Rozmowa z Gabrielą Muskałą, aktorką, scenarzystką i reżyserką.
Na początku swojej kariery próbowała pani trzy razy dostać się do szkoły teatralnej. Jak wyglądał wtedy ten start? Czy rodzice panią wspierali?
W naszej rodzinie nie było tradycji aktorskich. Rodzice są już na emeryturze, ale wówczas byli czynnymi zawodowo lekarzami. Mieszkaliśmy na wsi, daleko od teatru, więc myśl, by występować na scenie, która spadła na mnie w wieku 12 lat, trochę ich przeraziła. Jednak będąc w liceum, zrobiłam swój pierwszy monodram w Kłodzkim Ośrodku Kultury, za który dostałam Grand Prix na Ogólnopolskich Spotkaniach Amatorskich Teatrów Jednego Aktora w Zgorzelcu. Tato, który wcześniej był największym oponentem mojego marzenia, zobaczył to przedstawienie i powiedział, że cokolwiek by się działo, od tej pory już będzie mnie wspierał. Dopiero za trzecim razem dostałam się do szkoły, ale bardzo szybko nadrobiłam te dwa lata. Nie uważam ich zresztą za stracone, bo jeszcze nie będąc aktorką zawodową, zarabiałam na siebie aktorstwem. Jeździłam po Polsce - najpierw z jednym monodramem, potem z drugim - który też zawojował wszystkie amatorskie konkursy - i grałam je w różnych ośrodkach kultury w większych i mniejszych miejscowościach, gdzie mnie zapraszano. Zarabiałam pieniądze, ale oczywiście wciąż walczyłam o to, żeby się dostać do szkoły.
Po tych dwóch latach była wreszcie słynna Filmówka.
Kiedy zostałam przyjęta do Łódzkiej Szkoły Filmowej, miałam 21 lat. Po dwóch latach studiów przeszłam na indywidualny tok nauczania, ponieważ wygrałam przesłuchania do roli tytułowej w „Ani z Zielonego Wzgórza" w Teatrze Powszechnym. To był musical. Dostałam od krytyków teatralnych nagrodę za najlepszy debiut na scenach łódzkich... potem kolejne role i angaż. Będąc studentką trzeciego roku, osiadłam już w teatrze. Tymi rolami na profesjonalnej scenie zaliczałam kolejne praktyczne przedmioty, kończąc szkołę w trybie indywidualnym. Grałam rolę za rolą i nie miałam żadnego poczucia straconych lat.
Dlaczego zdecydowała się pani na aktorstwo, skoro rodzice byli lekarzami?
Nie wiem, skąd mi się to wzięto. Najpierw chciałam być baletnicą, potem autorką filmów dokumentalnych o zwierzętach, ponieważ zawsze byłam ich miłośniczką i uwielbiałam je obserwować. Trzecia myśl, przy której już pozostałam, to było właśnie aktorstwo. I to marzenie pojawiło się nagle, znikąd. W pewnym momencie po prostu przyszło do mnie. I nawet nie było marzeniem, tylko jakąś irracjonalną wtedy pewnością - będę aktorką. I spokojnie sobie do tego dążyłam.
Co było dla pani największym wyzwaniem zawodowym?
Wyzwania zawodowe to coś, co mnie najbardziej kręci. Boję się rutyny i stagnacji, osadzenia w jednym rodzaju ról, które łatwo przychodzą. Boję się bycia w jakimś stereotypie zawodowym. Największym wyzwaniem jest dla mnie świadome prowadzenie mojej drogi zawodowej, dokonywanie wyborów. Czy chcę w danym projekcie zagrać, czy nie, czy da mi to coś zawodowo i osobiście. To jest trudne, nie uśpić czujności i naprawdę świadomie kierować swoją karierą. O aktorstwie mówi się, że jest zawodem zależnym - od producentów i reżyserów, że nasz aktorski los zależy od ich wyborów. Ja nigdy tak nie myślałam. Jestem przekonana, że najwięcej zależy od nas samych.
Jest pani nie tylko aktorką, lecz także scenarzystką i reżyserką. Jak doszło do pracy po drugiej stronie kamery?
Moim debiutem reżyserskim są „Błazny", to również mój drugi scenariusz. Pierwszym była „Fuga", film w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej, w którym zagrałam główną rolę. Pisanie, podobnie jak aktorstwo, polega na stwarzaniu postaci, relacji, budowaniu dramaturgii. U mnie to przyszło naturalnie, z potrzeby powoływania ról i historii od zera, a nie - jak w aktorstwie - na podstawie gotowych scenariuszy. Z reżyserią było trochę inaczej. Miałam szczęście, bo zarówno w teatrze, jak i w filmie do tej funkcji zostałam zaproszona. Dyrektorka Teatru Ludowego w Krakowie, Małgorzata Bogajewska, zobaczyła wyreżyserowany przeze mnie egzamin w Szkole Filmowej i zaprosiła mnie do swojego teatru. Z kolei Mariusz Grzegorzek, ówczesny rektor PWSFTViT, gdzie byłam wykładowczynią, zaproponował mi napisanie i wyreżyserowanie filmu dyplomowego ze studentami. Przyjęłam tę propozycję z otwartymi ramionami jako naturalną konsekwencję myśli o stanięciu po drugiej stronie teatralnej rampy i filmowej kamery, która kiełkowała mi w głowie i sercu już od jakiegoś czasu.
Są już pomysły na kolejne projekty?
Tak, nawet na kilka, ale to musi chwilę poczekać. Lubię płodozmian - po czterech latach pracy nad „Błaznami" zatęskniłam za aktorstwem, dlatego teraz z radością przyjmuję ciekawe role.
W jakiej z tych ról czuje się pani lepiej - jako aktorka, autorka scenariuszy czy reżyserka?
Trudno powiedzieć. Tak samo jak trudno odpowiedzieć na pytanie, czy wolę grać w teatrze, czy w filmie. Nie poświęciłabym aktorstwa dla pisania czy dla reżyserii, choć one powoli stają się moją miłością i pasją, podobnie jak aktorstwo. Staram się zachować balans w tym wszystkim i robić to, czego w danym momencie potrzebuję - grać, kiedy zatęsknię do grania, pisać, kiedy czuję potrzebę pisania albo kiedy zapragnę zrobić nowy film.
Czy bycie aktorką i scenarzystką zmienia pani spojrzenie na role?
Na pewno. Pisanie i reżyseria jeszcze bardziej uświadomiły mi na przykład to, że my, aktorzy, nie jesteśmy pępkiem świata filmu. Owszem, naszą twarz widać na ekranie, ale jakość jej istnienia zależy nie tylko od nas i naszego talentu, ale też od wielu innych elementów: scenariusza, reżysera, kostiumów, montażu, naszych partnerów na ekranie, udźwiękowienia, całej postprodukcji! Nasza obecność na planie w danym projekcie to kilka dni, dwa tygodnie, w przypadku głównej roli miesiąc lub kilka, jeśli to super-produkcja, podczas gdy cały film powstaje przez kilka lat. Aktorzy są tylko częścią, choć oczywiście ważną, tej układanki.
Jaką radę dałaby pani młodym aktorom, którzy dopiero wchodzą do zawodu?
Żeby dowiedzieli się, czy na pewno tego chcą. Czy są w stanie przejść przez wszystko, z czym ten zawód się wiąże - z otwieraniem się na trudne emocje, eksploatacją psychiki, co nie pozostaje bez śladu. Jeżeli są na to gotowi, to polecam, by ufali przede wszystkim sobie. I walczyli o swoje marzenia - bo one są po to, żeby je spełniać. Nie wolno się ich bać, sabotować. Warto ufać swojej intuicji, nie zamykać się na swój wewnętrzny głos. A najważniejsze, by młodzi ludzie wierzyli, że największy skarb noszą w sobie. Jeżeli będą próbować naśladować swoich idoli, stracą to, co było w nich samych oryginalne, niepowtarzalne, nie do podrobienia.