Obecny świat polskich instytucji operowo-baletowych to nie tylko zmiany, ale również kontynuacja i stabilizacja. Zatem warto zwrócić uwagę jaki to był dla nich czas oraz to co przed nami. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Adam Struzik, Marszałek Województwa Mazowieckiego, przedłużył kontrakt Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd na dalsze prowadzenie Warszawskiej Opery Kameralnej. Mimo moich kilkukrotnych prób nie udało się przeprowadzić rozmowy. A zakładam, że byłaby ciekawa, gdyż oferta repertuarowa, zapraszanie nieoczywistych twórców i niesztampowe realizacje, które odciskają innowacyjne piętno w sztuce operowej, stanowią istotny wkład dla naszego świata sceny muzycznej.
Kilka lat temu szerokim echem odbiła się w prasie kwestia przekształcenia Teatru Muzycznego w Lublinie w Operę Lubelską. Zamiar się powiódł, ale jedno się nie dokonało. Instytucja nie pozyskała, jako stałej sceny, przestrzeni w Centrum Spotkania Kultur. Szefowa podmiotu Kamila Lendzion mimo owej przeciwności, przy wsparciu władz lokalnych – organizatora, którym jest Samorząd Województwa Lubelskiego – dokonała swego. Do repertuaru poczęła wprowadzać kolejne operowe tytuły od Toski Giacomo Pucciniego przez Don Giovanniego Wolfganga Amadeusza Mozarta do Halki Jarosława Kiliana. Interesujące widowiska spotkały się z dobrym odbiorem publiczności. Osobiście nie wierzyłem w ów koncept, ale oglądając kolejne nowe premiery utwierdziłem się w przekonaniu, że ma on sens, gdyż istnieje złakniony widz, pragnący poznania owej sztuki. Niezbywalną wartością stały się również obsady, które ukazują najwyższy krajowy poziom. Jednak owa sielanka zakończyła się w tym roku kalendarzowym. Organizator ograniczył drastycznie dotację (porównując rok 2026 do 2025) o 3 260 000 zł. Jaki będzie skutek? Wedle informacji pozyskanych w Operze Lubelskiej: „Zmniejszenie wysokości dotacji podmiotowej na rok 2026 wpłynie na ograniczenie możliwości realizacji nowych przedsięwzięć artystycznych. W związku z tym Opera Lubelska nie planuje w 2026 roku przygotowania premierowych produkcji operowych, musicalowych ani operetkowych”. Tym samym rodzi się pytanie o sens egzystencji miejsca. Skoro nie ma nowych produkcji to jaki jest cel trwania instytucji? Owszem można eksploatować dotychczasowy repertuar, dla którego przyjdą na pewno widzowie, ale to nie jest funkcja kreacyjna, a jedynie odtwórcza. Ukazuje to wegetację miejsca, trwanie dla utrzymania tkanki zespołu i miejsc pracy. Dyrektorka zauważa: „W celu ograniczenia skutków zmniejszenia dotacji Opera Lubelska planuje maksymalne wykorzystanie potencjału Sali Operowej Centrum Spotkania Kultur, co pozwoli na zwiększenie przychodów własnych poprzez wzrost wpływów ze sprzedaży biletów. Jednocześnie Instytucja będzie prowadzić działania optymalizujące koszty działalności przy zachowaniu ciągłości realizacji zadań statutowych”. Rodzą się kolejne pytania. Czy za przestrzeń w Centrum Spotkania Kultur nie należy się opłata, gdyż są to dwie odrębne instytucje? Zwiększenie spektakli to wzrost potencjalnych kosztów. I druga pułapka. Wspomniany statut w §5 określa cele instytucji. Nadrzędnym jest produkcja, a dopiero później wystawianie spektakli oraz inne aktywności. Zatem trudno powiedzieć, że jest to utrzymanie tego co wskazuje litera prawa, a jedynie wybiórcze działanie bez kluczowego aspektu kreacji nowych zjawisk artystycznych.
Z punktu widzenia oceny dokonań artystycznych, mijających dwunastu miesięcy, nie najlepiej sytuacja prezentuje się w w dwóch instytucjach zlokalizowanych na przeciwległych biegunach mapy naszego kraju w województwach: śląskim i zachodniopomorskim. Opera Śląska w Bytomiu w sezonie 2024/25 obchodziła bogato i różnorodnie osiemdziesięciolecie istnienia. Jednak bieżący czas zapisał się jedynie jedną premierą baletową – Korsarzem w układzie Dawida Trzensimiecha oraz półsceniczną wersją Króla Rogera Karola Szymanowskiego w oprawie plastycznej Lecha Majewskiego. O powody owego stanu zapytałem Łukasza Goika, dziś ponad czterdziestolatka, który od roku 2017 sprawuje funkcję dyrektora podmiotu. W tym miejscu warto wspomnieć, że lider śląskiej instytucji przeszedł w niej najróżniejsze szczeble kariery, a zaczynał jako bileter, koordynator pracy artystycznej, poprzez dział imprez i reklamy, aby od 2012 roku zostać zastępcą ówczesnego dyrektora Tadeusza Serafina. Można powiedzieć, że jak nikt inny zna owe miejsce i lokalną publiczność, która z moich własnych obserwacji niezwykle lubi odwiedzać ten adres. Zauważa: „opera to najbardziej skomplikowana machina jeżeli chodzi o instytucje kultury. Wielowątkowość i wielopłaszczyznowość powoduje, że bycie dyrektorem to niezwykle trudne zadanie. To nie tylko spełnienie indywidualnych ambicji, ale odpowiedzialność za zespół i publiczność, a może nawet szerzej społeczeństwo. W naszym przypadku jesteśmy na swój sposób przedsiębiorstwem, które zatrudnia ponad dwieście pięćdziesiąt osób. Może wydać się to zaskakujące, ale w Bytomiu jesteśmy jedną z największych firm w mieście, tym samym ważnym pracodawcą”.
Goik podkreśla istotę lokalności miejsca, właśnie specyfiki, że jest to jedyna opera w Polsce nie znajdująca się w stolicy województwa, ale podlegająca samorządowi tego szczebla administracyjnego. Stwierdza: „samorząd województwa śląskiego posiada pod swoim zarządem chyba najwięcej instytucji kultury w całym kraju. Ważna jest koordynacja, wspólna strategia i działanie, aby razem reprezentować region i naszą tożsamość. Współpraca jest niesłychane istotna. Jesteśmy aglomeracją. To nie tylko Katowice, ale również inne miasta. W naszej instytucji odbywają się spotkania gospodarcze, z dziedziny życia społecznego, naukowego, medycznego i przede wszystkim kulturalnego. Każde wydarzenie to budowanie kolejnych potencjalnych widzów. Dzięki temu Opera Śląska jest miejscem spotkań przedstawicieli różnych środowisk, którzy odwiedzają nas nie tylko podczas premier, ale przez cały rok przy okazji wielu wydarzeń organizowanych w naszych murach”.
Niezwykle ważna dla Łukasza Goika jest funkcja kulturotwórcza, zwiększania grupy odbiorców, tworzenie akcji i przedsięwzięć, które mogą ją poszerzyć: „Wprowadziliśmy akcję trzydzieści za trzydzieści, aby dać młodym ludziom szansę odwiedzenia opery po raz pierwszy. To także nasz cykl Opera Blisko Ciebie – Porozmawiajmy o Operze, który od lat przyciąga osoby zainteresowane poznaniem opery od kulis i spotkaniami z artystami. To kolejna okazja do budowania relacji z publicznością. Organizowaliśmy także wyjątkowe spotkania z artystami, jak choćby Dzieńz Andrzejem Lampertem. Dużym zainteresowaniem cieszyła się również aukcja charytatywna, podczas której jedna z uczestniczek wylicytowała możliwość występu w chórze podczas spektaklu Nabucco Giuseppe Verdiego. Takie inicjatywy pozwalają budować trwałe relacje z publicznością, poszerzać grono odbiorców i zachęcać do aktywnego uczestnictwa w życiu Opery” – stwierdza dyrektor.
Odnosząc się do małej liczby premier w bieżącym czasie, argumentem jest konsekwencja intensywnego sezonu jubileuszowego. Jak mówi Goik: „w poprzednim okresie mieliśmy osiem wydarzeń premierowych w tym choćby Luizę Miller. Intrygę i miłość Giuseppe Verdiego, baletowego Spartakusa do muzyki Arama Chaczaturiana oraz nową inscenizację Halki Stanisława Moniuszki czy jubileuszowy koncert plenerowy z okazji 80-lecia Opery Śląskiej. Nie zapominajmy również, że w tym samym czasie organizowaliśmy kolejną edycję Międzynarodowego Konkursu Wokalistyki Operowej im. Adama Didura.Wcześniej trwał remont i graliśmy głównie w objeździe. W tym sezonie mamy niezwykle bogaty repertuar obejmujący ponad dwadzieścia tytułów operowych, operetkowych i baletowych, między innymi: Poławiaczy pereł, Romea i Julię, Cyganerię, Madame Butterfly, Toscę, Aidę, Bal maskowy czy Nabucco. Sukces teatru operowego nie polega wyłącznie na liczbie premier. Równie ważne jest tworzenie wartościowych produkcji, które mogą być prezentowane przez wiele sezonów i utrzymują zainteresowanie publiczności przez długie lata. Drugim powodem są finanse, które nadal nie odpowiadają rzeczywistym potrzebom instytucji tej skali. Trzeci argument to chęć dania zespołowi oddechu po wyjątkowo intensywnym sezonie. Warto również pamiętać, że jesteśmy po największej w historii przebudowie gmachu teatru. Każde wznowienie spektaklu jest dziś w pewnym sensie jak premiera – nowe obsady i zmiany scenograficzne. Równolegle pracujemy nad rozwojem własnych zespołów artystycznych. Dobrym przykładem jest nasz zespół baletowy liczący trzydziestu pięciu tancerzy reprezentujących osiem narodowości. To niezwykle twórcza grupa. Podczas cyklu Horyzonty. Międzypokoleniowe Spotkania Baletowe aż dwanaścioro tancerzy przygotowuje własne miniatury choreograficzne. Idea tego przedsięwzięcia polega na stworzeniu przestrzeni dla rozwoju młodych twórców, poszukiwania własnego języka artystycznego i budowania przyszłości baletu poprzez kreatywność samych tancerzy”.
Opera Śląska nie jest instytucją współprowadzoną z ministerstwem kultury i dziedzictwa narodowego co wydaje się ogólnie zasadne, ze względu na koszty, w przypadku wszystkich podmiotów tego typu w naszym kraju. Łukasz Goik mówi wprost: „Lepiej być lokalnym miejscem, znającym swoje relacje i uwarunkowania. Opera Śląska od początku była uznawana za pierwszą scenę operową powojennej Polski, wielokrotnie potwierdzając swoją rangę w kraju i na świecie. Siłę tej pozycji buduje do dziś dzięki wysokiemu poziomowi artystycznemu, silnemu zakorzenieniu w regionie oraz bliskiej relacji z publicznością”. Ciekawe ujęcie godne pochwały rozumienia istoty tworzenia kultury w regionach. W nadchodzącym sezonie 2026/27 planowana jest m.in.premiera Carmen Georges’a Bizeta. Mimo argumentów Goika niech otworzy premierowy skarbiec w śląskiej instytucji.
Podobna sytuacja, z ograniczoną liczbą nowych produkcji, ma miejsce w Operze na Zamku w Szczecinie. Ciekawym jest, że sezon 2024/25 wieńczono baletową wersją Kopciuszka do muzyki Karola Lipińskiego i Niccolo Paganiniego, a jedyną premierą w obecnym czasie jest ponownie spektakl dedykowany dzieciom – Toto, kompozycji Marka Sarta w reżyserii Jerzego Jana Połońskiego. Na pierwszy rzut oka może wyglądać to jako nowe miejsce teatru dla dzieci w Szczecinie, gdy porówna się ofertę nowych produkcji z założeniami konkursowymi Jacka Jekiela. Wspomniany od 2013 roku prowadzi instytucję Zachodniego Pomorza, ale przed rozpoczęciem sezonu 2025/26 rozpisano konkurs, który wygrał długoletni szef placówki. Koncepcję programową przygotował z ówczesnym zastępcą do spraw artystycznych Jerzym Wołosiukiem. Wyglądała ona niezwykle imponująco. Pierwszy sezon zakładał cztery nowe produkcje. Wśród nich: Polskie wesele Józefa Beera, które miało być pokazywane w Gdańsku w ramach Baltic Opera Festival, ostatecznie przygotowuje je Opera Wrocławska. Dalej: Albert Herring Benjamina Brittena, wersja Teatru Wielkiego w Poznaniu, spektakl baletowy i wspomniana bajka. Zatem bilans wypada zadziwiająco niekorzystnie. Kolejne lata zakładały między innymi: Rigoletto Giuseppe Verdiego, Skrzypek na dachu, kultowy musical, który miał zainaugurować jubileusz siedemdziesięciolecia instytucji, baletowy Znachor do muzyki Przemysława Zycha, dalej Halka Stanisława Moniuszki w reżyserii Barbary Wiśniewskiej, taneczny Sen nocy letniej w układzie Roberta Bondary i wiele innych interesujących pomysłów, które jednak pozostaną tylko na papierze. Powód jest dość banalny, o którym wspominał w rozmowie ze mną Jacek Jekiel. „Przygotowałem aplikację z określonymi tytułami, gdy dyrektorem artystycznym był Jerzy Wołosiuk. Wszystkie premiery planowaliśmy zrobić wspólnie. To swego rodzaju kompromis i wypadowa naszych gustów, pragnień, oczekiwań i możliwości. Nasze drogi się rozeszły. Przez kilka miesięcy 2025 roku nie miałem zastępcy do spraw artystycznych, dopóki nie pojawiła się Agnieszka Nagórka. Nie chciałem popełniać błędu wykorzystywania koncepcji, którą przygotowałem z kimś, kto już ze mną nie współpracuje. Co do Polskiego wesela to rozeszły się nasze drogi z dyrektorem festiwalu Tomaszem Koniecznym, gdyż produkcję przeniesiono o rok. Trochę żałuję, że tak się to potoczyło. Byłoby to inspirujące dla całego zespołu artystycznego, gdyż w genotypie naszej instytucji operetka zajmuje ważne miejsce”.
Ograniczenie liczby premier w Szczecinie wynika z faktu, jak zauważa dyrektor, że „zmieniła nam się struktura budżetu. Od kilku lat postępuje wzrost wynagrodzenia minimalnego. Naturalnie, nasz organizator – samorząd województwa zachodniopomorskiego, przeznacza środki na ten cel, co zwiększa nasz budżet, ale w części «wegetatywnej», która dotyczy kosztów stałych w tym właśnie wynagrodzeń. Natomiast część przeznaczona na działalność statutową, w tym na realizację nowych przedsięwzięć, ma niewielki wzrost. Ważnym jest, że przygotowanie premier, poprzez wzrost cen, również jest wyższe niż kilka lat temu. Długo nie osiągnę takiej zdolności jaką miałem w 2016 roku, gdy mogłem przygotować pięć nowych spektakli”. Ów problem Jekiel będzie próbował rozwiązać na kilka sposobów. Pierwszym z nich jest staranie się (odmiennie niż Opera Śląska w Bytomiu) o współprowadzenie z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego: „zabiegam o to od 2024 roku. Rozmawiałem z całą trójką ministrów, która była w obecnym czasie i niestety nie ma ostatecznej decyzji. Urząd centralny ma świadomość kosztów, ale nadal pozostajemy w martwym punkcie. Należy sobie zdać sprawę, że koszty wyprodukowania spektaklu w teatrze dramatycznym są odmienne niż w operowym. Napisaliśmy siedem projektów do programów ministra. Część otrzymała dofinansowanie, między innymi zaplanowana na jesień premiera baletowa Lalki na motywach powieści Bolesława Prusa do muzyki Mieczysława Karłowicza w choreografii naszego szefa baletu Grzegorza Brożka pod batutą Agnieszki Nagórki”. Z wcześniejszych planów ma pozostać taneczny Znachor, który otrzymał grant dla rozpoczęcia przygotowywania muzycznego utworu przez Przemysława Zycha. Planowany jest także Skrzypek na dachu. Dyrektor zauważa: „operetkowy rynek, ale także dawnego musicalu, jest wielki – mówię o publiczności: wiernej i oddanej. Widzowie ją kochają, a przecież należy zaspakajać gusta naszych gości. Nie znoszę uwspółcześniania na siłę i budowania pseudoartystycznych produkcji”.
Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz, który prawie każdorazowo pozdrawia publiczność Opery na Zamku swoim tekstem w dedykowanym programie do kolejnej premiery, w ocenie Jacka Jekiela ma wiedzę o konieczności nakładów na rzecz instytucji. „Rozmawiamy wystarczająco często. Ma świadomość kosztów, ale pamiętajmy w jakiej sytuacji jest nasz kraj i niezbędnych wydatków dla bezpieczeństwa. Osobiście skupiłem się na idei współprowadzenia instytucji. Wokół koncepcji zebrałem kilka znaczących postaci i chyba zbliżamy się do ostatecznego rozstrzygnięcia. Ale nie wiem, czy to będzie wygrana, a może jednak nokaut. Osobiście jestem rozgoryczony, że mało zmieniło się podejście do kultury szczebla centralnego, trochę jest ona traktowana jak łup wojenny kolejnych wygranych. Nasza dotacja od organizatora to dwadzieścia dwa miliony złotych – najmniejsza ze wszystkich teatrów operowych. Mamy również najmniej liczny zespół w Polsce – dwieście osób. Można zapomnieć o wsparciu sponsorów, którzy uważają, że zaoferują dwadzieścia tysięcy, ale w zamian oczekują nie wiadomo jakich korzyści. Należy zmienić prawo, aby owe firmy otrzymały upusty podatkowe i może wówczas będzie miało to sens”.
Argumenty Jekiela przemawiają, dlaczego mijający sezon można nazwać martwym artystycznie, ale dziwi zatem zatrudnienie na etacie jeszcze jednego (trzeciego) dyrygenta jako kierownika muzycznego. To Kuba Wnuk, wcześniej współpracujący między innymi z Warszawską Operą Kameralną, przygotował w Szczecinie premierę Czarodziejskiego fletu Wolfganga Amadeusza Mozarta w marcu 2025 roku. Dyrektor mówi: „Tę decyzję miałem głęboko przemyślaną. Rozmawiałem wielokrotnie z Agnieszką Nagórką i jest to nasz plan działania. Zależy nam, aby zespół artystyczny stał się bardziej kompaktowy. Biologia jest nieuniknionym czynnikiem w naszej pracy, potrzebujemy świeżej krwi, zaangażowania i własnej pracy, gdy nie przygotowujemy nowych spektakli. Artyści muszą nieustannie się doskonalić, szlifować warsztat”.
Zatem przyszły sezon ma być już z większą liczbą premier, a wiadomym jest, że jedną z nich będzie baletowe dzieło Grzegorza Brożka do muzyki Karłowicza. Należy pamiętać, że Opera na Zamku jako jedyna w Polsce, poprzez swoje położenie przygraniczne, wszystkie spektakle operowe wykonuje w języku oryginału z napisami w polskim i niemieckim. Zatem owa oferta buduje kulturalne mosty i ukazuje jakość polskiej sztuki, która bez właściwego dofinansowania umiera ograniczając nowe realizacje repertuarowe.
Nadchodzący sezon będzie pierwszym, w pełni przygotowanym przez Borisa Kudličkę, dyrektora Teatru Wielkiego-Opery Narodowej. Zaplanowane jedenaście premier ukazują niezwykle mocno zachwiane proporcje pomiędzy operą (9 nowych tytułów), a baletem (zaledwie dwie nowe produkcje). Spoglądając na tytuły powiązane ze sztuką wokalną to co rzuca się w oczy to chęć pokazania zbyt wiele, w krótkim czasie. Owa repertuarowa propozycja nie układa się w żadną spójną całość. Trochę tak jakby ktoś miał coś do zaoferowania i to pokażemy w stolicy. Owszem ciekawym będzie poznanie utworu Maksyma Kołomyjca Matki Chersonia w reżyserii Barbary Wysockiej, ale już w przypadku kolejnych propozycji jest wiele znaków zapytania. Czarodziejska góra Pawła Mykietyna to powtórzenie spektaklu sprzed lat pokazywanego na poznańskim Malta Festival. Salome Richarda Straussa powróci już po dziesięciu latach, ale w inscenizacji Clausa Gutha, zupełnie jakby nie było innych, mało granych tytułów tego kompozytora. Katia Kabanowa Leoša Janáčka ponownie wita na warszawskiej scenie po szesnastu latach, w reżyserii świetnego węgierskiego twórcy Kornela Mundruczo. Zapewne będzie to wartościowe spotkanie, ale ponownie pytanie czy z bogatej twórczości czeskiego kompozytora nie warto byłoby wybrać innego tytułu? Przecież twórczość operowa naszych południowych sąsiadów przeżywa istny renesans na scenach europejskich. Po dwudziestu latach powrócą Opowieści Hoffmanna Jacquesa Offenbacha w inscenizacji Lydii Steier. I znów podobna konkluzja – ciekawe poznać po raz pierwszy stylistykę sceniczną amerykańskiej twórczyni, ale naprawdę nie ma innego tytułu do zaprezentowania w Warszawie? I jeszcze jedno bliskie przybliżenie znanego tytułu – Głos ludzki Francisa Poulenca, który powróci po jedenastu latach w interpretacji Christofa Loya. Oferta artystów jest zachwycająca, ale wybór tytułów zastanawia by nie powiedzieć, że jest trochę karuzelą, która kręci się bez zbytniego namysłu. Dwie premiery baletowe, na tym tle, wskazują przemyślany koncept. Powrót Coppelii Leo Delibesa po pięćdziesięciu dwóch latach w choreografii Manuela Legrisa jest kolejną propozycją świąteczną jako substytut wciąż nieobecnego Dziadka do orzechów Piotra Czajkowskiego. Druga nowa produkcja to wieczór baletowy Piękno i ironia złożony z prac ważnych choreografów średniego pokolenia: Eyala Dadona, Katarzyny Kozielskiej i Alexndra Ekmana.
Instytucja przy placu Teatralnym, która posiada największy budżet ze wszystkich podmiotów publicznych ze sfery kultury, sięgający ponad stu pięćdziesięciu milionów, będzie przechodziła również metamorfozę infrastrukturalną za sprawą specjalnych środków dedykowanych na ten cel w wysokości ponad stu milionów. Ciekawym jest czy nowe przestrzenie odnajdą publiczność, a trzeba pamiętać, że nakłady dla Teatru Wielkiego-Opery Narodowej będą musiały rosnąć ze względu na konieczność zwiększenia zatrudnienia dla obsługi technicznej i organizacyjnej nowych lokalizacji.
Problemem, który odbił się szerokim echem w mediach społecznościowych, stała się przedsprzedaż biletów na cały kolejny sezon. System się zawieszał, bilety nie docierały na czas, anulowano transakcje. Cieszy tak olbrzymie zainteresowanie wydarzeniami, ale rodzi się pytanie czy jest to forma uczestnictwa w kulturze dla wszystkich? Możliwe, że nikt tego nie zauważył, ale zmieniono układ stref oraz cennik biletów w instytucji. Niektóre wydarzenia, szczególnie weekendowe posiadają niebotyczne wartości za jedną wejściówkę. Może powodować to wykluczenie tych co naprawdę są melomanami i z wielką chęcią poznaliby nowe produkcje, a widownia zapełni się przypadkowymi widzami dla mody i obecności w świecie wielkiej sztuki. Dodatkowo w poprzednich sezonach w dniu uruchomienia sprzedaży zniżka obowiązywała na wszystkie spektakle, w tym roku jedynie na wybrane.
I jeszcze jedna uwaga. Broszura programowa dla poszczególnych spektakli jest najdroższa w Europie, a jeżeli zestawi się jej cenę do wartości biletu porównania są jeszcze bardziej negatywne dla Warszawy. Czterdzieści złotych to równowartość dziesięciu euro. Naprawdę nie ma takich cen nigdzie na naszym kontynencie. Należy również pamiętać, że Teatr Wielki-Opera Narodowa to publiczna, państwowa instytucja kultury, która dotowana jest z pieniędzy podatnika. Nie funkcjonuje na zasadzie wolnego, prywatnego elektronu, gdzie zysk ma odgrywać kluczową rolę. Byłbym orędownikiem zmniejszenia liczby premier, a przy tym obniżenia cen biletów, aby naprawdę każdy mógł uczestniczyć w wydarzeniach sztandarowej instytucji operowo-baletowej naszego kraju.
Mijający sezon, a także to co nas może spotkać już wkrótce, posiada również stabilne podmioty, które budują swoją markę, obraz i kształt artystycznej pomyślności. Do owej grupy należy Opera Wrocławska prowadzona sprawną ręką dyrektorską Agnieszki Franków-Żelazny. Nie można pominąć zespołu baletowego, który pod kierunkiem Małgorzaty Dzierżon, buduje swoją pozycję nie tylko doborem repertuaru, ale również techniczną precyzją i wykonaniem. Kolejny sezon wygląda dość intrygująco. To głównie oddanie pola współczesnej sztuce muzycznej. Ku temu będą aż trzy spotkania z pięciu zaplanowanych premier. Pretekstem stanie się przywrócenie Festiwalu Opery Współczesnej, którego szósta edycja odbędzie się z początkiem kolejnego sezonu. Jak zauważa dyrektorka: „nie będzie to praktyka ciągła, właśnie w ramach owego wydarzenia odbędą się dwie premiery: GenOM Michała Ziółkowskiego w reżyserii Maxa Nowaka pod moim kierownictwem muzycznym oraz spektakl familijny iGranie z Potworami Mateusza Ryczka w inscenizacji Marty Streker. Dodatkowo zaprezentujemy Żywioły, realizowany już od jakiegoś czasu projekt dla młodych choreografów, w ramach którego powstanie jedenaście miniatur tańca do specjalnie stworzonych kompozycji najmłodszego pokolenia twórców. Na koniec sezonu baletowa wersja Folwarku zwierzęcego na podstawie George’a Orwella. Układ stworzy nasza kierowniczka baletu. Wspólnie z Małgorzatą Dzierżon znalazłyśmy kompozytorkę, która będzie spełniała jej oczekiwania. To Aleksandra Chmielewska – absolwentka stołecznego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina. Najbliższy sezon jest niezwykle bogaty w nowe kompozycje polskich twórców co związane jest z przywróceniem festiwalu, które pragnęłabym realizować w formie biennale. W kolejnych latach, między czasem dedykowanego wydarzenia, chciałabym prezentować nowe prace rodzimych kompozytorów, ale jednak w mniejszym wymiarze”. Obraz premierowych wydarzeń dopełnia Rigoletto Giuseppe Verdiego w reżyserii Michała Znanieckiego pod batutą Miriana Khukhunaishvili, kierownika muzycznego instytucji oraz operetka Polskie wesele Józefa Beera w reżyserii Pawła Miśkiewicza i pod kierownictwem muzycznym Łukasza Borowicza, która po latach ponownie zostanie przywrócona w ramach letniego Baltic Opera Festival, aby pojawić się w repertuarze Opery Wrocławskiej od kwietnia 2027 roku. Zatem zapowiada się różnorodnie i oryginalnie bowiem prym wiodą nowe lub zapomniane dzieła, które mogą stać się odkryciem dla odwiedzających.
Mijający czas okazał się niezwykle owocny dla Opery Nova w Bydgoszczy. Wszystkie trzy premiery (dwie operowe i jedna baletowa) spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Sprawna ręka Macieja Figasa, który prowadzi instytucję od roku 1992, niezmiennie ukazuje jak budować zespół, podmiot dla lokalnej wspólnoty, ale także licznie odwiedzających miasto. Król Roger Karola Szymanowskiego w reżyserii Roberta Bondary, Amerykanin w Paryżu George’a Gershwina w choreografii Krzysztofa Pastora oraz zjawiskowa Łucja z Lammermooru Gaetano Donizzetiego w inscenizacji Thaddeusa Strassbergera ukazały, że może właśnie wytrwałość, konsekwencja, stabilność i kontynuacja są w stanie skonstruować dojrzały program artystyczny.
Swoją ścieżką różnorodności artystycznej kroczy Opera Krakowska. Od 1 września 2022 roku szefuje jej dyrygent Piotr Sułkowski. Pierwsze sezony jego dyrekcji charakteryzowały się dziwnym błądzeniem, ale ostatnie lata przynoszą niezwykle ciekawe osiągnięcia. Do nich na pewno należy Aida Giuseppe Verdiego w reżyserii Giorgio Madii z roku 2025 rozegrana w czarno-złotej scenerii, która urzekała swoją pomysłowością. To także pięć premier z obecnego sezonu. Na jedną należy zwrócić uwagę. To baletowe Requiem do muzyki Wolfganga Amadeusza Mozarta w świetnej choreografii Jacka Tyskiego. To on stoi obecnie na czele zespołu baletowego podnosząc jego poziom, a także realizując własny wytyczony cel, alby formacja nie była tylko dodatkiem do opery, ale jej równoprawnym partnerem.
Ów przegląd organizacyjno-artystycznej stabilności zamyka najmłodsza instytucja operowa w Polsce – Polska Opera Królewska. Gdy powstawała, za sprawą grupy artystów, którzy zostali zmuszeni do rozstania się z Warszawską Operą Kameralną, pełno było kpin i znaków zapytania. Nie można ukrywać, że wyłoniła się jako inicjatywa oddolna pozbawionych pracy, ale utworzył ją ówczesny minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński. Po Ryszardzie Perycie, Andrzeju Klimczaku, obecnie prowadzi ją Magdalena Kaczorowska, a jej zastępczynią z początkiem mijającego sezonu została znana dyrygentka Marta Kluczyńska. Tym co wyróżnia miejsce to przede wszystkim wierność krótkiej tradycji – „opery w drodze”. Ważny jest objazd, docieranie do różnych miejsc z bogatym repertuarem muzyki dawnej, ale także przybliżanie najnowszych osiągnięć kompozytorskich. Aktywność koncertowa, kameralistyka, a przede wszystkim nowe produkcje operowe (zazwyczaj cztery w sezonie), choć nie zawsze rzucają na kolana, to są ciekawą propozycją różnorodności. Uwielbiam zasiadać w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach, obcować w tym uroczym miejscu z muzyką różnego czasu, a także oryginalną inscenizacją. Nie ze wszystkim się utożsamiam, ale warto się spierać o to, że ktoś może inaczej myśleć, ale ważne, że powstaje nowe, różnorodne i oryginalne.
Z początkiem sezonu 2026/27 czeka nas nowe otwarcie w świecie operowo-baletowym. Dużo zmian, oczekiwań i nieznanego. Ale na pewno warto śledzić ów krąg, gdyż to jest życie sztuki, jego tchnienie i wielka kreatywność artystycznej aktywności.