28.09.2020, 14:05 Wersja do druku

Luksus

Po poprzednim – katastroficznym – felietonie przyszedł czas na lżejszy ton. Wszak już w czerwcu można było wrócić na widownię wielu teatrów i poczuć się „jak dawniej”. Wybrałem się wtedy do Teatru Horzycy na Karierę Nikodema Dyzmy. Okazało się, że co prawda teatr to już nie luksus dla nielicznych, ale zapamiętana atmosfera w foyer to już, niestety, przeszłość.

Wypisywanie danych osobowych przy stoliczku u wejścia, podpisanie oświadczenia o covidowej niewinności, ale zarazem pełnej świadomości zagrożeń, potem doprowadzenie na miejsce na widownię, z której wymontowano co drugi rząd krzeseł, konieczne oświadczenie o rodzinnych związkach z osobą zasiadającą w bezpośredniej bliskości rękawa lewego, to wszystko robiło wrażenie performansu inspirowanego Kantorową szatnią – przemieniającą człowieka w rzecz albo i gorzej w numer telefonu (na wypadek…).

Spektakl na scenie był lekki, rozrywkowy, wartko odgrywany, z ambicją intelektualną zwrócenia uwagi na Dyzmów mnożących się w świecie pozateatralnym. Brylował Arkadiusz Walesiak w roli tytułowej, tańczyły ansamble warszawskie, grała orkiestra. Było przyjemnie.

fot. Wojciech Szabelski

Naprawdę przyjemnie zrobiło się jednak dopiero po wyjściu. W asyście i na komendę „rząd drugi i trzeci wychodzimy”. Uprzejmie i stanowczo. Na zewnątrz świeże powietrze, moment tuż po burzy, Toruń wyciszony, pusty. No i niespodzianka – koncert solisty z gitarą ulokowanego na daszku nad głównym wejściem do teatru. Koncert dla wybranych, same covery, Stingowe Every breath you take, Marka Jackowskiego Oprócz (błękitnego nieba). W czasie kiedy zamarły wszystkie bez wyjątku sceny koncertowe – pod dachem i plenerowe – Teatr Horzycy zafundował swoim widzom i przypadkowym przechodniom towar wyjątkowy.

Cała ta sytuacja dała mi asumpt do przemyśleń, czym jest luksus (wszak to jednak nie Sting wystąpił na daszku teatralnym) i co sprawia, że czujemy się w pewnej sytuacji „jakby luksusowo”. Pamięć, jeszcze wciąż żywa i pracująca nieustannie, kazała mi się cofnąć do roku 1989, „roku owego”, kiedy jako nastolatek wylądowałem na korytarzu wojewódzkiego szpitala (brakowało miejsc na oddziale wewnętrznym) i ustaliłem moją prywatną definicję luksusu w sferze gastronomicznej. To był czas obrad Okrągłego Stołu. Rodzice przywieźli mi telewizor (radziecki, o wdzięcznej nazwie „Junost’”, „Młodość”), a w tym telewizorze pół szpitalnej Polski oglądało na żywo ów Okrągły Stół. Po drugiej stronie oddziału druga Polska oglądała równie zachłannie brazylijski serial W kamiennym kręgu. I tak się te Polski już podzieliły na następne trzydzieści lat. Nic mi potem już tak nie smakowało w życiu – nawet przegrzebki z grilla w „Wilku Morskim” na klifie w Jarosławcu, ba, świeże ostrygi na La Boqueria w Barcelonie, jak ten chleb z masłem i jajko na miękko po – nazwijmy to tak eufemistycznie – dojściu do siebie. A wiosna była piękna tego roku.

Żeby nie było nieporozumień, pamięć uruchamia czasami dziwne konstelacje skojarzeń, nie chodzi mi tutaj o tanie kontrasty. We wszystkich sytuacjach, o których tu mówię, prawdziwym luksusem stawała się wolność jednostki – zagarnianej przez instytucje w ramach biowładzy czy też zarządzania zasobami ludzkimi. Wolność, o której w Polsce od stuleci dużo się mówi, ale praktykuje się na ogół tylko wolność własną – dobrze zdefiniowaną i strzeżoną. Kiedy już przechodzimy do zagadnienia wolności drugiego człowieka, my Polacy mamy tendencje do usprawiedliwiania jej ograniczeń, oczywiście dla dobra „bliźniego”. Tak jakbyśmy lepiej rozumieli i czuli, co dla niego/niej prawdziwa wolność oznacza. Wychodzą z tego potem rozpaczliwe szarpaniny i kryteria uliczne.

Już teraz we wrześniu poszedłem obejrzeć Hamleta w reżyserii Pawła Paszty na dziedzińcu Ratusza Staromiejskiego. Pod gołym niebem można było zasiąść – bezmaseczkowo i bezpodpisowo – na plastikowych krzesełkach rozrzuconych w czterech rogach dziedzińca. Wrześniowy chłód nie przeszkodził gotyckim ścianom odegrać siebie, czyli najbardziej naturalnej sceny szekspirowskiej w Toruniu. Niebo grało bez cienia chmurki, mury ratusza niekonsekwentnie wcielały się w Elsynor i Wawel (zgodnie z myślą Wyspiańskiego), zza murów dochodziły odgłosy bawiącego się ludu (w piątkowy wczesny wieczór). Dziewięćdziesiąt cztery lata wcześniej w tym miejscu Karol Benda ze Stanisławem Dąbrowskim wystawili letnią porą arcydzieło Szekspira. Dopiero co krajem wstrząsnął zamach majowy Piłsudskiego, a dyrektor Benda zdążył się pożegnać z marzeniami o wielkiej Operze Pomorskiej. Tak wtedy, jak i teraz Hamlet odsyłał Ofelię do klasztoru, a ona pogrążała się w szaleństwie. Źle się działo w państwie duńskim i każdemu widzowi wolno było snuć interpretacyjne paralele między życiem i sceną. W Hamlecie Pawła Paszty protagoniści – książę grany przez Tomasza Mycana i Klaudiusz Wojciecha Jaworskiego mają pełną świadomość, że biorą udział w realizacji dawno zapisanego scenariusza. Klaudiusz podchwytuje zaczepne słowa Hamleta, wchodzi mu w słowo. Wygląda na to, że godzą się na swoje role w Teatrze Świata. Poloniuszowi Łukasza Ignasińskiego nie mieści się to w głowie, przypomina w swojej ślepocie Rosencrantza i Guildensterna ze znanego dramatu Toma Stopparda. Takie życie to absurd, jak i taka śmierć.

Powstaje pytanie, czy granie ról dobrze znanych nie okazuje się sprzeczne z pojęciem wolnej woli. Czy książę duński wiedząc o swoim skazaniu na bycie mścicielem ojca, ma wolny wybór śmierci? Bo świadomie wybrał udział w dworskim spektaklu. Zanim rozpoczął się Hamlet Pawła Paszty, można było wejść na widownię i przysiąść na krześle obok toruńskiego Hamleta. A może aktora Mycana czy nawet reżysera całości? Z okna na pierwszym piętrze wyglądała Ofelia. A może Mirosława Sobik? Gawędzili sobie w rolach i poza rolami. Czekali. Może to był ich moment najwyższej wolności? Równie dobrze wszystko od początku zagarniał spektakl czyniony wzrokiem zachłannego widza.

Zdjęcie powstało jakieś siedem lat temu na terenie Poble Espanyol w Barcelonie, pod gołym niebem rozciągają się tam budowle reprezentujące najciekawsze architektonicznie regiony Hiszpanii. Dostosowałem do obrazu „naprawdę prawdziwej” Hiszpanii fejkową minę, która jednakże oddaje realny nastrój performera znużonego łażeniem po mieście w pełnym słońcu. Upał i Barcelona inspirowały performatywne skrzywienie twarzy, które w moich felietonach postaram się przemienić w performatyczne zainteresowanie teatrami i widowiskami nie zawsze dziejącymi się na scenie teatralnej.


Źródło:

Materiał własny

Autor:

Artur Duda

Wątki tematyczne