„Hamlet. Książę Danii” Williama Shakespeare'a w reżyserii Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki z Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Wiesław Kowalski.
Są przedstawienia, wobec których po latach trudno pozostać wyłącznie widzem. Stają się świadectwem czasu, pracy zespołu i kolejnych spotkań z publicznością. Wczorajszy pokaz „Hamleta, Księcia Danii” Teatru im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy w Klubie B90 na terenie Stoczni Gdańskiej podczas 30. Festiwalu Szekspirowskiego miał właśnie taki charakter. Publiczność nie przyszła wyłącznie zobaczyć kolejnej interpretacji Szekspira. Przyszła pożegnać pewną epokę polskiego teatru.
Było w tym wydarzeniu poczucie teatralnego finału — nie tylko ostatniego pokazu, ale zakończenia pewnego sposobu myślenia o klasyce na polskiej scenie. Spektakl Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki, obecny w repertuarze od ćwierć wieku, po raz ostatni spotkał się z widzami. Świadomość tego faktu nie unosiła się jednak nad przedstawieniem jak muzealny kurz. Przeciwnie — „Hamlet” nadal działa jako teatr, a nie jako eksponat z historii. I to pozostaje jego największym zwycięstwem.
Przestrzeń B90, industrialna, surowa, przesiąknięta pamięcią dawnego miejsca pracy, okazała się dla tego przedstawienia wyjątkowo trafnym przystankiem. Legnicki spektakl od początku nie potrzebował klasycznego pudełka scenicznego. W tej przestrzeni szczególnie mocno ujawnia się najważniejsza intuicja twórców: oglądamy rzeczywistość, w której dawne hierarchie utraciły znaczenie, a bohaterowie próbują funkcjonować pośród ruin wartości, które miały ich chronić. W stoczniowej przestrzeni ta opowieść nabrała dodatkowego ciężaru — historia duńskiego dworu spotkała się z historią miejsca naznaczonego przemianą, upadkiem i próbą odrodzenia.
Najbardziej interesujące jest to, że po dwudziestu pięciu latach „Hamlet” nie jest wyłącznie świadectwem dawnej odwagi inscenizacyjnej. Nadal ma nerw. Nadal potrafi stworzyć atmosferę zagrożenia, chaosu i rozpadu. Muzyka wykonywana na żywo, fizyczność zespołu, rytm scen zbiorowych i brutalność obrazów sprawiają, że przedstawienie nie pozwala widzowi pozostać jedynie obserwatorem. Ono wciąga w swój świat.
Oczywiście po tylu latach nie sposób nie patrzeć na spektakl przez pryzmat jego historii. Pamięć o pierwszym Hamlecie Tomasza Kota jest częścią dziejów tego przedstawienia. Jego interpretacja na trwałe zapisała się w pamięci widzów, a późniejsze zmiany obsadowe musiały mierzyć się z cieniem tamtego wykonania. Dzisiejszy Hamlet Arkadiusza Jaskota nie ma w sobie tej samej młodzieńczej gwałtowności i wewnętrznego napięcia, które wielu widzów zapamiętało z wcześniejszych odsłon spektaklu. Brakuje mu może odrobiny tej niebezpiecznej energii człowieka, który jednocześnie cierpi i niszczy.
Ale byłoby niesprawiedliwe oceniać obecnego aktora wyłącznie przez porównanie z legendą. Po latach ten Hamlet działa inaczej. Jest bardziej człowiekiem zmęczonym niż wybuchem buntu. Mniej przypomina kogoś, kto dopiero odkrywa prawdę o świecie, a bardziej kogoś, kto żyje w rzeczywistości, gdzie prawda od dawna została skażona. To przesunięcie nie wzmacnia wszystkich aspektów spektaklu, ale pokazuje jego niezwykłą zdolność do przemiany wraz z wykonawcami.
Właśnie na tym polega fenomen legnickiego „Hamleta”. Teatr zazwyczaj traci swoją pierwotną energię, kiedy odchodzą aktorzy tworzący pierwszą obsadę. Tutaj stało się coś odwrotnego. Przedstawienie przechodziło z rąk do rąk, a mimo to zachowało swój charakter. Nie jest już dokładnie tym samym spektaklem, który oglądano na początku wieku, ale dzięki temu pozostało żywe.
Szczególnie mocno wybrzmiewają dziś role aktorów, którzy przez lata byli filarami tej konstrukcji. Paweł Wolak jako Poloniusz wnosi doświadczenie i świadomość człowieka, który przeszedł długą drogę razem z tym przedstawieniem. Jest w nim zarówno komizm, jak i smutek postaci próbującej odnaleźć się w świecie pozbawionym stabilności. Robert Gulaczyk jako Klaudiusz tworzy figurę władcy niepewnego własnej pozycji — bardziej człowieka uwikłanego w mechanizm władzy niż jednowymiarowego złoczyńcy.
Największą siłą spektaklu pozostaje jednak jego zespołowość. „Hamlet” Głomba nie opiera się wyłącznie na jednej wielkiej roli. To teatr budowany przez wielu wykonawców, gdzie każdy element scenicznej układanki wpływa na ostateczny kształt całości. Widać w nim ślad wielokrotnych powrotów na scenę, zmian obsadowych i artystycznego dojrzewania zespołu. Czuć, że nie był jedynie powtarzanym układem scen, lecz doświadczeniem współtworzonym przez kolejnych wykonawców.
Wczorajszy wieczór miał jeszcze jeden wymiar. Po przedstawieniu Jacek Głomb otrzymał Grand Yoricka, wyróżnienie będące symbolicznym podziękowaniem za jego wieloletnią obecność w świecie Festiwalu Szekspirowskiego. Był to moment wzruszający, ale nie sentymentalny. Najpełniejszym wyrazem uznania pozostawała jednak sama reakcja publiczności — ponad dwie godziny przedstawienia, podczas których scena i widownia tworzyły jedno teatralne zdarzenie.
Patrząc na finał tego „Hamleta”, trudno oprzeć się myśli, że przedstawienie paradoksalnie najlepiej mówi dziś nie o końcu, lecz o trwaniu. Jego bohaterowie żyją w świecie po katastrofie, ale sam spektakl przetrwał własne kryzysy: zmiany aktorów, zmieniającą się publiczność, teatralne mody i upływ czasu.
Nie jest już zapewne tym samym „Hamletem”, który zachwycał dwadzieścia pięć lat temu. Nie musi nim być. Największym sukcesem tego przedstawienia jest to, że po latach nadal potrafi nawiązać rozmowę z widzem. Bo właśnie zdolność do ponownego spotkania z publicznością, mimo upływu czasu, jest jednym z najważniejszych sprawdzianów teatralnej trwałości.