Z Michałem Kmiecikiem laureatem najnowszej edycji Aurory – Nagrody Dramaturgicznej Miasta Bydgoszczy rozmawia Anita Nowak w „Scenach”.
Do tej pory nagrodę Aurory odbierali sami wschodnioeuropejscy dramaturdzy, twórcy spoza Polski. Czy przystępując do tego konkursu liczył pan na wygraną?
Niezwykle cenię AURORĘ, wydaje mi się, że z organizowanych w Polsce konkursów dramaturgicznych jest to konkurs z najciekawszą formułą, obok Stref Kontaktu organizowanych przez Wrocławski Teatr Współczesny, dzięki którym jako autorzy dramatyczni zadebiutowali Wit Szostak i Zenon Fajfer, a ostatnio Natalka Suszczyńska, jedna z laureatek ostatniej edycji, czy Aleksandra Zielińska. I tak jak Strefy Kontaktu, do tego roku organizowane w formule zamkniętej, zapraszały osoby piszące inne rodzaje literatury do zmierzenia się z dramatem, tak Aurora umiejscawiała polski dramat współczesny na tle dramaturgii innych krajów naszej części Europy, otwierając też polskie teatry na inne rodzaje myślenia, inne dykcje, inne tradycje. Zgłaszałem dotychczas swoje teksty na pierwszą i trzecią edycję Aurory, pierwszą wygrał Mikita Iłyńczyk, trzecią wygrał tegoroczny finalista Danilo Brakočević, których pisarstwo jest szalenie ciekawe, więc rzecz jasna miło mi było się znaleźć w tym gronie. Wiadomo, że zgłaszając się do konkursu, zawsze trochę się liczy na wygraną, natomiast wielkim świętem było dla mnie to, że "Paprykarz" zakwalifikował się do finału konkursu, werdykt Jury był dla mnie zaskoczeniem, choć rzecz jasna niezwykle miłym.
Bohaterami swego dramatu uczynił pan tytułowe puszki paprykarza szczecińskiego. Dlaczego właśnie one?
Temat wyszedł od Marcina Libera, to znaczy sam pomysł, żeby zrobić coś o paprykarzu szczecińskim. Mi natomiast się wydało ciekawe, żeby zrobić coś nie tyle o paprykarzu szczecińskich, co paprykarzach właśnie. To jest dość ciekawa, niejednorodna sprawa, niby z rodowodem, ale PRL-owsko-racjonalizatorskim, niby dalej jest, ale to już nie to samo, co kiedyś, z jednej strony produkt masowy, wytwarzany zresztą poza Szczecinem, z drugiej rzemieślnicza przystawka w drogich rybnych restauracjach. Więc już samo to, że paprykarz nie tylko jako potrawa, ale też jako pewien fakt społeczny, jest niejednorodny, wydawało się obiecujące. No a potem okazało się, że te małe aluminiowe puszeczki są dodatkowo dosyć pojemne i że można przy ich pomocy opowiedzieć takie rzeczy, jakie bez nich byłoby opowiedzieć trudniej.
Jak układała się pana współpraca z reżyserem Marcinem Liberem podczas realizacji „Paprykarza” i jak pan odebrał efekt końcowy tej pracy?
Nieustająco wzorcowo, pracujemy z Marcinem z drobnymi przerwami 13 lat i gdyby pracowało nam się źle, to byśmy ze sobą nie współpracowali. Mam poczucie, że udało nam się wypracować pewien wspólny język i otwartość na siebie nawzajem, i "Paprykarz" jest tego dobrym przykładem. Wielką radością była też dla mnie możliwość powrotu do Teatru Współczesnego w Szczecinie i kolejnego spotkania z tym wspaniałym zespołem, z którym zrealizowaliśmy przed laty "Króla Potworów". To jest jeden z najlepszych zespołów w Polsce, o niesamowitym warsztacie, wypracowywanym przez lata pod kierownictwem Anny Augustynowicz, i to, mimo upływu lat, wciąż czuć i to wciąż procentuje. Mam poczucie, że jako dramatopisarz pozwalam sobie na więcej, pisząc dla aktorek i aktorów Teatru Współczesnego w Szczecinie. Praca w grupie jest szalenie inspirująca.
W konwencji snu pisał już Franz Kafka, Bruno Schulz, absurdalnymi skojarzeniami bawił się Witkacy. Okres międzywojnia powraca w formie pana twórczości świadomie, czy to mimowolny wpływ fascynacji tamtą literaturą?
Zupełnie nie. Z wymienionych przez Panią autorów cenię wyłącznie Kafkę, natomiast nie powiedziałbym nigdy, że to autor, który pisał w konwencji snu, wręcz przeciwnie. Kafka widział rzeczywistość niezwykle trzeźwo i całościowo, elementy fantastyczne w jego twórczości są zupełnie innej proweniencji. Schulz nigdy mnie nie zajmował, a Witkacy wydaje mi się wielkim nieporozumieniem. Jeśli chodzi o literaturę tego okresu zajmowałem się kiedyś Brunonem Jasieńskim, ale to zupełnie nieoniryczny autor, podobnie jak Brecht, do którego wróciłem ostatnio po latach przerwy. Najbardziej międzywojenni z moich autorów, to Jorge Luis Borges, który prozę zaczął pisać w drugiej połowie lat trzydziestych i Robert Walser, który, choć pisał wtedy, to nie z myślą o publikacji. Mam poczucie jednak, że to autorzy trochę poza czasem. Kafka zresztą też nie poddaje się takiemu łatwemu datowaniu.
Na ile okoliczności porwania Paprykarza 11 i zapłodnienia jej puszką pasztetu podlaskiego jest aluzją do niepokalanego poczęcia a na ile stanowi aluzję do problemu związanego z sztucznym zapłodnieniem?
Żadna z powyższych, ale oczywiście zapraszam do swobodnych interpretacji.
Jest pan nie tylko dramatopisarzem , ale też dramaturgiem i reżyserem, z której z tych działalności artystycznych czerpie pan najwięcej satysfakcji?
Nie uważam się zupełnie za dramaturga, w swojej pracy nad scenariuszami adaptowanymi z prozy posługuję się stricte dramatopisarskimi narzędziami, natomiast to są w ogóle skrajnie różne rodzaje działalności, różne tryby pracy, różne odpowiedzialności. Poza wszystkim "satysfakcja" wydaje mi się w ogóle nieprzystającą do rzeczy kategorią. Satysfakcjonujące może być, jeżeli uda się znaleźć nowy język, nowy sposób opowieści, nowe ujęcie jakiegoś problemu, nowe sensy w wydawałoby się znanym utworze, i gdy uda się nawiązać jakiś rodzaj rozmowy z widownią. Satysfakcja może wynikać z dobrze wykonanej pracy, nie z pełnienia takiej czy innej funkcji w procesie produkcji.
Nad czym aktualnie pan pracuje?
Aktualnie przygotowuję adaptację powieści Alfreda Kubina "Po tamtej stronie", którą pod tytułem "Państwo Snu" będę reżyserował we Wrocławskim Teatrze Współczesnym i oraz piszę autorską sztuką o Arkadiusie, którą w Teatrze Jaracza w Łodzi wyreżyseruje Marcin Liber.
Dziękuję za rozmowę.