Logo
Magazyn

Krytyka nie jest zdradą

5.08.2026, 16:01 Wersja do druku

Teatr nie potrzebuje zgodności poglądów, lecz uczciwego sporu. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast dyskutować z argumentami, podważa się prawo krytyka do ich formułowania – pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. Filmu Polskiego

Rozmowa Pawła Demirskiego opublikowana na łamach „Krytyki Politycznej” jest symptomem zjawiska, które obserwuję w polskim teatrze od wielu lat. Coraz częściej twórcy nie polemizują z argumentami krytyków, lecz kwestionują samo prawo do krytycznego osądu.

Demirski twierdzi, że istnieją recenzenci, o których z góry wiadomo, co napiszą jeszcze przed premierą. Nazywa ich „szkodnikami”. Trudno nie zauważyć, że jest to oskarżenie wygodne. Jeśli bowiem krytyk chwali – jest kompetentny. Jeśli krytykuje – okazuje się uprzedzony, histeryczny albo właśnie „szkodliwy”. W ten sposób rozmowa o dziele zostaje zastąpiona rozmową o intencjach recenzenta. Spór o przedstawienie zamienia się w spór o wiarygodność krytyka, a to najprostszy sposób unieważnienia niewygodnej opinii.

Zadziwia mnie szczególnie fakt, że mówi to artysta, który przez lata budował swoją pozycję na podważaniu zastanych hierarchii, na nieufności wobec instytucjonalnych autorytetów i na prawie do stawiania niewygodnych pytań. Krytyka teatralna jest przecież dokładnie tym samym mechanizmem. Nie ma obowiązku potwierdzania słuszności twórczych decyzji. Jej zadaniem jest ich sprawdzanie, kwestionowanie i interpretowanie. Krytyka nie jest przedłużeniem polityki repertuarowej teatru ani działem jego promocji.

Demirski przekonuje, że odpowiedź artysty na recenzję mogłaby uruchomić ciekawą debatę. Z tym trudno się nie zgodzić. Sam od lat uważam, że dialog między twórcami a krytykami jest potrzebny. Warunkiem takiego dialogu jest jednak wzajemny szacunek. Rozmowa zaczyna się tam, gdzie uznaje się prawo drugiej strony do odmiennego osądu. Nie tam, gdzie rozmówca zostaje nazwany „szkodnikiem”.

W wypowiedziach Demirskiego pobrzmiewa także charakterystyczne dla współczesnej kultury przekonanie, że krytyk powinien przychodzić do teatru „bez uprzedzeń”. Brzmi to pięknie, ale jest niemożliwe. Każdy krytyk przychodzi wyposażony w doświadczenie, wiedzę, pamięć wcześniejszych przedstawień i własną wrażliwość. Tak samo jak każdy twórca pisze i reżyseruje z określonej pozycji światopoglądowej. Obiektywizm w sztuce nie polega na braku poglądów. Polega na uczciwości argumentacji i gotowości poddania własnych sądów publicznej weryfikacji.

Niepokoi mnie jeszcze coś innego. W rozmowie Demirski zdaje się sugerować, że problemem jest przewidywalność krytyków. Tymczasem równie dobrze można mówić o przewidywalności artystów. Wielu twórców od lat powraca do tych samych tematów, stosuje podobne strategie estetyczne i wygłasza zbliżone diagnozy społeczne. Czy to oznacza, że ich kolejne spektakle są nieważne? Oczywiście nie. Tak samo nie oznacza to, że krytyk, który konsekwentnie ocenia pewne zjawiska według własnych kryteriów, staje się „szkodnikiem”.

Paradoks polega na tym, że Demirski domaga się większej przestrzeni dla sporu, a jednocześnie używa języka, który ten spór zamyka. Bo jeśli krytyk jest szkodnikiem, to nie jest już partnerem do rozmowy. Jest przeszkodą do usunięcia.

Polski teatr nie potrzebuje dziś mniej krytyki. Potrzebuje krytyki odważniejszej, bardziej kompetentnej i bardziej niezależnej. Takiej, która nie będzie ani tubą promocyjną instytucji, ani zakładnikiem środowiskowych sympatii. Potrzebuje krytyki, która nie będzie oglądała się ani na oczekiwania twórców, ani na interes instytucji. Bo od chwili, gdy recenzent zaczyna pisać z myślą o tym, żeby nikogo nie urazić, przestaje być krytykiem, a staje się uczestnikiem gry promocyjnej. Ale potrzebuje też twórców gotowych przyjąć do wiadomości, że recenzja nie jest formą zdrady ani ataku personalnego.

Sztuka istnieje dzięki sporowi. Teatr bez krytyki byłby jedynie systemem wzajemnych gratulacji. A dla sztuki nie ma chyba nic bardziej niebezpiecznego niż powszechna zgoda.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także