Logo
Recenzje

Między obrzędem a formą

15.10.2026, 09:26 Wersja do druku

„Ślub” Witolda Gombrowicza w reż. Piotra Tomaszuka z Teatru Wierszalin na XVII Międzynarodowym Festiwalu Gombrowiczowskim w Radomiu. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Magdalena Rybij / mat. teatru

W „Ślubie” rzeczywistość nieustannie wymyka się spod kontroli. Henryk próbuje uporządkować świat, odzyskać władzę i nadać sens temu, co go otacza, ale sam staje się więźniem ustanawianych przez siebie reguł. W przedstawieniu Piotra Tomaszuka ten proces nabiera wyrazistego, niekiedy przytłaczającego kształtu. Scena rządzi się własnym rytmem, a działania postaci układają się w ciąg gestów i sytuacji, które stopniowo przejmują nad nimi kontrolę. Konsekwencja tej inscenizacji może budzi

uznanie, choć nie wszystkie sprzeczności dramatu Gombrowicza pozostają w niej równie wyraźne.

Najciekawsze napięcie pojawia się między tym, co przedstawienie robi z tekstem, a tym, co w Gombrowiczowskim dramacie opiera się jednoznacznemu odczytaniu. Wierszalin buduje świat, w którym zachowania postaci nabierają znaczenia poprzez powtarzalność, rytm i reakcje otoczenia. Dobrze widać dzięki temu, jak człowiek uwikłany zostaje w relacje, które sam współtworzy, a zarazem próbuje nad nimi zapanować. Mam jednak wątpliwość, czy tak konsekwentnie prowadzona forma pozostawia dość miejsca na niepewność, ironię i nagłe przesunięcia sensu, bez których Gombrowicz traci część swojej przewrotności.

Henryk w interpretacji Rafała Gąsowskiego przykuwa uwagę intensywnością i emocjonalną zmiennością. Aktor wydobywa z bohatera lęk, obsesję i rosnącą potrzebę panowania nad innymi. Ta kreacja nadaje przedstawieniu wysoką temperaturę, ale chwilami ogranicza możliwość dostrzeżenia innego wymiaru postaci. Henryk nie tylko podlega siłom, których nie rozumie, lecz także sam je uruchamia, tworzy zasady i próbuje narzucić je pozostałym. Właśnie w tej sprzeczności tkwi istotna część dramatu. Kiedy na pierwszy plan wysuwa się jego rozchwianie, słabnie obraz człowieka, który zarazem pada ofiarą formy i usiłuje uczynić z niej narzędzie własnej władzy.

Podobne napięcie dotyczy pozostałych bohaterów. Ojciec i Matka funkcjonują w świecie, w którym pozycja i autorytet nie są dane raz na zawsze. Można je utracić, ale można je też odzyskać, jeśli sytuacja pozwoli na zmianę układu sił. Władza nie wynika tu wyłącznie z charakteru postaci; zależy również od tego, jak reagują na nią inni i czy godzą się uznać jej prawomocność. Ten aspekt przedstawienia jest czytelny, choć nie zawsze wybrzmiewa z taką siłą jak emocjonalne starcia między bohaterami.

Zaskakująco wypada Monika Kwiatkowska w roli Pijaka. Jej obecność nie pozwala łatwo ustabilizować scenicznych relacji, a sama postać wnosi do przedstawienia energię odmienną od tej, którą skupia wokół siebie Henryk. Nie wszystkie decyzje inscenizacyjne stają się jednak równie czytelne w swoich konsekwencjach. W przypadku Pijaka pozostaje pytanie, czy jego sceniczna wyrazistość otwiera dodatkową perspektywę interpretacyjną, czy przede wszystkim wzmacnia niepokojący ton całości. Nie traktuję tej wątpliwości jako zarzutu wobec samego pomysłu obsadowego, raczej jako pytanie o to, co dzięki niemu zyskuje dramat.

Duże znaczenie ma sposób, w jaki aktorzy funkcjonują jako zespół. Ich gesty i wzajemne reakcje tworzą układ, w którym zachowanie jednej osoby wpływa na pozostałych. Zdarza się jednak, że intensywność scenicznej ekspresji i nagromadzenie energii zaciera subtelne przesunięcia sensów, utrudniając uchwycenie przemian, którym podlegają poszczególne gesty i relacje między postaciami. Gombrowiczowska dramaturgia opiera się bowiem na nieustannym zachwianiu znaczeń: to, co początkowo wydaje się poważne i jednoznaczne, w jednej chwili może odsłonić swój groteskowy wymiar, a gest pozornie oczywisty — ujawnić absurdalność sytuacji, w której został osadzony. W takich momentach chciałoby się niekiedy więcej przestrzeni na samą myśl, a mniej nacisku na intensywność obrazu.

Finał pozostawia wrażenie konsekwentnego domknięcia scenicznego świata, ale nie usuwa wątpliwości dotyczących jego wymowy. U Gombrowicza ustanowiony porządek nigdy nie daje pełnej gwarancji stabilności. Forma, która miała przynieść rozwiązanie, może w każdej chwili ujawnić swoją umowność i obrócić się przeciwko temu, kto próbował ją narzucić. W inscenizacji Tomaszuka najmocniej odczuwa się ciężar konsekwencji działań Henryka. Nie zawsze równie wyraźna pozostaje natomiast przewrotność samego mechanizmu, który sprawia, że człowiek jednocześnie tworzy reguły i zostaje przez nie zniewolony.

Po zakończeniu przedstawienia zapadła cisza, a oklaski pojawiły się z wyraźnym opóźnieniem. Trudno przypisywać tej reakcji jednoznaczne znaczenie. Nie musi ona świadczyć ani o odrzuceniu spektaklu, ani o szczególnym zachwycie. Dla mnie była przede wszystkim częścią doświadczenia wieczoru, który nie przyniósł natychmiastowego rozładowania napięcia. Przedstawienie nie pozostawia obojętnym, choć siła wywoływanych emocji nie zawsze idzie w parze z równie silnym poczuciem interpretacyjnego odkrycia.

„Ślub” Tomaszuka jest przedstawieniem konsekwentnym, mocno osadzonym w estetyce Wierszalina i świadomym własnych środków. Jego wartością pozostaje wyrazista organizacja scenicznego świata oraz umiejętność budowania napięcia między jednostką a otoczeniem. Moje zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim proporcji: chwilami emocjonalna intensywność przesłania tę część Gombrowicza, która nie daje się zamknąć w jednym tonie ani w jednej interpretacji. Pozostaje spektakl interesujący i artystycznie spójny, ale nie w pełni przekonujący jako odczytanie wszystkich sprzeczności „Ślubu”.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także