30.01.2020, 13:01 Wersja do druku

Melancholie i ukojenia

Przy całym bogactwie wydarzeń Roku Moniuszkowskiego trudno nie popaść w melancholię po tym, co zrobiono z "Halką" w Theater an der Wien, a bodaj rok wcześniej w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Ogłoszono właśnie, że pod Pegazem odbył się międzynarodowy konkurs reżyserii operowej. Ponieważ nikt dotąd o czymś takim nie słyszał, postanowiłem przyjrzeć się tej sprawie - pisze Sławomir Pietras w Tygodniku Angora.

Komunikat teatralny głosi, że "w jury zasiadają największe nazwiska teatru operowego". David Pountney - ewentualnie, choć przed kilku laty w Warszawie dziarsko pokiereszował "Straszny dwór", ale mimo to ma reputację reżysera operowego z prawdziwego zdarzenia. Natomiast z wielkością nazwisk nie mają nic wspólnego Carolin Wielpütz (była chórzystka, obecnie dyrektorka artystyczna ds. opery w Bonn), Ulrich Lenz (były dziennikarz, obecnie dramaturg w Komische Oper), a zwłaszcza wciąż jeszcze dyrektorka Teatru Wielkiego w Poznaniu, która w dziedzinie czegokolwiek w sztuce operowej nazwiska nie ma, choć postanowiła przewodniczyć temu gremium.

Palmę pierwszeństwa przyznano artystce niemieckiej Ilarii Lanzino, która dotąd wyreżyserowała tylko dwie bajki dla dzieci ("Księżniczka na dyni" i "Alicja w Krainie Czarów"), ale na konkursie przekonała, że "twórczo balansuje pomiędzy tradycją a współczesną interpretacją". W nagrodę otrzymała (podobnie jak przed laty Pountney w Warszawie) realizację nowego "Strasznego dworu", którego premiera odbędzie się w przyszłym roku. I jak tu nie popaść w melancholię...?

Broniąc się przed nią, pojechałem do Bytomia na uroczystość 100-lecia urodzin Natalii Stokowackiej, niegdyś królowej Opery Śląskiej, nazywanej powszechnie śląską Callas. Mijane po drodze Gliwice przypomniały, że nie ma już nawet śladu po Operetce Śląskiej, teatrze wspaniałych dokonań, wielkich tradycji i niezmiennie wysokiego poziomu swej sztuki. Zlikwidował ją swymi decyzjami poprzedni prezydent miasta Zygmunt Frankiewicz, który zamiast do piekła, dostał się do... Sejmu (!). Może jednak jego następca Adam Neumann wezwie i zachęci do działania ciągle istniejący, przegnany i osierocony zespół, przywracając swojemu miastu sympatyczną ksywę stolicy polskiej operetki.

Natomiast w bytomskim teatrze operowym panuje oczekiwany zauważalny rozkwit. Ciągle odnawiany i urozmaicany repertuar obsadzany młodymi, pięknogłosymi solistami, choć nie zawsze dobrze dobranymi reżyserami. Podczas wieczoru, w którym uczestniczyłem, wystąpiła Anna Wiśniewska-Schoppa w pięknie zaśpiewanej arii z opery "Madama Butterfly" oraz zaledwie 24-letnia Gabriela Gołaszewska, śpiewając arię Noriny i Łucji z repertuaru swej wielkiej śląskiej poprzedniczki. Słuchając solistki tak bogatej w talent, urodę sceniczną i technikę wokalną, można być spokojnym o następczynie tutejszych niegdysiejszych legend: Bukietyńskiej, Gwieździńskiej, Stokowackiej, Rozelówny, a później Marciniak, Kujawińskiej, Karaśkiewicz, Słowakiewicz i wielu innych, z różnych okresów tego niezwykłego teatru. Melancholię rozwiały do końca zakulisowe informacje o sukcesach barytona Stanisława Kufluka, który na scenie moskiewskiego Bolszoj kilkanaście razy w każdym sezonie śpiewa tytułowego Oniegina. Mało kto w Polsce o tym wie, a jest się przecież czym cieszyć.

Dla ukojenia wybieram się do Warszawy na "Damę kameliową" w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego. Od wielu lat bezskutecznie starałem się u Johna Neumeiera o prawo przeniesienia tego spektaklu do repertuaru Teatru Wielkiego w Warszawie. Udało się to dopiero Krzysztofowi Pastorowi, co uważam za sukces równy jego dokonaniom choreograficznym. Bez jakiejkolwiek gratyfikacji, a nawet liczenia na wdzięczność podpowiadam dyr. Ewie Iżykowskiej (Białystok) i Pawłowi Chynowskiemu (zastępcy Pastora), aby rozważyli możliwość stałej współpracy w formie comiesięcznej obecności repertuaru Polskiego Baletu Narodowego na scenie operowej w Białymstoku. Sprzyja temu stosunkowo niewielka odległość od stolicy, świetne warunki sceniczne nowego białostockiego gmachu, a przede wszystkim oczekiwania olbrzymiej liczby miłośników baletu pozbawionych w tej części Polski kontaktu z tą dziedziną sztuki.

Z powodów organizacyjnych, kadrowych i ekonomicznych jest to nie tylko możliwe, ale wręcz wskazane. Polski Balet Narodowy zyskałby regularne poszerzenie swych prezentacji, a Białystok otrzymałby repertuar, którego nie mógłby dorobić się własnymi siłami. Nawet takimi, jak energia i kompetencja dyr. Ewy Iżykowskiej, która w tej sprawie powinna udać się do Ministra Kultury i nie wychodzić z gabinetu przed załatwieniem tej sprawy.

Zupełnie już ukojony wróciłem do Poznania, gdzie zapowiadano w Auli UAM koncert wokalny Magdy Umer i Krystyny Jandy. Przed stu laty w tej samej sali wystąpiły Janina Korolewicz-Waydowa i Helena Ottawowa (fortepian). Poznaniacy, oglądając na plakatach ich konterfekty, myśleli, że są to dwie atletki i - jak pisała ówczesna prasa - "rozczarowania swego przeboleć nie mogli!".

Źródło:

Tygodnik Angora nr 5