„Martwe natury” były dla mnie bardzo dziwnym doświadczeniem. Ciężko mi jednak jednoznacznie stwierdzić, czy dziwnym w sposób pozytywny, ze względu na obrany przez reżyserkę tor opowiadania historii, czy może po prostu wybiły mnie na tyle z mojej typowej strefy komfortu i oczekiwań, że zafascynowały niestandardowym podejściem. Były tak inne od tego, czego spodziewałem się po przeczytaniu briefu na stronie teatru. Elsa Revcolevschi w swoim spektaklu w Narodowym Starym Teatrze stara się rozliczyć z kilkoma tematami: tymi bardziej osobistymi, związanymi z jej polsko-żydowskimi korzeniami, ale też (poprzez ten kontekst) z tematem pamięci: tego, co realnie jest jej nośnikiem i jaki mamy wpływ na to, jak zostaniemy zapamiętani.
W ”Martwych naturach” punktem wyjścia jest na poły historia łódzkiego Grand Hotelu i utworzenia w nim hipotetycznie fikcyjnego pokoju poświęconego ruchowi oporu w okresie II wojny światowej. Pokój ma być dedykowany Janie Kováčovej - kobiecie, która zostaje uznana za istotną osobę w działaniu konspiracyjnym i pomocowym w tym okresie. Była zwykłą pracownicą hotelową, jednak według świadectw poświęciła się w trakcie okupacji działaniu niemalże szpiegowskiemu. Jednocześnie na historię z okresu wojennego i pracę nad budową wspomnianego pokoju pamięci nakładają się współczesne wątki morderstwa w hotelowym pokoju. Pojawia się także Francuzka, która przyjechała do Polski w celu analizy i odkrycia swojej własnej przeszłości (to akurat wątek wyjątkowo krindżowy z powodu aż nazbyt oczywistego nawiązania do własnej osoby reżyserskiej, ale akceptuję ten dar i wybaczam; jednocześnie też proszę o przebaczenie).
Wszystkie te plany przeplatają się dzięki miejscu akcji - dzieją się w tym jednym pokoju hotelowym; co jednak ciekawe i wybijające z rytmu w tym spektaklu, to fakt, że reżyserkę tak naprawdę zupełnie nie obchodzą historie, które nam serwuje ze sceny. Świadomie rezygnuje z rozwijania wątków i doprowadzania ich do fabularnego finału, bo są one jedynie pretekstem do badania procesu zapisywania się pamięci po nas i naszych działaniach poprzez przedmioty, które po nas zostają oraz łatwości, z jaką fabrykowana może być historia. Jednak w tym przypadku zadałem sobie pytanie, mimo całej wciągającej otoczki budowanej przez inne pozafabularne elementy tego spektaklu - czemu ma mnie obchodzić co się w tym spektaklu dzieje, skoro samą twórczynię nie do końca to obchodzi? W takim odbiorze sam spektakl wpisuje się w skonstruowany przez siebie schemat, staje się nośnikiem pamięci jako obiekt złożony z pojedynczych, mniejszych elementów scenograficznej martwej natury. Może o to chodziło? Niemniej, pomimo całej malarskości budowanego obrazu były momenty, gdzie pytałem sam siebie: do czego to wszystko zmierza? I spoiler - w warstwie narracji sensu stricte nie zmierzało nigdzie.
W przestrzeni znaczeniowej „Martwe natury” są jednak o wiele ciekawsze niż fabularnie, zwłaszcza w kontekście fabrykowania historii i manipulowaniu nią. Fajnie wybrzmiewa to w części poświęconej budowaniu pokoju pamięci, gdy jedna z bohaterek daje mikro-wykład na temat konstruowania przestrzeni muzealnych, ale także w momencie, gdy stwierdza, że przedmioty na temat Kováčovej, które znajdą się na tej wystawie to będą te, które pasują do przyjętej narracji i zostaną uznane przez nią za wartościowe dla historii. Tutaj, zero szoku: to żyjący kształtują odbiór przeszłości, mimo że obiekty niosą własną opowieść samym swoim istnieniem. Jednak kolażowanie i zestawianie ich jest już w rękach żyjących ludzi, co naraża nas na ryzyko manipulacji i przeinaczenia.
Jednocześnie jest we mnie odrobina sprzeciwu i dyskomfortu na temat tego jak reżyserka łączy w spektaklu wątek Holocaustu i współczesny wątek kręcenia filmu porno w hotelowym pokoju. Czaję intencję, ale mam nieodparte wrażenie, że to odrobinę skok na szok factor, jak w przypadku Lego obozu koncentracyjnego Libery. Jednocześnie wydaje mi się, że najpewniej chodziło o zaprezentowanie tego, że jeden obiekt (lub przestrzeń) może zmieścić w sobie więcej niż jedną opowieść - bo w pokoju hotelowym zmieści się i historia wojenna jak i ślizgacz, niemniej, nie od końca przechodzi mi przez gardło to zestawienie. Tej martwej natury nie chcę raczej sobie montować przed oczami.
Finalnie otrzymujemy ze sceny historię o własnym życiu pamięci, o tym, jak jednostki pomijane historycznie mogą niespodziewanie dojść do głosu i nakreślić swoje własne narracje; pytanie oczywiście na ile te narracje będą zgodne z prawdą czasu i czym tak realnie może być prawda w kontekście świadków historii i naszego odbioru. Niemniej jednak, przez pretekstowość elementów fabularnych momentami spektakl staje się kontemplacją dla samej kontemplacji, co byłoby spoko, gdyby trwał 50 minut, a nie 2 godziny.
Mankamenty tej opowieści zgrabnie maskują pozostałe elementy „Martwych natur”: przestrzeń dźwiękowo-muzyczna Julka Płoskiego (lekko niepokojąca, melancholijna), która dopełnia się fantastycznie z miękkim i naturalnym światłem Stolarskiej, które miło gra na materiałowej scenografii Salome Vandendriessche. Plus: jestem urzeczony grą Bogumiły Bajor. W końcu miałem okazję zobaczyć ją w akcji i jestem kupiony - to, jak opowiadała ze sceny historię o pochylonym drzewie, które wywróciło się, bo za bardzo interesowało się swoimi korzeniami - bajka. Kupuję ją z całym dobrem inwentarza i czekam na więcej, bo jest to chyba moje aktorskie odkrycie kwartału.
W ogólnym rozrachunku jestem „Martwymi naturami” odrobinę rozerwany, bo nie da się uciec od wspomnianych mankamentów na poziomie opowiadania historii, chociaż może to moja wina, bo mam mózg przepalony od tiktoków; rekompensowane jest to jednak naprawdę udanym anturażem tej snutej medytacji teatralnej. Nie zostałem porwany jak Europa, ale też daleko mi do spania z niezadowolenia. Ciekawa pozycja repertuarowa w portfolio Starego, na pewno nie dla każdego, ale znajduję w tym spektaklu jakąś przyjemność z tego niespiesznego śledzenia wniosków Revcolevschi, choć nie wszystkie są chyba aż tak świeże i odkrywcze, jak jej się wydają.