdza nie jest OK i nie zgadzają się, żeby przymknąć na to oko. Dla nich zło znaczy zło. Kościół jest jakąś formą organizacji życia tej społeczności, a okazuje się, że ideały tych chłopaków zostały naruszone. Zresztą czy tak jest tylko w Kościele? Od dawna chcę zrobić film o młodzieżówce w partii politycznej. I ten film wyglądałby chyba podobnie. Bo to również jest przestrzeń, gdzie deklarowane poglądy i postawy często są w sposób bardzo brutalny łamane. Więc młody człowiek, który tam trafi, musi poczuć naturalny sprzeciw. Chyba że jest koniunkturalistą. 

W „Ministrantach” pierwszy raz odchodzi pan od realizmu. W miarę upływu czasu film coraz bardziej odpływa w stronę przypowieści, bajki.

Tak. Może dlatego, że poruszam w filmie kwestię wiary, a ona implikuje jakiś rodzaj przestrzeni pozarealistycznej. Bohater próbuje chodzić po wodzie, chce, żeby przemówiła do niego figura Jezusa. 

Jednocześnie wciąż realistycznie pokazuje pan brak perspektyw i biedę prowincji. Ludzi, którzy nie dają sobie rady z życiem.

Baśnie często są osadzone w realistycznych okolicznościach. W klasycznej opowieści, jaką jest Kopciuszek, matka umiera, a ojciec żeni się z inną kobietą, której córki z zazdrości Kopciuszka niszczą. Można to przedstawić całkowicie realistycznie. Potem dopiero Kopciuszek, jak to w bajce, trafia na bal. Sądzę, że w każdej opowieści za punkt wyjścia trzeba przyjmować okoliczności realistyczne. Bo jeśli wszystko jest fikcją, to trudno w takiej historii zaczepić się emocjonalnie.

Dostał pan za „Ministrantów” gdyńskie Złote Lwy, drugie już w karierze. A miał pan odzew z Kościoła?

Czułem go od początku. Wielu księży chciało nam pomóc i na przykład użyczyć swoją świątynię na potrzeby realizacji zdjęć. Tylko że trzy dni przed zdjęciami dostawali zakaz – przychodził SMS „z góry” z informacją „nie, bo nie”. Bez żadnych wyjaśnień i argumentów. Z „górą” nie ma dyskusji. Ostatnio po seansie przedpremierowym rozmawiałem też z księdzem, który był na widowni. Dla niego kwestią trudną do zaakceptowania jest to, że bohaterowie zakładają kamerkę w konfesjonale, czym łamią tajemnicę spowiedzi. Ja uważam, że świat moich bohaterów jest trudny i oni podejmują odważne środki, żeby się z tym światem zmierzyć. 

No, ale jest jednak tajemnica spowiedzi i swoje grzechy ludzie powierzają duchownemu, Bogu, a nie publiczności wokół.

Ja jakoś nigdy tak o tym nie myślałem. Zawsze traktowałem spowiedź jak wydarzenie, które musi się odbyć, żeby można było uczestniczyć w świętach i istotnych obrzędach. Nigdy nie myślałem, że to coś metafizycznego, objętego tajemnicą. Podświadomie wyczuwałem, że spowiedź, jaką znamy z dzisiejszych czasów, nie istniała u podstaw wspólnoty chrześcijańskiej. Została do niej dodana później, przez ludzi, którzy mieli w tym własny interes. Więc pewnie na filmie odbił się mój własny stosunek do wiary.

Mam wrażenie, że całe pana kino jest bardzo osobiste. W „Cichej nocy” czy „Jak daleko stąd” czuje się klimaty małego miasta, pana pobytów u dziadków na wsi, system wartości, w jakim pan wyrósł. 

Ten świat mnie ukształtował i dlatego mogę opowiadać o nim bez filtra, nawet jeśli ten obraz nie będzie laurką.

Znów przywołam Wojtka Smarzowskiego, który pokazując na ekranie trudne obrazy mówi: „Swoje filmy robię z miłości do Polski”.

Uwielbiam jego filmy i nie mam cienia wątpliwości, że tak właśnie jest. Bo powstają one z niezgody na to, co jest wokół. Ja mam w sobie tę samą niezgodę. Jestem wierny i oddany światu, w którym żyję i mam wrażenie, że to daje mi prawo do bycia wobec niego krytycznym. Gdybym się z nim nie utożsamiał, czułoby się w moich filmach publicystykę.

Tytuł oryginalny

Świat jest tutaj

Źródło:

„Rzeczpospolita” nr 270

Autor:

Barbara Hollender

Data publikacji oryginału:

21.11.2025

Sprawdź także