Logo
Recenzje

Lear za szybą

31.07.2026, 11:15 Wersja do druku

„Król Lear” Williama Shakespeare'a w reż. Silviu Purcărete z Teatru Narodowego im. Marina Sorescu w Krajowej (Rumunia) na 30. Festiwalu Szekspirowskim. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Albert Dobrin/mat. prasowe

Pozycja Silviu Purcăretego w europejskim teatrze jest bezdyskusyjna. To twórca, który przez dekady udowadniał, że potrafi wydobywać z klasyki rzeczy ukryte, budować światy o własnej logice i tworzyć obrazy, które zostają w pamięci długo po opuszczeniu widowni. Tym większe było oczekiwanie wobec jego powrotu do „Króla Leara” – dramatu, który niemal automatycznie uruchamia pytania o władzę, starość, samotność, rozpad więzi i granice ludzkiego cierpienia.

Po obejrzeniu spektaklu na Festiwalu Szekspirowskim pozostało jednak przede wszystkim poczucie niedosytu. Nie dlatego, że przedstawienie jest nieudane. Przeciwnie – jest to spektakl świadomy, precyzyjny, konsekwentnie zbudowany. Problem polega na tym, że zbyt często podziwiałem jego konstrukcję, zamiast przeżywać tragedię Leara.

Purcărete stworzył świat chłodny, niemal laboratoryjny. Wszystko wydaje się tutaj zaplanowane: ruch aktorów, rytm scen, znaczenie rekwizytów, sposób wykorzystania pustej przestrzeni. Ta kontrola jest jednocześnie największą siłą i największą słabością przedstawienia. „Król Lear” zaczyna się tam, gdzie zawodzą wszystkie mechanizmy kontroli – politycznej, rodzinnej i ludzkiej. To historia człowieka, który traci władzę nad światem, ponieważ wcześniej uwierzył, że świat całkowicie podporządkował swojej woli. Tymczasem inscenizacja Purcăretego pozostaje niemal przez cały czas pod absolutną kontrolą reżysera.

W rezultacie cierpienie bohaterów często zostaje zamienione w znak. Upadek Leara jest pięknie skomponowany, ale rzadko naprawdę mnie porusza. Szaleństwo zostaje precyzyjnie przedstawione, lecz odbieram je bardziej jako efekt inscenizacyjny niż doświadczenie, które wciąga emocjonalnie. Katastrofę oglądam z dystansu – jak dobrze wykonaną partyturę, której można podziwiać strukturę, ale której emocjonalna temperatura pozostaje zaskakująco niska.
Najbardziej znamienny jest sposób, w jaki spektakl traktuje obrazy sceniczne. Purcărete ma niezwykłą zdolność tworzenia metafor: tort dzielony przez Leara, pusta przestrzeń, stół, światło, przemiany ciała i kostiumu – wszystkie te elementy posiadają wyraźny potencjał znaczeniowy. Ale momentami odnosi się wrażenie, że przedstawienie bardziej ufa sile własnych symboli niż sile samego dramatu. Obraz zastępuje przeżycie.

fot. Albert Dobrin/mat. prasowe

Najlepiej widać to w scenach, które powinny być emocjonalnym centrum tragedii. „Król Lear” nie jest przecież przede wszystkim traktatem o mechanizmach władzy. Jest opowieścią o ojcu, który zniszczył relację z dzieckiem, o człowieku, który dopiero w całkowitym upokorzeniu odkrywa własną ślepotę. Tymczasem relacja Leara i Cordelii nie zawsze osiąga tutaj wymiar osobistej tragedii. Pozostaje częścią większej konstrukcji – efektownej, inteligentnej, ale chwilami zbyt oddalonej od ludzkiego bólu.

Claudiu Bleonț tworzy rolę konsekwentną i mocno zakorzenioną w fizyczności. Jego Lear ma energię człowieka przyzwyczajonego do dominacji, gwałtownego i przekonanego o własnej racji. Jednak ta interpretacja pozostawia niewiele przestrzeni na zaskoczenie. Lear od początku jest już figurą tyrana, człowieka przesadnego, niemal gotowego do upadku. Brakuje momentu, w którym widz mógłby zobaczyć w nim nie tylko władcę popełniającego błąd, lecz także człowieka, którego utrata wszystkiego naprawdę rozdziera.

Bardziej interesująco działa Sorin Leoveanu jako Gloucester. Jego postać ma w sobie więcej niejednoznaczności. Gloucester nie jest jedynie ofiarą intrygi – jest człowiekiem, który podobnie jak Lear nie potrafi rozpoznać prawdy, dopóki rzeczywistość nie zmusi go do bolesnej przemiany. W tej roli pojawia się coś, czego momentami brakuje całemu przedstawieniu: zwykła ludzka kruchość.

Największe pytanie budzi jednak sposób, w jaki Purcărete prowadzi niektóre rozwiązania formalne. Edgar George’a Alberta Costei jest przykładem kreacji niezwykle efektownej, ale także ryzykownej. Aktor świadomie buduje postać niemal odrealnioną, bardziej symboliczną niż psychologiczną. Problem polega na tym, że w pewnych momentach widz zaczyna obserwować pomysł na postać zamiast jej cierpienia. Edgar staje się obrazem, figurą, znakiem – ale traci część dramatycznej konkretności.

Podobnie jest z wieloma rozwiązaniami, które mają prowokować i niepokoić. Ich teatralna atrakcyjność jest niewątpliwa, lecz nie zawsze prowadzą one głębiej w stronę tragedii. Czasami zamiast zwiększać napięcie, odrywają uwagę od tego, co w „Królu Learze” najważniejsze: od rozpadu człowieka.

Największym paradoksem tego spektaklu jest więc to, że opowiada o świecie pozbawionym sensu, a sam pozostaje niezwykle uporządkowany. Mówi o chaosie, ale pokazuje go w ramach perfekcyjnej kompozycji. Przedstawia upadek człowieka, ale rzadko pozwala temu upadkowi naprawdę się wydarzyć przed oczami widza.
Nie sposób odmówić Purcăretemu niezwykłej kontroli nad teatralną materią. To teatr świadomy, wyrafinowany i pełen scenicznych odkryć. Jednak wielki „Król Lear” powinien pozostawić widza nie tylko z podziwem dla formy, lecz także z poczuciem, że był świadkiem czegoś bolesnego i nieodwracalnego. Tutaj częściej pozostaje wrażenie obcowania z doskonale wykonanym dziełem sztuki niż z tragedią, która dotyczy każdego człowieka.

Ten Lear nie upada naprawdę. Upada pięknie.

I być może właśnie dlatego nie potrafi całkowicie poruszyć.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także