Obsypany nagrodami, pełen popkulturowych aluzji spektakl performatywny Marty Ziółek „Zrób siebie” opowiadający o świecie obsesyjnej autokreacji, stanowił symboliczną cezurę. Po 10 latach od premiery przedstawienie wraca na scenę Komuny Warszawa, a wraz z nim pytania o miejsce teatru tańca i performatyki w polskiej kulturze. Pisze Michał Centkowski w „Vogue Polska”.
To nie jest remiks, próba dostosowania czy dekonstrukcji, tylko wznowienie. Minęła dekada, wszyscy jesteśmy dziś w zupełnie innym miejscu, ale to interesujące obserwować jak podejmowane wtedy tematy rezonują z dzisiejszą rzeczywistością – mówi Marta Ziólek. Chciałam zrobić spektakl, który skomunikuje się z szerszą publicznością, który nie będzie hermtyczny. To był też czas tworzenia community, także wokół miejsca jakim była i jest Komuna. Dlatego ten spektakl miał tak silny wymiar wspólnotowy. Interesowało mnie połączenie choreografii, tego co wysokie z tym co niskie, z kulturą popularną, efektownej teledyskowej formy z teoretyczną refleksją. W „Zrób siebie” Beauty, Coco, Glow, Lordi i High Speed – piątka superbohaterów konsumpcyjnej rzeczywistości, uosabiających współczesne cnoty i aspiracje, pod okiem Angel Dust (sama Ziółek) i śpiewającej o tym, ile kosztuje piękno Piosenkarki (Maria Kozłowska) opowiadają na scenie o sobie, czy może raczej o tym, jak zrobić siebie, jak osiągnąć perfekcję, jak stać się najbardziej pożądaną, wersją samego siebie.
Właściwie nie interesowała mnie praca z postacią, tak jak rozumie się ją w klasycznym teatrze. To nie są characters. Interesowały mnie figury, awatary. Tworzyliśmy te figury trochę tak, jak tworzy się postaci w grze komputerowej – szukaliśmy wspólnie jakiejś cechy, właściwości, która przetworzona, zwielokrotniona, tworzyła postać – tłumaczy Ziółek. Wydobywając te cechy tworzyliśmy persony, którymi bawiliśmy się na scenie. To jest rodzaj maski, ale nie jungowsko rozumianej, takiej która coś ukrywa. Wręcz przeciwnie, to taki rodzaj maski, która wydobywa to, co głęboko skrywane. W myśl zasady fake it, till you make it, sztuczność, ten rodzaj ekspresji, która wydobywa stany i jakości ukryte, pozwalała nam dojść wspólnie z widzem do jakiejś prawdy. Najważniejszym, choć nie jedynym tematem spektaklu była i jest tożsamość, autokreacja, a więc także napięcie między autentycznością, a kreacją. Co to w ogóle znaczy kreować, performować siebie, jak performance wiążę się z tożsamością, także w kontekście seksualności, płci, o czym pisze Judith Butler, czym jest performatyw i jak bardzo wiąże się byciem w ciele i działaniem cielesnym, to są pytanie i tematy związane z wieloma watkami mojej twórczości – mówi choreografka.
Osobnym (anty)bohaterem tego widowiska jest późny, afektywny turbokapitalizm, którego niedościgłym wzorcom próbują sprostać bohaterowie. Ziółek stawia pytania o to, jak w rzeczywistości kapitalistycznej wytwarzane są podmioty i tożsamości. High speed jest o nieludzkim tempie, Coco o szeroko pojmowanych używkach, bo żyjemy w kulturze nadużycia, nieustannie potrzebujemy stymulacji, postać Beauty zainspirował serial o operacjach plastycznych. Maria Kozłowska w roli Piosenkarki śpiewa o tym, jaką cenę za to piękno płacimy – wylicza Ziółek. Z kolei Lordie i Glow symbolizują jakiś rodzaj przywileju, uczestnictwa w rozwoju duchowym i kulturze wellness, przywileju wyższości jaką pozwala nam osiągnąć nabywanie upragnionych właściwości i cech. Chodzi przecież o to, co nabywamy wraz z tymi wszystkimi produktami. A nabywamy poczucie bycia lepszymi, szybszymi, mądrzejszymi, piękniejszymi, iluzję bycia wolnymi. I w tej materii „Zrób siebie” pozostaje ponuro aktualnym spektaklem.
Dekadę temu przy przedstawieniu pracowało grono znakomitych, wyrazistych artystek i artystów, którzy nadal kształtują oblicze współczesnego teatru. Bardzo ważny był dla mnie także dialog z Anką Herbut, dramaturżką spektaklu – wspomina Ziółek. Prócz niej na scenie wystąpili Maria Magdalena Kozłowska, Agnieszka Kryst, Ramona Nagabczyńska, Katarzyna Sikora, Paweł Sakowicz i Robert Wasiewicz. Spotkanie z tym zespołem po tylu latach i ponowne zagranie w spektaklu to dla mnie duża przyjemność – mówi Agnieszka Kryst, aktorka, performerka i choregrafka współpracująca w ostatnich latach między innymi z Eweliną Marciniak. Pytana o „Zrób siebie”, wskazuje na sukces spektaklu, który „sprawił że taniec i choreografia stały się bardziej inkluzywne, i coraz szersza publiczność zaczęła oglądać spektakle tańca, a choreografia mogła wyjść z hermetycznej szuflady”. Również Paweł Sakowicz, reżyser i choreograf, za swoje prace nominowany do Paszportu Polityki, zwraca uwagę, że artystyczny sukces przedstawienia „wpłynął na większą widzialność choreografii, również poza artystyczną bańką”. Jednocześnie przyznaje, że pomysł Grzegorza Laszuka i Marty Ziółek, żeby wrócić do tego spektaklu był dla niego zaskoczeniem. Wznowienie „Zrób siebie” jest eksperymentem, który może się udać lub nie. Z jednej strony nasze ciała i głowy są dekadę starsze, sposoby robienia choreografii są zupełnie różne, a z drugiej – spektakl odegrał bardzo ważny w najnowszej historii polskiego tańca, więc może warto przypomnieć go widowni.
Ale artystyczny sukces miał też ciemną stronę. „Zrób siebie” otworzyło mi wiele drzwi, ale też – paradoksalnie – pokazało mi ograniczenia. Przyszedł taki moment, w którym wszyscy chcieli tego samego, pewnego formatu, co nie sprzyja rozwojowi – przyznaje Ziółek. Jest jeszcze jedna gorzka konstatacja. Artystki takie jak Florentina Holzinger, z którą Ziółek współpracowała za granicą, wyznaczają dziś kierunki rozwoju europejskiego teatru, tymczasem w Polsce, 10 lat po spektakularnym sukcesie „Zrób siebie”, mimo plejady znakomitych choreografów, taniec i sztuki performatywne wciąż walczą o środki i miejsce w teatralnym pejzażu. Cieszę się że powstał Pawilon Tańca. To bardzo ważne, żeby taniec i sztuki performatywne, ten język, to medium, miały szansę zaistnieć na dobre. To ważne, ale wciąż wiele pracy przed nami.