Logo
Magazyn

Kwestią aktualną jest konieczność „wyjarzmienia” się z technologicznego feudalizmu. Rozmowa z Renatą Bożek

30.07.2025, 11:58 Wersja do druku

Rozmowa Agnieszki Skolasińskiej z Renatą Bożek, autorką powieści „Wyjarzmiona” (Marginesy).

fot. mat. pras.

Agnieszka Skolasińska: W twojej powieści „Wyjarzmiona” (Marginesy 2025) najbardziej zastanowiła mnie złość, która – jak mi się wydaje – daje siłę do przejęcia opowieści o polskiej tożsamości. Akcja dzieje się przecież w romantyzmie, epoce, w której kształtowały się obowiązujące i dziś polskie mity narodowe.

Renata Bożek: „Wyjarzmiona” zaczyna się tuż po klęsce powstania listopadowego z tego powodu, że wielkie wrażenie zrobiły na mnie pamiętniki nauczyciela pochodzenia chłopskiego Kazimierza Deczyńskiego (Opis życia wieśniaka polskiego), napisane w 1838 roku. Na ich podstawie Leon Kruczkowski stworzył słynną, choć teraz czytaną mało lub zgoła wcale polemikę z romantyczną wizją wsi i chłopów, czyli „Kordiana i chama”. Ja pamiętniki Deczyńskiego przeczytałam dwa razy w 2018 roku. Za każdym razem z wściekłością i niezgodą na to, że upodlenie i wyzysk ubierały się (i wciąż ubierają) w bogoojczyźniane frazesy i pogardę dla tych, którym się nie powiodło „dobrze urodzić”.

AS: W „Wyjarzmionej” zastosowałaś narrację trzecioosobową, ale dużo w niej mowy pozornie zależnej i wewnętrznych monologów – czasem w tę trzecioosobową narrację wplecionych. Innymi słowy tak naprawdę rzeczywistość powieściową widzimy oczami głównej bohaterki Rozalki, którą poznajemy jako dziewięcioletnią chłopską córkę. Wiemy tyle, ile wie Rozalka. To jej rozumienie świata konstruuje opowieść. To jej złość rozbija oczywistość szlacheckich wartości, uznawanych za wartości narodowe. Kiedy przerażony powstaniec listopadowy topi się w bagnie, Rozalka, mimo próśb, nie ratuje go, bo panowie kojarzą jej się z zagrożeniem, z ciągłymi karami. Będzie o nim mówić i myśleć: Polok. Od razu więc stawiasz pytanie o to, gdzie w polskiej historii znajdują się chłopi, czyli większość polskiego społeczeństwa, czy oni także byli Polakami?

RB: Na wielu wsiach jeszcze przed drugą wojną ludzie myśleli lokalnymi kategoriami, nie mówili o sobie Polacy, ale „tutejsi”. Wąska grupa szlacheckiej inteligencji chciała zrobić z chłopów Polaków już od końca XVIII wieku, chociażby Tadeusz Kościuszko. Po powstaniu listopadowym postępowe Towarzystwo Demokratyczne Polskie czy lewicowe Gromady Ludu Polskiego pisały odezwy do szlachty o konieczności traktowania chłopów jak współrodaków, a nie chamów, czyli gorszego gatunku ludzi stworzonych przez Pana Boga (bo oczywiście Bóg był panem i stał na szczycie hierarchii) do niewolnictwa i harówki. Z marnym odzewem. Słyszałam o moim rówieśniku, potomku bogatej szlachty, który kilka lat temu na imprezie chwalił się, że przed wojną jego dziadek objeżdżał swoje pola na koniu i do chylących się przed nim w ukłonach chłopów mówił: „Dzień dobry, chamie”.

AS:  W Weselu czy Chłopach także jest o tym, że polską wieś trzeba narodowo uświadomić. Ale już w rozmaitych współczesnych chłopskich historiach Polski, czyli ważnym ostatnio nurcie polskiej humanistyki, coraz częściej pańszczyznę traktuje się jako rodzaj niewolnictwa. To podważa dotąd przyjmowany za oczywisty system wartości polskiej kultury i stojącą na jego szczycie walkę o ojczyznę. Dążenia właścicieli niewolników i niewolników nie są takie same.

RB: Jasne, z tym, że uważałabym na utożsamianie pańszczyzny z niewolnictwem. Są bardzo blisko, ale mimo wszystko wolę pańszczyznę niż czarne niewolnictwo w Ameryce. Ze względu na dwie istotne różnice. U nas chłopa pańszczyźnianego nie można było oficjalnie sprzedać na targu, choć w gromadzie już tak, wszak wsie aż do 1864 roku (kiedy pańszczyzna została zniesiona przez cara) kupowało się razem z ludźmi, zobowiązanymi do niepłatnej pracy na pańskim polu. Po drugie, kolor skóry. Sprytna chłopka mogła skutecznie udawać szlachciankę, kolor skóry, oczu i włosów miały przecież taki sam. Kolejną kwestią jest zwrot ludowy w polskiej humanistce – z tak głośnymi pozycjami jak  Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania Adama Leszczyńskiego (W.A.B. 2020), Chamstwo”  Kacpra Pobłockiego (Wydawnictwo Czarne 2022) czy niezwykle popularne Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak (Marginesy 2023). I co teraz, po kilku latach? Dochodzą do mnie głosy, że to już nudne, pisanie o wsi i awansie społecznym już się salonom opiniotwórczym przejadło. Jako moda warta odnotowania – tak, jak najbardziej. Jako siła zmieniająca nasze rozumienie Polski, Polaków i porządku społecznego – nie.

AS: Tymczasem, jak pokazuje motto „Wyjarzmionej”, chłopskie pochodzenie to dla ciebie miecz…

RB: Ten cytat z Mariana Pilota, o tym, żeby chłopskie pochodzenie traktować jako siłę, to rodzaj manifestu, wezwania do akceptacji tego, kim się jest, do akceptacji słusznego gniewu i wykorzystania energii tego gniewu w twórczy sposób.

AS: Wygląda na to, że ty to potrafisz. Napisałaś powieść o polskiej wsi pierwszej połowy XIX wieku, jesteś prezeską Związku Pisarzy ze Wsi, redaktorką internetowego magazynu literackiego „Pole”.

RB: W kontekście naszej rozmowy Związek Pisarzy ze Wsi i wydawane przez nas antologie opowiadań oraz „Pole” są o tyle ważne, że polska tradycja literacka to nie tylko Wesele czy Chłopi, ale również powojenna twórczość pisarzy wywodzących się ze wsi. Współcześnie chyba najbardziej rozpoznawalne w tym nurcie jest pisarstwo Wiesława Myśliwskiego. W „Polu” jednak nawiązujemy do awangardowej prozy, cały numer poświęcony był Marianowi Pilotowi, szczególnie ważnemu dla mnie, inny – Andrzejowi Łuczeńczykowi.

AS: Wiejskość „Pola” podważa stereotypowe wyobrażenia na temat tej prozy. Mam wrażenie, że wasze pismo hołduje niewypowiedzianemu wprost modernistycznemu przekonaniu, że sztuka to autonomiczna, elitarna przestrzeń, w obrębie której tracą znaczenie wszelkie zewnętrzne hierarchie. Tak ważne dziś kategorie rasy, klasy, płci, wieku, orientacji seksualnej schodzą na plan dalszy albo wręcz wydają się jedynie zabawnym uproszczeniem. A jednak w twojej powieści olbrzymie znaczenie ma fakt, że bohaterka jest dziewczynką z wiejskiej rodziny.

RB: „Pole” to przestrzeń stworzona przez trzy osoby: Adama Wiedemanna, Piotra Skalskiego i mnie, a „Wyjarzmiona” jest „urodzona” ze mnie, więc jasne, że liczą się w niej wątki feministyczne i emancypacyjne, zajmujące mnie od studiów doktoranckich. Od czasów mojej pierwszej powieści, wydanej dwadzieścia lat temu „Madame Sinobrodej” (2005), interesują mnie mechanizmy awansu społecznego i zmiany społecznego porządku. Impulsem do napisania  „Wyjarzmionej” były nie tylko pamiętniki Deczyńskiego i wkurzenie na mity narodowe, ale też proste pytanie: co by ze mną było, gdybym urodziła się w tamtych czasach? Bo zdolny chłopak z pańszczyźnianej rodziny mógł zostać księdzem jak Piotr Ściegienny, nauczycielem jak Kazimierz Deczyński czy lekarzem jak Antoni Bryk. Ale dziewczyna? Chłopskie córki stały na samym dole hierarchii społecznej, podobnie jak ich matki, niżej były tylko dziewki folwarczne, komornice (mieszkające u kogoś kątem, nie posiadające ani pola ani domu) i żebraczki. 

AS: Teraz przyszło mi do głowy, że to zderzenie dwóch perspektyw, przed awansem społecznym i po nim, widać nawet w języku twojej powieści. Duże partie stylizowane są na gwarę, ale przez nią przebija współczesna literacka polszczyzna. Tak jakbyś próbowała wniknąć w głowę swojej bohaterki i nie do końca byłoby to możliwe. A z drugiej strony, sama Rozalka uczy się literackiego polskiego. Miałam wrażenie, że ty starasz się wejść w jej język, a ona stara się od tego języka uciec. To trochę taka ciuciubabka. 

RB: O, jak ładnie to nazwałaś tę moją grę językową. Ciuciubabka wprowadza ruch, zabawę, czyli to, na czym mi od początku zależało. Ludwig Wittgenstein twierdził, że „granice mojego języka są granicami mojego świata”. Kiedy myślałam o konstrukcji i formie powieści, od razu wiedziałam, że rozwój i zmiany w życiu mojej bohaterki chcę też pokazać w języku, w jakim opisuje świat i siebie w nim. Założyłam, że swoją historię pisze dorosła już Rozalka. Wraca pamięcią do czasów dzieciństwa na wsi i młodości we dworze, „odpamiętuje sobie” język z tamtego okresu życia, ale, jak to z pamięcią bywa, nie jest to odtworzenie idealne. Jej aktualne doświadczenie „wtrąca się” do wspomnień, przez co powstaje język bardzo jednostkowy, osobny.

AS: Tracąc wiejski język Rozalka traci też dużą część swojego doświadczenia i kontakt z rodziną.

RB: Zawsze coś tracimy, życie jest nieustającą stratą. Coś tracimy, coś innego zyskujemy.

AS: Rozalka na pewno zyskuje na bezwzględności. O okrucieństwie panów wobec chłopów, ale także chłopów wobec siebie nawzajem pisał choćby Kacper Pobłocki w „Chamstwie”. W świecie twojej powieści panują także bardzo brutalne zasady i Rozalka się do nich umiejętnie dostosowuje.

RB: Wieś, dwór i miasto w  „Wyjarzmionej” to efekt mojej bardzo dokładnej pracy badawczej. Ja tam prawie nic sama nie wymyśliłam. Mówimy o świecie, z naszej współczesnej perspektywy, niezwykle okrutnym, to cud, że ludziom udało się w tamtych warunkach przetrwać. Zresztą nieustannie mnie dziwi, że świat ludzki istnieje mimo wojen, okrucieństwa, przemocy, których pełno i teraz. Wystarczyłoby się urodzić w niższych klasach w Kongo czy Bangladeszu, żeby mieć jeszcze mniej szans niż Rozalka.

AS: Ile osób zabiła?

RB: Ja uważam, że dwie, ale mogę być stronnicza.

AS: Pytam o to, bo w twojej powieści wyprawa Rozalki po złote runo białych rąk, eleganckich nowych sukienek i edukacji najeżona jest tyloma wyzwaniami, że pewnie w rzeczywistości nigdy nie mogłaby się udać. Przy okazji czytania „Wyjarzmionej” przypomniała mi się powieść „Biały tygrys” indyjskiego pisarza Aravinda Adingi.

RB: Starałam się zrekonstruować możliwie wiernie ścieżkę awansu społecznego zdolnej i sprytnej dziewczyny z dołów społecznych, więc uważam, że drogą Rozalki kroczyły dziewczyny takie jak ona, tylko o nich nikt wcześniej nie pisał. A  „Białego tygrysa” nie znam.

AS: Adinga dostał za niego Bookera. On, podobnie jak ty, pyta o możliwość awansu ludzi z najniższych warstw społecznych. Stawia brutalną diagnozę. Według niego wyjście z nędzy w Indiach wymaga gwałtownego złamania powszechnie uznawanych zasad. Jego bohater popełnia morderstwo i kradnie dużą sumę pieniędzy, to pozwala mu wyrwać się z niewolniczych zależności. Twoja Rozalka prowadzi czytelników w społeczne ciemne rewiry, tam gdzie rządzi przemoc, gdzie uprawia się nierząd i oszukuje. Jej oczami widzimy to, czego nie widzą ani romantycy, ani później pozytywiści. To już nie jest nędza odpychająca, nad którą wedle dziewiętnastowiecznego rozumienia społecznej odpowiedzialności trzeba się pochylić. To zło, które przenika i zmienia ludzi. Zło, którego nie sposób naprawić dobrem.

RB:  Ciekawe, że Adingi i moje rozumienie awansu społecznego z najniższej klasy jest niemal identyczne. To pokazuje uniwersalność mechanizmów zmiany systemu klasowego, a jeśli nie mechanizmów zmiany, to uniwersalność sposobów podmywania, kruszenia i osłabiania barier klasowych.

AS: To teraz przytoczmy cytat z Deczyńskiego: „Ruch świadomości rozpoczyna się od zjawisk negatywnych, od zrozumienia tego, czego brak danej grupie społecznej, tych sprzeczności i przeciwieństw, jakim ona podlega, ażeby dopiero następnie po długim okresie wzrostu psychicznego dojść do rezultatów pozytywnych, do sformułowania potrzeb i praw danej grupy”. Czy potrzeba uczenia się, refleksji byłaby taką potrzebą i Rozalki, i chłopskich dzieci, które ona reprezentuje?

RB: Rozalki i dzieci takich jak ona lub jej podobnych na pewno. To dziecko wnikliwie analizujące rzeczywistość, ciekawe świata, odważne do granicy ryzyka, a przy tym buntownicze. Ono nie przyjmuje pokornie normy społecznej, że „tak było, tak jest i tak będzie”, chce świat zmieniać. Ale to bynajmniej nie jest pochwała indywidualizmu i bohatera, choć trochę też jest. Pamiętajmy, że jednostka jest częścią większego obrazu, czy też większej narracji, a jej osobiste możliwości w znacznym stopniu definiuje kontekst społeczny, kulturowy i klasowy. Pierwsza połowa XIX wieku to czas fermentów społecznych, parcia ku zmianie, czego ukoronowaniem była Wiosna Ludów w 1848 roku, piękny i zapoznany obecnie epizod walk o sprawiedliwość społeczną. Co z tym się stało, wiadomo, znakomicie opisał to Emil Zola w „Początkach fortuny Rougonów” . Moja „Wyjarzmiona” kończy się w 1845 roku, więc nie wiem, gdzie Rozalka była i co robiła trzy lata później.

AS: Tak jak nie wiemy, co robił Kopciuszek pięć lat po ślubie z księciem. W pewnym momencie w powieści tę baśń przywołujesz. Przywołujesz przewrotnie, bo przecież w tradycyjnych historiach niespodziewanych sukcesów bohaterek i bohaterów startujących z najsłabszej pozycji, sekretną mocą tych postaci okazuje się dobre serce. I chociaż Rozalka ma naturalną wrażliwość, a w trakcie edukacji poznaje zasadę: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, jednak dostosowuje się nie do niej, a do zdecydowanie mniej szlachetnych reguł. Kłamie, kradnie, a nawet zabija. Żaden z niej skromny, naiwny Kopciuszek. Przypomina mi raczej małego Klausa z baśni Andersena "Mały Klaus i duży Klaus". To opowieść o dwóch sąsiadach z jednej wsi. Jeden jest bogaty i bezwzględny, drugi biedny, ale za to bardzo bystry. Mały Klaus sprytnie podpatruje cudze słabości lub podłości i wykorzystuje je na własną korzyść. A na koniec topi dużego Klausa. Baśń jest napisana tak, że my, czytelnicy, bezpardonowe okrucieństwo głównego bohatera traktujemy jako jego … czy ja wiem… konieczną zaradność.

RB: Czy to nie ponadczasowy, wręcz mityczny motyw: rozpoznanie słabości silniejszego wroga i wykorzystanie jej dla własnej korzyści? Dawidowi udało się to z Goliatem, małemu Klausowi z dużym Klausem, Pannie Młodej z "Kill Billa" z Billem, mojej Rozalce z paniczem, a nade wszystko z paskudnym systemem, jarzmem, w którym się znalazła.

AS: Wątki ponadczasowe i współczesne, czy zastanawiałaś się nad nimi przy pracy nad  powieścią?

RB: Tak i nie. Nie, bo głównie myślałam, co Rozalka ma robić, żeby przetrwać i się zemścić na wrogach. W pracy nad konstrukcją powieści założyłam, że książka skończy się w czasie Wiosny Ludów, a Rozalka dołączy do rewolucjonistów. Ale nie dociągnęłam do tego momentu, opowieść zakończyłam wcześniej, teraz powoli zabieram się do pisania kolejnej części. Tak, bo patrząc na to, co się dzieje w świecie, uważam, że kwestią wciąż aktualną, a wręcz palącą, jest konieczność „wyjarzmienia” się z podpartego technologią feudalizmu, który nadchodzi wielkimi krokami, a może i już nadszedł, tylko my jeszcze tego nie widzimy.

Renata Bożek Wyjarzmiona

Wydawnictwo Marginesy

Data premiery: 23 kwietnia 2025

Tytuł oryginalny

Kwestią aktualną jest konieczność „wyjarzmienia” się z technologicznego feudalizmu. Rozmowa z Renatą Bożek

Źródło:

https://lodzwkulturze.wordpress.com
Link do źródła

Autor:

Agnieszka Skolasińska

Data publikacji oryginału:

28.07.2025

Sprawdź także