Logo
Magazyn

Miesięczna Kronika Teatralna #6/ czerwiec 2026

1.07.2026, 19:20 Wersja do druku

„Kiedy jest lato to dzieci się nudzą”. To powiedzenie można również dopasować do życia pasjonatów teatru. Kanikuła, czas wakacji, odprężenia zamyka większość teatralnych scen, ale mimo wszystko pozostaje kilka miejsc, które w lipcu i sierpniu warto odwiedzić - pisze Benjamin Paschalski na swoim blogu.

„Requiem dla snu” / fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Zatem oto moje propozycje letniego spotkania ze sztuką sceniczną w różnych zakątkach naszego kraju. Jak zwykle garść recenzji w ostatniej „Miesięcznej Kronice Teatralnej” przed pauzą do początku jesieni 2026. Zapraszam do lektury.

Lato, lato!

Podróż na Podlasie ma zawsze swój magiczny urok i klimat. W owym odkrywaniu owej zielonej krainy szczególne miejsce zajmuje Supraśl. Tu oczywiście ma swoją siedzibę Teatr Wierszalin, a od kilku sezonów w lipcu odbywa się Festiwal „Między Wierszami”. Organizatorem wydarzenia jest wspomniana scena, a na jego czele stoi aktor Rafał Gąsowski. W tegorocznym repertuarze premiera. Powrót do dawnego świetnego widowiska autorstwa i w reżyserii Piotra Tomaszuka – Ofiara Wilgefortis. Zjawiskowa opowieść o dziewczynie, która ukochała Chrystusa, a on aby wyzwolić ją z niechcianej miłości obdarował brodą. Wielkie ruchome figury, ekspresja i wstrząs rozdarty pomiędzy liturgią a spektaklem. Wśród innych wydarzeń: koncert Justyny Steczkowskiej, Wielka Improwizacja pod gwiazdami, Kampus filmów animowanych, a także inne przedstawienia Wierszalina: Bóg Niżyński oraz gościnny, świetny obraz przedwojennego kabaretu i dowcipu: Hanka! Życie jest kabaretem. Całość potrwa od 3 lipca do 26 lipca 2026 roku. Rafał Gąsowski, mówi: „Robimy festiwal w sercu puszczy i nie jest to przypadek. Sztuka, jak las, najważniejsze rzeczy chowa pod ziemią, w korzeniach, w tym, czego nie widać od razu. Wierzę, że właśnie tam zaczyna się prawdziwe spotkanie: z drugim człowiekiem, z jego losem, czasem z samym sobą. Po trzydziestu pięciu latach Teatru Wierszalin zależy mi tylko na jednym: żeby widz wyszedł stąd odrobinę inny, niż wszedł. To dla mnie jedyna miara, że festiwal się udał”.

Szczególne, teatralne miejsce, na letniej mapie podróżniczej zajmuje Wybrzeże. Tu istny wysyp ciekawych zdarzeń artystycznych. Zaczyna ów maraton Baltic Opera Festival. Wydarzenie, cztery lata temu przebojem owładnęło Trójmiasto, za sprawą charyzmatycznego zapału szefa artystycznego, wybitnego śpiewaka Tomasza Koniecznego. Organizatorem jest Opera Bałtycka w Gdańsku, która dzięki owemu zaangażowaniu buduje swoją pozycję prężnej instytucji muzycznej. W tym roku w sopockiej Operze Leśnej, królować będzie Walkiria Richarda Wagnera w reżyserii Johna Fulljamesa, pod kierownictwem muzycznym Axela Kobera. W gwiazdorskiej obsadzie: Stanislas de Barbeyrac, Izabela Matula, Rene Pape, Stephanie Müther, Małgorzata Walewska i Tomasz Konieczny. Drugim ważnym doświadczeniem stanie się powrót do operetki Józefa Beera – Polskie wesele. Przygotowuje ją, debiutujący w operze, Paweł Miśkiewicz, a za pulpitem dyrygenckim: Łukasz Borowicz. Producentem przedstawienia jest Opera Wrocławska, w której repertuarze tytuł pojawi się od kwietnia 2026 roku. Zatem melomani winni być ukontentowani ową propozycją w nadmorskim klimacie, który przywołuje świetność miejsca pod chmurką jako ważnego punktu na trasie operowych wzruszeń. Festiwal odbędzie się w terminie 2-7 lipca 2026 roku.

Tak jak każdego lata swój sezon artystyczny kontynuuje w lipcu i sierpniu Teatr Wybrzeże w Gdańsku. To przegląd najciekawszych spektakli i ostatnich premier. Kilka przedstawień dziennie zatem możliwość obcowania z Melpomeną prawie non-stop. W przerwach warto wybrać się do Gdyni. Tu Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza realizuje każdego roku cykl Sceny Letniej na plaży w Orłowie, a także na Darze Pomorza. W obecnym sezonie, premiera już 27 czerwca, Batory. Transatlantyckie love story, autorski projekt Michała Walczaka. Współkreator „Pożaru w burdelu”, a także obecny dyrektor warszawskiego Teatru Rampa to gwarant świetnej rozrywki i udanego wieczoru. Na scenę pod chmurką z widokiem na morze powrócą również dawne tytuły: Na Waleta, Na ziemię! Czyli szał niebieskich ciał czy Osiecka. Archipelagi. Po drodze warto zatrzymać się w Sopocie, gdzie po raz 33. będzie miało miejsce Lato Teatralne w Teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej. W repertuarze dużo recitali i spotkań muzycznych. 5 lipca 2026 premiera Zbrodni i kary na podstawie Fiodora Dostojewskiego w reżyserii szefa instytucji Andre Hübner-Ochodlo w wersji Teatru im. Aleksandra Sewruka w Elblągu, a 18 lipca 2026 Danse Macabre – Agnieszki Osieckiej piosenki ostatnie w wykonaniu Joanny Knitter, Marcina Januszkiewicza, Arkadiusza Brykalskiego i Andre Ochodlo. Uczta literacko-wokalna gwarantowana.

W dniach 9-12 lipca odbędzie się 28. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych FETA. Główną lokalizacją stanie się ponownie nadmorski Park im. Ronalda Reagana i jego okolice. Bogaty program, blisko dwadzieścia spektakli dziennie, to gratka dla poszukujących odmiennych wydarzeń artystycznych. Głównymi gwiazdami będą: poznański Teatr Ósmego Dnia (Stracony sen), krakowski Teatr KTO (Arcadia), niemiecki antagon theaterAKTion (Among Trees) oraz francuski Colllectif La Meandre z multimedialnym, wykorzystującym nowe technologie projekcyjne z muzyką wykonywaną na żywo – Fantome. Dopełnienie owych nadmorskich atrakcji, to już na stałe wpisany w krajobraz Jarmarku Dominikańskiego, 30. Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski (23 lipca-2 sierpnia 2026). Hasłem przewodnim jest Pochwała szaleństwa. W repertuarze dominuje Hamlet. W konkursie o „Złotego Yoricka” – najlepszą polską inscenizację działa Stratfordczyka, zostaną zaprezentowane trzy inscenizacje owego dramatu w wykonaniu zespołów z Katowic, Sosnowca oraz warszawskiego Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera w brawurowej inscenizacji Kamila Białaszka. Jak co roku przedstawienia w ramach konkursów – SzekspirOFF oraz „Nowy Yorick”. Ciekawie zapowiadają się dwa zagraniczne pokazy. Kanadyjski Hamlet. Książę Danii w reżyserii wielkiego wizjonera sceny Roberta Lepage oraz choreografii Guillaume Cote z udziałem polskiego artysty, tancerza niegdyś związanego z warszawskim Teatrem Wielkim: Robertem Glumbkiem. Także warto zwrócić uwagę na powrót Sylviu Purcǎrete świetnego reżysera, nestora rumuńskiej sceny teatralnej. Tym razem zaprezentuje z zespołem Teatru Narodowego im. Marina Sorescu w Krajowej Króla Leara. Szykuje się zatem uczta przeżyć artystycznych.

W stolicy również kilka interesujących, nieoczywistych wydarzeń. Co prawda 33. Festiwal „Sztuka Ulicy” odbędzie się w ostatni weekend czerwca przynosząc garść ulicznych i plenerowych atrakcji, to już w lipcu, jak każdego roku, zaprasza Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka na swój letni przegląd. W repertuarze do 19 lipca – Mój rok relaksu i odpoczynku w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, Wczoraj byłaś zła na zielono w interpretacji Anny Augustynowicz, musicalowy hit Kinky Boots, zjawiskowa Lalka widziana oczami białoruskiego reżysera Mikity Iłynczyka oraz ostatnia premiera Anioł Zagłady, teatralna reinterpretacja filmu Luisa Beñuela w inscenizacji gruzińskiego artysty Data Tavadze. Cały lipiec spektakle ze swojego repertuaru prezentuje Teatr Kwadrat im. Edwarda Dziewońskiego, a przedpremierowo pokazy Moviestar Petera Quiltera w reżyserii Tomasza Sparyka. Spotkanie dwóch mężczyzn – celebryty i zwykłego człowieka przy hotelowym basenie staje się pretekstem do ukazania dwóch odmiennych światów. Analogicznie Teatr Powszechny w Łodzi, który w tym samym miesiącu ukazuje paletę przedstawień w różnych lokalizacjach miasta ze względu na remont własnej siedziby. Dodatkowo pierwsze popremierowe pokazy nowej sztuki Juliusza Machulskiego Meczycho w reżyserii Tomasza Karolaka. Rzecz o trzypokoleniowej rodzinie, gdzie ściera się różnorodny światopogląd i spojrzenie na świat. A w stolicy w wakacyjną przerwę można odwiedzić prywatne sceny. Teatr Polonia i Och-Teatr zapraszają do swoich siedzib na wydarzenia repertuarowe, a także w plener. Na Placu Konstytucji 10 lipca 2026 roku premiera Kota w Butach na podstawie Jana Brzechwy w reżyserii Lidii Sadowej. Nie próżnuje również Teatr Capitol. Tu 18 lipca 2026 przedpremierowo – Lewe interesy Robina Hawdona w reżyserii Jerzego Bończaka. Wśród licznych komediowych tytułów, cieszące się wielkim powodzeniem Letnie Potańcówki Śródmiejskie. Jak każdego roku, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, w Muzeum jemu dedykowanym, obchody owego dnia. Wśród nich spektakl. W bieżącym roku – Było niegorąco na podstawie tekstów Anny Świerszczyńskiej i Mirona Białoszewskiego w reżyserii Aleksandry Bielewicz. Pokazy 3-6 sierpnia 2026 w Sali pod Liberatorem.

Warto będzie odwiedzić stołeczne Łazienki Królewskie, gdzie po rewitalizacji ponownie oddano do użytku tutejszy Amfiteatr. Kto pamięta czasy, gdy w sezonie letnim rezydował tu Teatr Nowy kierowany przez Adama Hanuszkiewicza? W tym roku, w tym miejscu, swój mini festiwal przygotował Teatr Klasyki Polskiej – Festiwal Fredro w Łazienkach. W dniach 15-18 lipca 2026 będzie można zobaczyć Zemstę i Dożywocie w reżyserii Michała Chorosińskiego oraz Damy i Huzary w układzie Karoliny Labahua z Jarosławem Gajewskim, Andrzejem Mastalerzem, Sebastianem Fabijańskim, Lidią Sadową i Wiktorią Gorodecką na czele. Dodatkowo na scenie w ogrodzie przed Ermitażem zagoszczą Śluby Panieńskie w inscenizacji Lidii Sadowej. Dla miłośników komedii ciekawa inicjatywa. Również pod gołym niebem, tym razem u stóp warszawskiego Zamku Królewskiego, w jego ogrodach, zawita opowieść Williama Szekspira – Sen nocy letniej. Od 11 lipca do 19 sierpnia 2026 roku pełna uroku historia pełna magii i poszukiwania miłości w wykonaniu między innymi: Anity Sokołowskiej, Anny Dereszowskiej, Grzegorza Małeckiego, Bartosza Bieleni, Dobromira Dymeckiego, Wojciecha Solarza. Nowa inicjatywa w nieoczywistym miejscu.

Jelenia Góra to miejsce, które od czterdziestu trzech edycji, najdłużej w naszym kraju, przybliża sztukę uliczną. W tym roku Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych im. Aliny Obidniak, organizowany przez Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, odbędzie się w dniach 10-12 lipca 2026 roku. W programie wydarzenia, zlokalizowane na magicznym placu Ratuszowym, których łącznie będzie kilkanaście dla różnych grup wiekowych. Najmłodszych powinna urzec włoska Compagnia La Fabiola z Attenti a quei due będąca historią dziewczynki i psa wystawiona w formie teatru marionetek. Powróci niemiecki antagon theaterAKTion z Among Trees oraz czeski zespół V.O.S.A. z The Visitors, które oczarowują wykorzystaniem światła i lamp ledowych. Z propozycji polskich warto zwrócić uwagę na dwa spektakle poznańskiego Teatru Fuzja: Ćmy oraz Nieproszeni. W dwa weekendy lipca (3-5 oraz 10-12) odbędzie się 39. Ulica Festival przygotowana przez krakowski Teatr KTO. Przedstawienia nie będą pokazywane tylko w stolicy Małopolski, ale również w innych lokalizacjach województwa. Hasłem tegorocznej edycji jest „La Strada” nawiązująca do estetyki cyrkowej oraz jej obecności we współczesnym teatrze ulicznym.

Niekwestionowaną stolicą letnich wydarzeń plenerowych stanie się Lublin. W dniach 23-26 lipca 2026 roku odbędzie się 17. edycja Carnaval Sztukmistrzów. Zabawa, dzięki sztuce ludycznej opanuje całe miasto: skwery, place, dziedzińce. Czas rozrywki gwarantowany! Dopełnieniem staną się prezentacje widowiska plenerowego (13-17 sierpnia 2026) Sen o mieście w reżyserii Janusza Opryńskiego, legendy teatru alternatywnego, współzałożyciela Provisorium. Na dziedzińcu zamkowym ukazana zostanie burzliwa historia miasta za sprawą zawieszonych pomiędzy niebem a ziemią artystów cyrkowych i akrobatów, z narracją historyczną i poezją Józefa Czechowicza. Autorem scenografii jest Jarosław Koziara, a muzykę skomponował Rafał Rozmus.

Również w Krakowie swój sezon letni zaprezentuje Teatr Ludowy. Wykorzystując ulokowaną na Rynku Głównym Scenę pod Ratuszem przedstawi od 7 do 30 sierpnia 2026 roku perełki własnego repertuaru. Wśród propozycji: zjawiskowe i przezabawne Sarenki autorstwa i w reżyserii Tomasa Svobody, Pogo Jakuba Sleczko w inscenizacji Małgorzaty Bogajewskiej, a także ostatnia premiera miejsca Samotny mężczyzna na podstawie powieści Christophera Isherwooda w reżyserii Wojtka Rodaka z Piotrem Pilitowskim w roli George’a.

Z grodu Kraka do Zakopanego już zaledwie kawałek drogi, a tu zgodnie z tradycją, sezon letni Teatru im. St.I. Witkiewicza. Od 21 lipca do 30 sierpnia 2026 roku afisz zapełniony propozycjami sceny. Dodatkowo zaplanowano dwie premiery. W ramach Sceny Propozycji Aktorskich Kasprowicz – z Dziennika Marii Kasprowiczowej w reżyserii Krzysztofa Najbora, grane w muzeum bohatera przedstawienia (premiera: 31 lipca). Druga nowa propozycja to Jajo węża na podstawie Ingmara Bergmana w inscenizacji Andrzeja St. Dziuka (premiera: 8 sierpnia). Po górskich eskapadach warto odwiedzić scenę z piękną tradycją i niezmiennym klimatem.

A na koniec ponownie powiew muzyki. Tym razem 59. Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy-Zdroju. Dzięki współpracy małopolskich instytucji kultury: Opery Krakowskiej, Filharmonii Krakowskiej, Centrum Paderewskiego w Kąsnej Dolnej, tegoroczna edycja jest niezwykle bogata i różnorodna. Atrakcje wypełnią: Krynicki Deptak, Amfiteatr i oczywiście przestrzeń Pijalni Głównej. W programie koncerty związane z patronem festiwalu, recital Grażyny Brodzińskiej, gwiazdy polskiej sceny muzycznej, opery i operetki: Tosca i Zemsta nietoperza w wykonaniu Opery Krakowskiej, Księżniczka Czardasza z Mazowieckiego Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury w Warszawie oraz Halka w realizacji Opery Śląskiej w Bytomiu. Wielka uczta dla melomanów!

Zatem może to nie być nudne lato z sezonem ogórkowym, ale atrakcjami w różnych częściach kraju. Podróże wskazane, a sceny czekają.

Na ekranie

Kanato, Jan Brzechwa, reżyseria: Magdalena Małecka-Wippich, premiera: czerwiec 2026

Dzień dziecka sprzyja dla nowych premier dedykowanych właśnie młodemu odbiorcy. Choć prezentacja owego spektaklu odbyła się w poniedziałkowy wieczór, to jego założeniem było przybliżenie twórczości Jana Brzechwy tym co już go dobrze znają, a także co dopiero poznają. Jednak owa realizacja nie wnosi nic nowego do utartego schematu lekkiego inscenizowania owych powiastek. Przestrzenią gry staje się mini scenka cyrkowa, a zadaniem dla występujących poszukiwanie nowego, ciekawego materiału dla dziecięcej widowni. Zatem członkowie trupy prześcigają się we własnych pomysłach, w pamięci szukając adekwatnej wierszowanki. Wszystko odbywa się pod okiem Jana Brzechwy (Wiesław Komasa), który zasiada w fotelu reżysera, choć nie ma ani jednej uwagi do występujących przez całość owego przedstawienia. Na czele owej bandy wesołków staje Anna Seniuk. Co klasa to klasa, ale powiela ona schemat znany z Pchły Szachrajki, gdzie błyszczy recytacją i interpretacją opartą na zjawiskowym podawaniu tekstu oraz zabawie jego treścią. Jednak w owym zamyśle pojawia się pęknięcie, które ukazuje, że Małeckiej-Wippich zabrakło pomysłu, a przede wszystkim konsekwencji inscenizacyjnej. Jeżeli już umieściło się widowisko w konkretnej przestrzeni to należało ją w pełni wykorzystać dla budowania teatralnej magii. Właśnie owa arena z wieloma dodatkowymi, drewnianymi elementami winna stać się jednym wielkim pasmem kreacji kolejnych bajek-wierszowanek. To buduje dziecięcą kreatywność – jak z prostych rzeczy można zrobić wspaniałą magię. W części powiastek realizatorka idzie na łatwiznę i tworzy z banalnym tłem kolejne historie. Są one oderwane od pierwotnej idei co niweczy cały zamysł. Na dodatek są one niesłychanie monotonne, brakuje w nich rytmu, siły, energii i przede wszystkim oryginalności. To raczej gadanie wiersza a niej jego inscenizowanie. Po kilku minutach, zamiast owa opowieść wciągać zaczyna nudzić i usypiać. Część aktorów klepie bez opamiętania wiersz nie zwracając uwagi, że to nie są wersy z „Trybuny Ludu”, ale iskrząca się dowcipem, żywa, różnorodna powiastka adresowana do młodego pokolenia. Wygląda to tak jakby nie przeprowadzono prób z tekstem, a wrzucono artystów do studia z hasłem „Róbta co chceta”. Jednym wychodzi to lepiej – wspomniana Anna Seniuk jako doktor i Wyspy Bergamuta. Wzorem dla całego spektaklu winny stać się fragmenty Pali się, Katar, Król i mysz. To właśnie owe historyjki ukazują jak prostymi środkami można wyczarować magię, która wpływa na wyobraźnię dziecka. W tych epizodach ożywa jarmarczna buda dając swoją duszę teatralnej energii dla poznania szerokiemu odbiorcy. Kanato to kraina wyobraźni. Poprzez ów spektakl ukazuje, że to świat kulawy i nie w pełni wartościowy. Chyba najlepiej bawili się sami twórcy, ale zapomnieli, że spektakl nie jest dla nich, ale tych po drugiej stronie ekranu. Szczególnie to ważne gdy myśli się o prezencie z okazji Dnia Dziecka. Najmłodsi otrzymali czekoladę z białym nalotem, a jak kto woli ciasto z zakalcem. Niby smaczne, a już nie wartościowe.

Ocena: 3/6

Kącik operowy

Romeo i Julia, Charles Gounod, reżyseria: Barbara Wysocka, dyrygent: Robert Houssart, Teatr Wielki-Opera Narodowa, premiera: 13 czerwca 2026

W warszawskiej Operze Narodowej ponownie powrót do utworu inspirowanego Williamem Szekspirem. Po dość nijakim Falstaffie Giuseppe Verdiego w reżyserii Marka Weissa czas na opowieść o wiecznych kochankach z Werony. Wersja, którą zaprezentowano w stolicy, to spektakl Semperoper w Dreźnie, a przygotowała go wytrawna realizatorka – Barbara Wysocka. Jej przedstawienia charakteryzują się dobrym wyczuciem, nie są zbyt ekspresyjne, skupiają się na czytaniu muzyki i podążaniu za librettem. Nie jest ona orędowniczką poszukiwania „drugiego dna”, a widzowi daje szansę podążania za logicznym wywodem opowieści. Nie inaczej jest w Romeo i Julii. Oczywiście odchodzi ona od umieszczenia akcji w czternastym wieku na rzecz współczesności. To przybliża epos do naszych czasów, tego co żywe, obok, tętniące uczuciem i możliwą historią. Za tło służy w miarę jednorodna, funkcjonalna scenografia Barbary Hanickiej, która swoim kształtem przypomina fasadę areny w Weronie. Absolutnie to nie jest jej odtworzenie, ale zaledwie symbolika – kwadratowych kolumn, które stają się miejscem skrycia, idealnie pasują do sceny balkonowej, a także ostatniej wspólnej nocy kochanków. Dwa skrzydła monumentalnej dekoracji stają się polem rywalizacji dwóch zwaśnionych rodów, gdzie pojednanie praktycznie nie jest możliwe. Zresztą do końca nie jest jasnym czego dotyczy spór, gdyż dowiadujemy się o nim z początkowego chóru, który intonuje złowrogim wykonaniem powrót do dawnej historii. Wysocka tworzy spektakl głównie o Julii. To ona samotna na scenie w początkowych sekwencjach – w dżinsach i białym swetrze chce być zwykłą dziewczyną, która dokonuje własnych wyborów, ale zmuszona jest podporządkować się woli rodziny i zamążpójścia za Parysa. Sztucznie tworzona postać – ubiór w ekskluzywną białą sukienkę zmusza do bycia zależnym. Ów wątek powróci w końcówce przedstawienia. W projekcji widać małą dziewczynkę w lesie, która ucieka przed przeznaczeniem, a może złowrogim męskim spojrzeniem. Tą siłą zła jest niewątpliwie Tybalt, popychający ją do zabrania sztyletu w ostatnią drogę w grobowcu, gdzie właśnie nim popełni samobójstwo. Ta podświadomość męskiego prześladowania, dominacji jest złowieszcza i wstrząsająca. Rodzi się pytanie czy Julia naprawdę kocha Romeo? A może to kolejny kaprys, chęć sprzeciwu wobec rodziny, opór wobec tego co narzucone. Inscenizatorka tworzy świat minimalistyczny, statyczny, ograniczony. Komentarzem, trochę jak u Bertolta Brechta, staną się wyświetlane napisy będące drogowskazem myśli. Jest trochę scen, które śmieszą: scena zaślubin młodych, gdy soliści klęczą tyłem do widowni i nic kompletnie nie słychać, a także gdy Stefano staje pod ścianą aby załatwić potrzebę fizjologiczną a odwraca głowę do publiczności aby wyśpiewać partię. Także scena śmierci tytułowej bohaterki wygląda jak satyra. Śpiewaczka jakby się raniła a za chwilę już nie żyła. Nie można odmówić spójności koncepcji, logiki wywodu, ale jest to wydestylowana rzecz, pozbawiona tła, nastroju, klimatu. Drobnego uczucia, a może nawet żaru miłości. Głosowo wygrywają Montecchi. Wręcz genialną techniką i przepiękną barwą charakteryzuje się uzbecki tenor Bekhzod Davronov. Oczarowuje swoimi możliwościami, łagodnością i tym czym powinien wyróżniać się dobry tenor: dźwięcznością wykonania. Paradoks polega na tym, że Wysocka stworzyła spektakl o dziewczynie, a wokalnie wygrał mężczyzna. Świetnie wypadają także: Merkucjo (Paweł Trojak) oraz Stefano (Zuzanna Nalewajek). Niestety mało dobrego można powiedzieć o armeńskiej sopranistce Ninie Minasyan, której Julia co nie wyśpiewała to wykrzyczała. Straszliwie piskliwy głos zmuszał do zasłaniania uszu, a artystka pomyliła operę z wyklutym pisklęciem, który wydaje analogiczne dźwięki. Rozczarował nasz eksportowy bas – Rafał Siwek jako ojciec Laurenty. Brzmiał matowo i nijak. Orkiestra pod kierunkiem niderlandzkiego kapelmistrza Roberta Houssarta grała w miarę równo, ale z zacięciem marsza i siły. A czasem w owej francuskiej muzyce Gounoda przyda się delikatność i zwiewność. I na koniec słów kilka o programie do spektaklu. Nie do końca zrozumiałym jest dlaczego w streszczeniu w języku polskim używane są, do nazw postaci, francuskie wersje językowe. A w wersji angielskiej już są właściwe dla tegoż języka. Zadziwiające to jest – czemu to ma służyć? Jeżeli już coś tłumaczymy to chyba dokonuje się spolszczeń również postaci. Ale może jestem w błędzie. Zatem otrzymaliśmy uniwersalną historię choć lekko wydestylowaną z ciekawą tezą, ale już nie najwyższych lotów wykonaniem tytułowej bohaterki.

Ocena: 4/6

Dyrektor teatru, Wolfgang Amadeusz Mozart, reżyseria: Jakub Przebindowski, aranżacja i kierownictwo muzyczne: Tomasz Pokrzywiński, Warszawska Opera Kameralna, premiera: czerwiec 2026

Należy zadać sobie pytanie czy Dyrektor teatru to naprawdę opera? Sama nazwa owej formy to singspiel, w którym partie mówione wygrywają ze śpiewanymi. Ponoć pierwotne libretto Gottlieba Stephanie było tak słabe, że muzykę Mozarta, w kolejnych wystawieniach, próbowano ratować nowymi opowieściami. Nie inaczej jest w wersji Warszawskiej Opery Kameralnej, która zaprezentowała własną wersję w Basenie Artystycznym w ramach 7. Mozart Junior Festival. Już owa organizacyjna rama w pewien sposób narzuca pewien trop narracyjny dedykując owe wykonanie dla młodego odbiorcy, potencjalnego przyszłego widza kolejnych spektakli instytucji. Ale jednak to raczej rzecz familijna, gdzie każdy spragniony raczej komediowej rozrywki znajdzie coś dla siebie. Niestety muzyki nie jest zbyt dużo, a paradoks polega na tym, że gdy już się pojawi to brzmi zjawiskowo i wygrywa z akcją zbudowaną na zasadzie historii omyłek wpisanych w świat filmowych gwiazd. Akcja toczy się we Włoszech. Tytułowego dyrektora teatru zastępuje reżyser filmowy, który do swojej nowej produkcji próbuje zatrudnić kolejnych aktorów. Przez casting przewijają się artystki, które dziś nazwalibyśmy osobowościami, a nie rzeczywistymi utalentowanymi wampami ekranu. Choć Jakub Przebindowski umieszcza akcję w fabryce snów Italii – Cinecita to sama treść jest niezwykle uniwersalna. To swoista gra między tym co przeszłe a teraźniejsze. Rzecz o tym co liczy się w sztuce – efekt, produkt, dzieło a może tylko rozpoznawalność i pieniądze? Wszystko jest bowiem na sprzedaż. Rolę można kupić, a potem negocjować stawkę choć nie ma się talentu za grosz. Mankamentem owego przedstawienia są ślimaczące się dialogi, które ciągną się jak spaghetti i to na dodatek niedogotowany. Niestrawność budują koślawe riposty, które nie śmieszą, a nużą. Wojciech Wysocki (Dyrektor Frank) to niczym człowiek z innej epoki. Dzięki projekcjom filmowym dokonuje rozprawienia się z własnym życiem, niepogodzeniem z tym co ma miejsce w branży kinematograficznej. Ułomne scenariusze, trywialni wykonawcy. A on? Niedopasowany, odmienny, żyjący chwałą dawnej wielkości X Muzy. Tylko, że tamtego świata już nie ma. Odszedł bezpowrotnie tak jak i reżyser rozstaje się ze swoim artystycznym życiem. Inscenizator przedstawienia za wszelką cenę pragnie aby było dowcipnie i wesoło. Tylko, że w ogóle to mu nie wychodzi. Brakuje szybkiego montażu, cięć. W zamian otrzymujemy rozwleczony świat filmu. Dobrzy aktorzy nie ratują sytuacji. Asystent Franka Buff (Władysław Grzywna) dwoi się i troi aby sprostać zadaniu farsowego człowieka od wszystkiego. Pozostali m.in. Rafał Zawierucha, Dorota Kamińska czy Alicja Węgorzewska snują się w poszukiwaniu sensu deklamując swoje teksty i szukając zarobku w branży filmowej. To także rywalizacja sztuki dramatycznej z operową. Trójka solistów (Teresa Marut, Adriana Ferfecka, Łukasz Ratajczak) nie tylko są znakomitymi wokalistami, ale także więcej umieją wygrać zabawowych sekwencji właśnie konwencją operową niż zawodowy aktor. Długo zastanawiałem się jak to jest możliwe, że właśnie owe trio ratuje całe wykonanie, a ikony sceny dramatycznej nie radzą sobie z postawionymi wyzwaniami? Pułapką okazała się chęć zrobienia komedii, a wystarczyło lekko dosmaczyć treścią Mozarta aby powstał niezwykle wartościowy bibelot. Mankamentem staje się strona akompaniamentu. Niezwykle ciekawy zespół Bastarda Mozart Ensemble, którego lider Tomasz Pokrzywński dokonał aranżacji kompozycji świetnie odnalazł się w utworach klasyka, gdzie forma przybliża nas do naszych czasów. Ale połączenie owych dawnych brzmień z muzyką filmową znów powoduje palpitację serca. To istny misz-masz aby pasował do konwencji. I na koniec jeszcze balet. Nie najgorsze wstawki choreograficzne autorstwa Pauliny Andrzejewskiej-Damięckiej jeszcze bardziej rozwlekają opowieść. Zatem jest w niej wszystko, a tak naprawdę to zwycięża muzyka patrona festiwalu. Kiedyś Kabaret „Otto” miał taki skecz – coraz więcej pierogów na talerzu i zasmażka. I taka jest właśnie ostatnia premiera Warszawskiej Opery Kameralnej. Przesyt pomysłów, formy, które zabiły kameralną rzecz wybitnego Austriaka.

Ocena: 3,5/6

Na scenie

Niezapomniany Fogg, scenariusz i reżyseria: Anna Wieczur, kierownictwo muzyczne: Jacek Laszczkowski, Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury w Warszawie, premiera: maj 2026

To idealny spektakl dla letniego czasu. Pierwsza piosenka W małym kinie idealnie współgra z miejscem prezentacji – salą Kina Praha. To kameralna opowieść o świecie dawnej piosenki w jednorodnej scenografii Weroniki Ranke w barwach czerwieni, gdzie tłem są instrumentalistki (same panie jak w zespole Mieczysława Fogga). Tło to owalny ekran, gdzie projekcje stają się świetnym komentarzem dla kolejnych wykonywanych utworów. To świetny kawał historii, wizualnej opowieści zbliżającej odbiorców do świata płynących melodii, a także życia głównego bohatera. Ów spektakl powstał z fascynacji Tadeusza Chudeckiego, aktora odtwarzającego rolę Tadzia, postacią naszego mistrza piosenki. Problem polega na tym, że prowadząc nawet sprawną konferansjerkę wielokrotnie poświęca on więcej uwagi samemu sobie niż bohaterowi wieczoru. Tworzy się dziwne wrażenie, że do końca nie wiadomo czyj to jest benefis. Dodatkowo trzej soliści (Amadeusz Majchrowski, Michał Janicki oraz Łukasz Jakobski) mają lepsze głosy i przyćmiewają pomysłodawcę w wykonaniach zespołowych i indywidualnych. Szkoda, że Chudecki zawłaszcza scenę, gdyż różnorodność prezentacji mogłaby ukazać ciekawą paletę interpretacji dawnych utworów wokalnego mistrza. Reżyseria Anny Wieczur jest niezwykle dyskretna by nie rzec symboliczna. To lekkie podretuszowanie inscenizacyjne piosenek, ale nie można odmówić pochwały, że spektakl płynie niezwykle sprawnie oraz posiada czar dawnego kabaretu. Dużo w nim ciepła, nostalgii, refleksji o tym co minione. Dziewiętnaście utworów z bogatego repertuaru Mieczysława Fogga to zmienne nastroje, klimaty, uczucia i drżenia serca. To także różnorodny kontekst polityczny i społeczny. Całość buduje klarowną opowieść o tym co minione. Nie ma napuszenia ceremoniałem i okolicznościową akademią. To raczej miły wieczór w dobrym tonie oraz z klasą dawnego mistrza.

Ocena: 4/6

Lubiewo, Michał Witkowski, reżyseria: Jędrzej Piaskowski, Wrocławski Teatr Współczesny, premiera: styczeń 2026

Uwielbiam w teatrze lokalne historie, te które umieją opisać pewne środowiska, sytuacje, miejsca. Niezmiennie, w owym myśleniu, w moim sercu pierwsze miejsce zajmuje legnicka Ballada o Zakaczawiu. Owe kilkugodzinne obcowanie ze światem jednej z dzielnic dolnośląskiego miasta miało swój niebagatelny urok i czar. W obecnym sezonie Wrocławski Teatr Współczesny sięgnął do książki Michała Witkowskiego – Lubiewo, aby ukazać losy, dziś byśmy powiedzieli wspólnoty gejowskiej, a wykorzystując ówczesny język – pedalskiej grupy, funkcjonującej właśnie w owym mieście. To niezwykle mądre posunięcie, aby przybliżyć klimat schyłku Polski Ludowej w lokalnej perspektywie – tego co na wyciągniecie ręki, ale już żyjącego odmiennym tchnieniem. To trochę jak stąpanie po cmentarzysku miejsc, które nie tak dawno nadawały ton egzystencji, a dziś są tylko echem dawnego życia. Zatem nie bez powodu reżyser Jędrzej Piaskowski z adaptatorem i dramaturgiem Hubertem Sulimą dokonują swoistego wywoływania duchów. To jak gusła dwóch nestorów, niczym Guślarzy z Dziadów Adama Mickiewicza, którzy przywołują to co minione, dawne, pozostające w pamięci. Patrycja i Lukrecja (świetny Krzysztof Boczkowski i Tadeusz Ratuszniak) siedząc na muszlach klozetowych wiją ową nić wspomnień, które zapoczątkowuje magiczny barek Hotelu „Orbis” vis a vis budynku Opery. Tu przesiadując całymi dniami oczekiwano nowego klienta, nowicjusza, debiutanta. Staje się nim Michał (Michaśka) – alter ego autora, który z pozycji nieświadomego bohatera w finale staje się duszą towarzystwa, ciotowską divą, za którą wiedzie korowód wpatrzonych wyznawców. Ale to nie jest historia pewnej kariery, ale pobrzmiewa owe echo, że właśnie owa książka, w której zebrane zostały lekko podlukrowane prawdziwe historie, stała się trampoliną dla sukcesu Witkowskiego. Z owego barku, narracja wiedzie do Legnicy, romansów z żołnierzami radzieckimi i wielu innych zdarzeń codzienności. Świetnym jest zderzenie dwóch dojrzałych gejów z progresywnymi działaczami LGBTQ, którzy nawiedzają ich mieszkanie. Ów kontrast dawnej spontaniczności, a dzisiejszej podbudowy teoretycznej do aktywności seksualnej staje się przepaścią, ale i refleksją. To co dawne jawiło się jako wykluczające, zamknięte na pikietach z siedliskami w szaletach miejskich i parkach, miało w sobie urok autentyczności, obaw, niebezpieczeństwa. Dużo w tym co dawne naturalności i nieskrępowanej radości. Owa współczesność jest dziwnie zamykająca, krępująca i zniewalająca, a przecież ponoć pisana demokratycznym reżimem naszego kraju. Spektakl ocieka tęsknotą za tym co dawne. Nostalgią, której nie da się uciszyć, zaspokoić, zniwelować. Druga część jest bardziej w tonacji serio. Tu już twórcy ukazują czarne strony owych lat osiemdziesiątych XX wieku. Aktywność służby bezpieczeństwa, inwigilacja, nieuchronność nadciągającego AIDS, co mocno zderza ów fragment z Aniołami w Ameryce Tony’ego Kushnera, a także przemoc i przestępczość wobec owego środowiska. Ów kontrast ma swój sens, gdyż ukazuje nie tylko ową swoistą beztroskę, niektórzy powiedzą nieustannej balangi, ale także brutalną prawdę odmienności w autorytarnej rzeczywistości. To swoisty wieczór wspomnień – nostalgii z tym co współcześnie – pełne frazesów i fałszu. Mankamentem pozostaje wydłużenie niektórych scen, brak sprawnego montażu. Nie do końca jasnym jest zabieg obsadzenia aktorek w rolach mężczyzn. Kompletnie chybiony zabieg, który nie buduje atmosfery grozy szczególnie w sekwencjach przesłuchań. Ma w sobie coś nienaturalnego i sztucznego. Mimo owych uwag to wieczór, który jawi się jako tęsknota, a nie pesymistyczny obrazek. Może Patrycja i Lukrecja to sieroty po PRL, ale mają swój świat, którego im nikt nie odbierze. Bycia młodym, prężnym, otwartym. Ryzykując i może kochając, a przede wszystkim doświadczając. Dziś nie ma owych dni. Może tylko w piosenkach Anny Jantar.

Ocena: 4,5/6

Moralność Pani Dulskiej, Gabriela Zapolska, reżyseria: Anna Augustynowicz, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera: czerwiec 2026

W tym sezonie dwa nowe spektakle w Warszawie przygotowała Anna Augustynowicz. Jednym z nich była Moralność Pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej w Teatrze Narodowym. Chwilę wcześniej własną wersję przedstawił Teatr Telewizji w interpretacji Agnieszki Glińskiej i Franciszka Przybylskiego z Kingą Preis w roli tytułowej. Nie tyle porównania, co pytania co dziś ma do powiedzenia dawna kołtuńska komedia, stają się zasadne. O ile przedstawienie ze szklanego ekranu bawiło się chybioną formą dramatu z piosenkami, które miały ukazywać stan ducha bohaterów, to rzecz na narodowej scenie broni się również sprawdzoną strategią uznanej inscenizatorki. Stosuje ona swoje znane chwyty - czarnych kostiumów z delikatnymi wyróżnikami, a także niesłychanie mocnym postawieniem na słowo i aktorstwo. Do tego dochodzi tło - w tym przypadku Marek Braun tworzy kilka oddzielonych pomieszczeń z charakterystycznymi elementami - łóżkiem, stołem w jadalni czy też klozetem w toalecie. Przedzielone tiulem przestrzenie dają szansę konstrukcji autonomicznych światów i odmiennego pola gry. Całość rozpoczyna lekko monotonna, niczym katarynka statyczna scena z udziałem wszystkich bohaterów. Zwieńczeniem stanie się analogiczny układ wykonawców, którzy zatrzymani w ujęciu fotografii stają się jak zarejestrowani w kadrze, uchwyceni w pewnym stanie świadkowie pewnego zdarzenia. Bowiem to co się wydarzy pod dachem Anieli Dulskiej jest epizodem, krótkotrwałym faktem, który zapewne może powracać w rodzinnych anegdotach, ale raczej odnajdzie się tylko w pamiętniku jednej z sióstr lub pozostanie na wielki w albumie jako przemilczana karta wstydliwego wybryku jedynego syna - Zbyszka. Tym co uwodzi w teatrze Anny Augustynowicz to umiejętność pracy z aktorami. Tu słowo jest jak dźwięk w idealnym kameralnym zespole muzycznym. Owe nim igranie, a nie tylko granie odgrywa kluczową rolę. Staje się niezwykle ważnym elementem w całej koncepcji spektaklu. Wiedzie widzów przez kolejne sceny, buduje napięcie i sensy. W tym spektaklu niezbyt wiele się dzieje jeżeli chodzi o akcję. To właśnie rozmowa, dialog jest ową siłą napędową. Współbrzmienie dodaje ścieżka dźwiękowa rozdarta pomiędzy głos starego gramofonu z powtarzalną płytą dawnego szlagieru, a napięciem które można uznać za bicie serca, przyspieszony puls domowników. To także projekcje, w których dominuje deszcz. Nie do końca wiadomym pozostaje czy ma być oczyszczeniem, a może złowieszczym prorokiem tragizmu dla Pani Dulskiej. Forma owego spektaklu może zastanowić każdego kto pierwszy raz styka się z estetyką Anny Augustynowicz. Ale pod jej powierzchownością kryje się pytanie - o czym to wszystko jest? Wydaje się, że główną sekwencją jest pulsujący erotyzm mieszkańców i przekleństwo Lokatorki. Niedoszła samobójczyni musi opuścić wynajmowane lokum, ale to trochę jak karma, która powraca ze złowieszczą siłą na właścicielkę kamienicy. To także nie tylko związek syna ze służącą i niechciane dziecko, za które trzeba zapłacić majątek, aby nie było skandalu, ale także wybujałe fantazje Hesi i Meli. Ich rodząca się świadomość ma coś z ducha Białego małżeństwa Tadeusza Różewicza. Swoista inicjacja świadomości i dorosłego życia staje się ważna dla nich samych, a także ukazuje, że życie Dulskich zmienia się nie do poznania po doświadczeniu jednego dnia, które mocno wstrząsnęło rodziną. Anna Augustynowicz stawia na aktorki. Czarne stroje przełamuje kolor włosów: blond u Anieli i rudy u Juliasiewiczowej. To główne rozgrywające, aby ukryć nadchodzący skandal, stają się najciekawszymi postaciami owej realizacji. Małgorzata Kożuchowska niezwykle dobrze prowadzi rolę, jej głos oddaje pewność i dojrzałość kobiety, a wraz z rozwojem akcji niepewność i nieświadomość tego co ma się wydarzyć. Gabriela Muskała jako rodzinne wsparcie świetnie toczy intrygę dając upust swoim możliwościom nie tyle intrygantki co świetnej mediatorki. To teatr sprawdzonych chwytów, gdzie wygrywa aktorstwo i sprawna, stateczna reżyseria. Nie ma rewolucji, a jest dobry teatr z oryginalnym tekstem Gabrieli Zapolskiej wpisanym w realia lwowskiej rzeczywistości.

Ocena: 4,5/6

Brzydkie kaczątko, Małgorzata Sikorska-Miszczuk według Hansa Christiana Andersena, reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski, Teatr Lalka w Warszawie, premiera: maj 2026

Przedstawienie duetu autorki i inscenizatora, którzy zwyciężyli, w kategorii spektaklu teatru telewizji, tegoroczny festiwal „Dwa Teatry” w Sopocie. Z realizacją dla dzieci na stołecznej scenie nie jest już tak cukierkowo jak mogłoby to wyglądać. Zawsze jest problem z tego typu przedstawieniami aby stały się komunikatywne i adekwatne dla młodego widza. Zawsze uważałem, że dzieci to wdzięczny, ale i wymagający odbiorca. Niestety przerabianie Andersena to jak ulepszanie coca-coli, gdy sprawdzonego smaku nie da się podrobić. Największym mankamentem owej produkcji jest nielogiczność tekstu. Wprowadzenie symbolicznego drzewa jako wiecznej pamięci, które odkrywa tajemnice pewnej opowieści, wydaje się chybionym zabiegiem. Wydłuża spektakl, a nie wprowadza żadnego logicznego uzasadnienia dla jego obecności. Postać Cioci Krysi, lamentuje nad losem niechcianego ptasiego dziecka, a sama nic nie zrobi aby dopomóc owemu odrzuconemu znajdzie. To dziwaczna kombinacja, która powoduje zaskoczenie i zdziwienie odbiorców. Jak może stać obok człowiek, który podobno jest jedynym empatycznym wśród grupy niechętnych tytułowej postaci, a tak naprawdę nie robi nic aby wspomóc go w biedzie. Niekonsekwencją jest, że brzydkie kaczątko nie wie co to śnieg, ale już rozumie co to zamarznąć. Owych lapsusów jest więcej. Wygląda tak jakby autorka pisała tekst na kolanie nie zwracając uwagi na niekonsekwencje. Obecne metafory bardziej adresowane są dla dorosłych odbiorców, gdyż dzieciom trudno je zrozumieć. Tego czego nie brakuje w owej historii to morału – nauki o odmienności, nie poddawaniu się w walce o swoje racje, sile przyjaźni, czego przykładem staje się relacja z Myszką, a także wynagrodzonej dobroci w kontekście wujka Adama, a także umiejętności przebaczenia. Siłą spektaklu jest reżyseria. Wawrzyniec Kostrzewski dwoi się i troi aby było atrakcyjnie. Niezwykłą radość sprawiają animowane lalki, które oddają świetny klimat obrazu zwierząt. Ma być i jest – zwięźle oraz klarownie. Choć doskwiera niedobór muzyki, która duchem przypomina kompozycje Michaela Nymana, ale jak już się pojawia to należą się duże brawa dla Piotra Łabonarskiego. Nie ma piosenek, które zawsze są świetnym komentarzem dla opowieści. To dość mocno wydestylowana premiera z efekciarstwa na rzecz opowiedzenia zwięzłej bajki. Scenografia autorstwa Ewy Gdowiok posiada również swoje mankamenty. To kaczki, które są siedliskiem przyszłego łabędzia. Czy one na pewno są żółte? Zazwyczaj owe hodowlane mają białą barwę co je odróżnia od kurczaków. I tu właśnie pojawia się ów błąd. Nie można dzieciom serwować uproszeń, gdyż stają się one wpadką edukacyjną. Zatem to trochę dziwny spektakl podczas którego raczej dorośli się wzruszą, a dzieci go obejrzą, ale czy zapamiętają? Nie do końca rozumiem sensu przepisywania tego co dobre i znane. Znany tekst zawsze się obroni, a przecież z historiami Duńczyka jest tak, że wzruszamy się nimi od pokoleń. A one trwają, są i będą. Dużo w nich wyrazistości i ostrości względem naszego lukrowanego świata, ale są one niepowtarzalną lekcją kształtowania dorosłości i ukazywania, że życie nie jest tylko radością, ale i smutkiem, wyzwaniem z którym należy się zmierzyć. Przedstawienie w Lalce ma w sobie nutę sentymentalizmu, ale niestety tekstowe wpadki mają swoje poważne skutki w ocenie dzieci.

Ocena: 3,5/6

Iwona, księżniczka Burgunda, Witold Gombrowicz, reżyseria: Anna Augustynowicz, Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie, premiera: maj 2026

Lubię przedstawienia, które podążają za literą dramatu. I można uznać, że takim jest Iwona, księżniczka Burgunda w reżyserii Anny Augustynowicz w warszawskim Ateneum. Warto zwrócić uwagę na scenografię autorstwa Marka Brauna. Prosta konstrukcja wydzielająca kulisy z horyzontem, ale istotnym jest projekcja Wojciecha Kapeli, która towarzyszy przez cały spektakl. To obraz rozpikselowania, nieostrości, zatarcia tego co powinno być widziane. I właśnie taka jest tytułowa bohaterka – żadna, jakby ukryta na owej fotografii, którą ciężko dostrzec, rozszyfrować, odnaleźć. Z drugiej strony może to być każdy, bowiem ten kontur czegoś nieułożonego, rozedrganego, zaburzonego może ukrywać niejedną postać. Pod owym płaszczem dekoracji kryją się również tajemnice dworu, które posiada każdy z kręgu najwyższej władzy. Niejeden pragnąłby zatuszować przeszłość, swoje niecne grzeszki i dawne epizody. I znów z pomocą przychodzi owa wadliwa fotografia, która może zasłonić to co niewygodne i niepożądane. Augustynowicz proponuje ciekawą formę groteski, przerysowania. Słowem wydobywa humor, a muzyka Jacka Wierzchowskiego buduje świetne tempo i rytm poszczególnych scen. Dla niektórych mogą być one rozwleczone, ale wewnętrznie wydają się świetnie skonstruowane. Oparte na słowie, które strzela dosadnie i celnie, wydobywa sensy i znaczenia historii. Płynie ona sprawnie, spójnie i logicznie. W owym utworze inscenizatorka widzi rzecz o współczesnej rodzinie, niedojrzałościach i kaprysach, które mają swoje poważne konsekwencje. Tak jak dla chwilowego zapomnienia książę Filip wybiera za partnerkę Iwonę, analogicznie błahostką staje się jej uśmiercenie karaskami. Wszystko jest gestem, pozą, modą. Na swój sposób wspomniani są odmieńcami choć znajdującymi się niezwykle daleko od siebie. Książę Filip (Maciej Musiałowski) w czerwonej koszuli, która wyróżnia się w tle szarych kostiumów, jest niesłychanie kapryśny i dziecinny. Świat dla niego jest zabawką, którą można obracać w dłoni bez żadnych konsekwencji. Aktor świetnie odnajduje się w owej roli. Jest niczym chłopak z sąsiedztwa. Dla niektórych mankamentem może być jego wymowa, ale dla mnie stała się zaletą. Gdyż właśnie ukazuje jego luźny styl i nonkonformistyczny stosunek do tego co wokół. Iwona (Karolina Charkiewicz) to natomiast zabawka, która poddaje się swoistemu eksperymentowi. Pojawia się w czarnych okularach, a potem ulega tresurze przybierając pozę współczesnych therian. Oboje są inni, niedopasowani, niezrozumiani. Jednak niekwestionowaną gwiazdą wieczoru, kreatorką wybornej roli Królowej Małgorzaty stała się Maria Ciunelis. Cyniczno-ironiczna, odnajdująca się świetnie w konwencji zaproponowanej przez Augustynowicz żyje swoją poezją, ale też chyba kręci owym całym dworem, aby utrzymał się mimo niedojrzałych decyzji własnego syna. Zatem to spektakl może staromodny, mało rewolucyjny, nieposzukujący nowych pokładów interpretacyjnych, ale uczciwy i spójny. Ma w sobie dar sprawnej opowieści i przemyconego drugiego dna, że Filipów i Iwon współcześnie pod dostatkiem.

Ocena: 4,5/6

Otwórz oczy, na podstawie opowiadań Olgi Tokarczuk, reżyseria: Igor Gorzkowski, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie, premiera: maj 2026

Noblistka na scenach teatralnych to nie nowina. Za sprawą Michała Zadary oglądaliśmy Biegunów i Księgi Jakubowe, tym drugim tytułem zainteresowała się również Ewelina Marciniak. Tym razem po opowiadania Tokarczuk sięgnął warszawski Teatr Polski. I efekt jest interesujący i wciągający. Dwie odmienne inscenizowane prozy mają w sobie niesamowity dar urzekania językiem, ale i niedopowiedzianymi historiami, gdzie realizm styka się z fantazją. Otwórz oczy, już nie żyjesz oraz Próba generalna odnoszą się do odmiennych stanów, zdarzeń, okoliczności. Ale rzeczą wspólną staje się scenografia Honzy Polivki, gdzie drugoplanowa kuchnia, miejsce spotkań i swoistej intymności jest główną lokalizacją akcji scenicznej. Świat pierwszej miniatury przywołuje na myśl kryminał Agaty Christie I nie było już nikogo. To interesujący przykład opowieści w opowieści. Z jednej strony mamy tajemniczą C., która zanurza się w lekturze (ciekawa Anna Cieślak), a także faktyczne zdarzenia w domu Ulriki (Ewa Makomaska) urzekająco, poprzez fryzurę, podobną do autorki tekstu, która zaprasza do swojego siedliska najbardziej wytrwanych powieściopisarzy książek z dreszczykiem. To świetne skontrastowane różnych typów charakterów, odmienności, różnorodnych osobowości. Toczą oni między sobą grę – w mordercę, która zbliżona jest to powszechnie towarzysko wykorzystywanej „mafii”. Czas płynie niby beztrosko. Ale z czasem zaczynają ginąć kolejni goście posiadłości. I tu widać przewrotność Tokarczuk. W ów świat fikcji wkrada się niepocieszona czytelniczka. Zaczynają się przenikać biegnące równolegle historie z kart egzemplarza i kuchni rodzinnej. To co zagmatwane i niewyjaśnione staje się jasne oraz klarowne. To wciągająca rzecz, w której króluje oryginalny język przesiąknięty ozdobnikami, ale największym wygranym staje się aktorstwo. Reżyser, Igor Gorzkowski z niezwykłą precyzją poprowadził wykonawców obdarowując ich różnorodnym wyrazem scenicznym. Na pierwszy plan wysuwa się nieśmiałość Katarzyny Lis jako Panny Schatzky. Zatem owa intryga ma tempo i na swój sposób, mimo dramatyzmu opowieści, jasną barwę kryminału z uśmiechem. Odmiennie wybrzmiewa drugie opowiadanie. Zapewne to zabieg celowy ukazania odmiennych stylistyk Tokarczuk, co udaje się niezwykle dobrze. To faktycznie kameralna gra dwóch mężczyzn – Henryka Niebudka i Krystiana Modzelewskiego, odizolowanych od świata w swoim mieszkaniu ze względu na katastrofę, która nawiedziła okolicę. Nic nie funkcjonuje, nie działa. Brak wiadomości zaburza bezpieczeństwo. Pojawienie się dwójki sąsiadów nie wspiera, a jeszcze mocniej odpycha powodując, że izolacja jest największym zagrożeniem dla dobrostanu jednostki. W owym utworze pobrzmiewa świat pandemiczny oczekiwania, trwania, wegetowania. To także na swój sposób proroctwo potencjalnego zagrożenia konfliktem zbrojnym i jak nie jesteśmy przygotowani na tego typu nadzwyczajne okoliczności. Niepokój, rozedrganie, napięcie, które wiąże się z wizją malarską Sądu ostatecznego Hansa Memlinga. Koegzystencja z drugą osobą staje się zbawieniem, ale i przekleństwem trwania w owym niepokoju i niewiadomej przyszłości. Reżyseria jest nienachalna, to teatr skupiony na słowie i minimalnej inscenizacji. Mimo owego ograniczenia nie ma statyczności, a akcja płynie wartko, a przecież widomym jest, że proza Tokarczuk nie jest łatwym partnerem dla scenicznej prezentacji. W Polskim owa sztuka się udała. Jest różnorodnie, niejednoznacznie, prosto i logicznie.

Ocena: 4,5/6

Matka Courage i jej dzieci, Bertolt Brecht, reżyseria: Romuald Wicza-Pokojski, Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, premiera: maj 2026

Scena w Białymstoku znana jest z niekończącego się remontu siedziby i ostatniego konkursu na dyrektora, którym został Ireneusz Gliniecki. Co ważne teatr żyje, prezentuje spektakle w gościnnych lokalizacjach rozsianych po całym mieście i odwiedza je publiczność. Choć nie znoszę owego stanu tymczasowości, gdyż organizator winien pomyśleć o stałej innej lokalizacji dla zespołu – jak ma to miejsce choćby w Niemczech, gdy tworzy się sceny w namiotach, to i tak podziwiam odnalezienie się instytucji w owych nietypowych warunkach. Odwagą stało się również wzięcie na warsztat dramatu Bertolta Brechta – Matka Courage i jej dzieci. Już sama metoda autora jest nie lada wyzwaniem, w której klasycznej konwencji winne jest zbudowanie obcości w epickim teatrze zdarzeń. Na swój sposób realizacja białostocka zmierza w owym kierunku, ale wydaje się ona sztucznie dopasowana do całej koncepcji widowiska. Ważnym jest aby była to świadomość aktorów, a nie konwencja w widowisku, bowiem wówczas rodzi to nienaturalność i wywołuje to śmieszność. Aktorka, obsadzona w tytułowej roli, musi zmierzyć się z tradycją Helene Weigel, artystki, prywatnie żony autora, która znajduje się na kartach historii teatru jako niedościgniony wzorzec interpretacji owej postaci. Zatem to tytuł wyzwań, a nie prostej realizacji. Inscenizator umieszcza pole gry w zamkniętej białej przestrzeni (ciekawa oprawa autorstwa Aleksandry Iwańczyk). Jej centralny punkt to kwadratowy kubik będący jednocześnie wozem życia bohaterki, ale i miejscami akcji poszczególnych scen. Pokrywają go różnorodne napisy o antykapitalistycznej i antywojennej wymowie. Należy pamiętać, że ów dramat powstał we wrześniu 1939 roku, a akcja toczy się w okresie wojny trzydziestoletniej. Ma on wymiar pacyfistyczny, ale również ukazuje nie tylko patologię przemocy, ale także potencjalny zysk. Owa treść jest niezwykle aktualna, koresponduje ze zdarzeniami, które są blisko nas. Ukazuje, że mimo traum człowiek chce żyć, być, działać. Troski nie niweczą jego nadziei na zmianę. A może już nie ma na co liczyć? Ludzie przyzwyczajają się do owego stanu, akceptują owe życie, choć niesie ono za sobą przemoc i zło. Owa biel zaczyna się burzyć za sprawą kolejnych zakrwawionych szmat, gdyż pożoga trwa i trwa niosąc nowe ofiary i ból. Zasługą inscenizatora staje się dobra konstrukcja dramatu. Nie ma w nim dłużyzn, songi komponują się z treścią, a aktorzy z poświeceniem wchodzą w swoje role, choć owe brechtowskie poczucie obcości nie wypada najlepiej. Niekwestionowaną ikoną przedstawienia jest Katarzyna Siergiej. Z jednej strony radząca sobie z życiem, dziećmi, bolączkami codzienności, wojną, która odbiera nadzieję, a z drugiej niezwykle nostalgiczną i bolejącą postacią nad własnym losem życia, które toczy się jak wóz. Courage to inaczej kuraż – wspierająca, dodająca odwagi i taka stara się być owa postać. Co interesujące nie wyciąga tylko pomocnej dłoni dla innych postaci, ale również do publiczności gdy się spóźni i nie może odnaleźć miejsca. Owa dwoistość to rozdarcie pomiędzy farsowością, a tragizmem, gdy spryt, cwaniactwo i pomysłowość mogą uratować dalsze trwanie. To everywoman odnajdująca się w każdej sytuacji. To ciekawe spotkanie z Brechtem, które ukazuje jak pokój może stawać się wrogiem, a życie przegrywa wszystko, a przecież trzeba dalej trwać i być – jak Courage z jej wozem życia.

Ocena: 4,5/6

Requiem dla snu, na podstawie książki Huberta Selby’ego Jr., reżyseria: Jakub Skrzywanek, Teatr Studio w Warszawie, koprodukcja z Narodowym Starym Teatrem im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, premiera: kwiecień 2026

Wydaje się, że lepszym tłumaczeniem dla owego spektaklu byłoby, padające w trakcie, Requiem dla marzeń. To opowieść o utracie, a może pogoni za tym co chcielibyśmy mieć, osiągnąć, otrzymać. Rozegrane w trójelementowej scenografii: z czerwonym quasi mieszkaniem, zielonymi schodami i ołtarzem, który staje się restauracyjną przestrzenią ma w sobie siłę ukazania czym jest współczesny świat pełen pułapek, w które sami wpadamy. To nie tylko rzeczywistość po narkotykach, ale także uzależnienie od leków, drugiej osoby, jedzenia i tysiąca możliwych używek. Całość zmierza do alegorycznego finału, gdy na owym ołtarzu składani w ofierze są poszczególni bohaterowie. Nieustanny wtór organów zbliża ów świat przedstawiony do minorowego nastroju nieuchronnego odchodzenia. Rzecz o stwarzaniu własnego losu, gdzie pułapką staje się własne życie. Matka (Anna Radwan) i syn (Robert Wasiewicz) w rozbudowanej sekwencji początkowej dialogu, ukazują traumatyczny rozpad więzi, niedopowiedzeń i braku możliwości konstrukcji lepszego życia. On tworzy iluzję własnej egzystencji, która nie ma szansy powodzenia, a wybawieniem jest tylko śmierć. Uważam, że owa scena to najmocniejszy punkt owego przedstawienia. Rozegrany nie tylko w żywym planie, ale również filmowany zbliża ową relację oglądającym. Ukazuje ona, że ten co oszukuje rodzicielkę, o własnym życiu przepełnionego fałszem i narkotycznego unicestwienia, odkrywa uzależnienia matki od leków na odchudzenie i fantazji wystąpienia w telewizji. Radwan w tej roli jest zjawiskowa, gdy na koniec niczym rzeźba piety trzyma na rękach syna, ubrana w czerwony strój przypominający wielkość królowej Elżbiety I, ukazuje specyficzną więź łączącą rodzica i własne dziecko. Dla mnie to spektakl o burzeniu uczuć, degradacji życia i poszukiwaniu nieustannie substytutów. Wszystkie kolejne, poboczne wątki tracą znaczenie wobec powyższej sekwencji. One tylko multiplikują, zagęszczają obraz form uzależnienia, ale nie wnoszą niczego nowego do opowieści. To spektakl mocnych scen, sugestywności i swoistego epatowania widza. Tylko to raczej puste slogany niż wartościowe sekwencje. Marta Zięba i Krzysztof Zawadzki to niczym wodzireje, ale raczej kojarzą się z Halszką Wasilewską i Markiem Kotańskim, wziętymi z programów telewizyjnych ostrzegający przed alkoholizmem i narkomanią. To już wszystko znamy, wiemy, rozumiemy. Dramaturgicznie przedstawienie jest porażką. To scena do sceny, gdzie trudno odszukać logikę opowieści. Brakuje wstrząsu, przełamania. Dosłowność niektórych scen absolutnie nie szokuje, gdyż są one przewidywalne i nużące. To nie idealny spektakl, ale próba zmierzenia się ze znanym problemem. Nie dekonstruuje świata, ale ukazuje wybitne aktorstwo Anny Radwan. A czasem to bardzo dużo.

Ocena: 4/6

W tym miesiącu bez wyróżnionego spektaklu, gdyż teatralne propozycje utrzymały równy, średni poziom. Zatem czas na lato. Chwilę oddechu, ale może i ze sceną. Do zobaczenia w „Kronice” już w październiku 2026.

Źródło:

benjaminpaschalski.pl
Link do źródła

Sprawdź także