Czy udał się tegoroczny, osiemnasty z kolei Międzynarodowy Festiwal Teatralny Wertep? – Beata Kubiszyn-Puka pyta dyrektora artystycznego i pomysłodawcę festiwalu, Darka Skibińskiego.
– Odczuwam satysfakcję z dobrze wykonanej pracy – odpowiada. – Czuję się dziś zmęczony fizycznie, ale to przejdzie. Jestem natomiast tak ukontentowany z tych nowych ścieżek, które się otwierają przed nami po festiwalu, tak uradowany z ogromnej otwartości ludzi, że trudno mi to opisać!
Na ulicy w Hajnówce mieszkańcy zatrzymują mnie i dziękują za Wertep. I proszą, żebyśmy opiekowali się Hajnówką, opiekowali się nimi! To są dla mnie fantastyczne zaskoczenia poziomem akceptacji tego, co robimy tu artystycznie. A także ustanowieniem zobowiązania, bo okazuje się, że nasza praca ma szerszy wymiar niż tylko artystyczny. To również odpowiedzialność za jakąś część pomyślnego funkcjonowania tej lokalnej wspólnoty.
Miłe życzenia na „osiemnastkę”. Festiwal osiągnął dojrzały wiek. A jak z jego repertuarem? Jaki był dobór sztuk na te „dorosłe” urodziny?
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że sukces jest wtedy, gdy cały program tak uda się skonstruować, żeby było różnorodnie, a nie monochromatycznie. I tak właśnie było.
Różnorodnie… rozszyfrujmy to założenie: czy to znaczy, że dla różnych grup wiekowych, o różnym poziomie trudności?
Spektakle są skierowane do różnych grup. Widzimy, że średnio na przedstawieniach jest po około 400 osób. A na ostatnich, wieczornych, po 600. Ludzie przyjeżdżają do miejsc, w których gramy. Oglądają przedstawienia rotacyjnie, to znaczy, że jedni wybierają wszystkie po kolei, a inni tylko kilka, potem idą z rodziną na obiad i wracają na dwa ostatnie, czyli „wieczorem idą do teatru”.
Powiedziano nam wprost, że wszyscy widzowie czekają na finałowy spektakl dnia. Tak się ułożyły spektakle, że te wieczorne z uwagi na charakter, na klimat, na mocny dźwięk czy ostre światła są pełne szczególnej ekspresji. Ludzie są uprzedzani o tym i decydują, czy hałas im nie przeszkadza. Ku naszemu zdumieniu rzadko rezygnują. Na przykład tegoroczny finałowy spektakl całego festiwalu w Hajnówce, w wykonaniu Teatru Fuzja, miał ogromną ekspresję i wręcz koncertowe, rockowe brzmienie. Łomot był okrutny, dźwięk mocny, ale koncerty najwyraźniej przyzwyczajają odbiorców do tylu decybeli, bo u nas byli oczarowani! Przekraczaliśmy wspólnie próg codzienności, w której nie ma dostępu do takich brzmień, emocji, wrażeń, a teatr je ukazuje, na dodatek w bezpieczny sposób. Przeżywamy to wspólnotowo. I jest dobrze.
Wypracowaliśmy wspólnie z widzami pewien schemat festiwalowy: w dzień jest spokojnie, a wieczorem przekraczamy granice, których normalnie nie mielibyśmy odwagi dotknąć.
Co jeszcze jest istotne przy doborze spektakli oprócz ich różnorodności?
W istocie chodzi tylko o to, żeby spektakle miały wysoką jakość. Chodzi nam o zawodową uczciwość wykonawców, żeby ich przedstawienia były naprawdę dobrze przygotowane, zagrane i żeby miały charakter. Reszta, czyli tematy – nie są pierwszoplanowe. Choć tak się składało w ostatnich latach, że również artystycznie nie byliśmy obojętni na to, co dzieje się przy polsko-białoruskiej granicy. Zajmowaliśmy stanowisko wraz z wykonawcami przedstawień. I dawaliśmy ludziom taką moc, jaką może dać teatr, który przychodzi ze swoją opowieścią wówczas, gdy jest nam źle.
W tym roku jubileusz gonił jubileusz, bo oto przybył do Hajnówki z Wrocławia słynny Teatr Cinema, który zainaugurował nadchodzące obchody swego 35-lecia. Zagrano dwa kabaretowe przedstawienia, słynne „Kabarety Olbrzymów”, które przyciągnęły widzów z Polski i szerokiego świata.
Teatr Cinema i jego występy to były dla mnie podróżą sentymentalną. Przed laty wiele razem graliśmy…
Wspominam ten czas wspaniale. Całe moje życie związane jest z teatrem. Dla mnie praca teatralna jest też moim życiem. Nie oddzielam życia prywatnego od zawodowego. To, co robię, jest zarazem tym, czym żyję. Ja nie idę „do roboty”; ja działam zawodowo w tym, w czym zawsze chciałem działać.
Pracę postrzegamy jako zarabianie pieniędzy, by móc żyć. U mnie to, co robię, ściśle związane jest z tym, co zawsze, od młodości, chciałem robić zawodowo. Jestem bardzo zadowolony, że tak się ułożyło – moje twórcze i przyjazne życie. Bez wątpienia pomogły mi konsekwentne działanie, świadomość życiowych celów, no i miłość do teatru, która zrodziła się już w młodości.
Z Teatrem Cinema odtworzyliśmy dwa programy, zagrane w Hajnówce dzień po dniu. Chcieliśmy odtworzyć, od czego się zaczynało nasze zawodowe życie 35 lat temu.
A jak wam się grało po latach przerwy, tym razem w Hajnówce Centralnej – Stacji Kultury?
Świetnie, choć dawno nie graliśmy razem, szczególnie spektakli kabaretowych, które powstały niegdyś we Wrocławiu. Był tam Klub na Jatkach, który prowadził Krzysztof Zdybał. Zamarzyło mu się, żeby poza muzyką i wyszynkiem było coś jeszcze, bo był to wówczas klub wrocławskich środowisk twórczych. Szukał z nami długo kontaktu. W pewnej chwili poznaliśmy się, dość przypadkowo, przepraszam za dosłowność tego wspomnienia, ale… w toalecie z muzyką, która swym brzmieniem sprzyjała rozmowom melomanów. No i „połączyły się kropki”, jak mówią.
Od tamtego spotkania wyprodukowaliśmy w klubie Krzyśka cztery programy kabaretowe, grane prawie co weekend, przez 5 lat. Potem jeszcze jeden, kolejny program wyprodukowaliśmy w Grudziądzu, w ramach wygranego konkursu na rezydencje artystyczne. Krzysiek jest więc „ojcem chrzestnym” naszych działań i producentem kabaretów. Ukierunkował nas tak, że ta frywolna część artystycznych zagadnień, jaką jest forma kabaretowa, zupełnie nas uwiodła.
Mieliście znakomite recenzje, podbijaliście też stolicę…
Jeremi Przybora mówił o naszym Kabarecie Olbrzymów, że to „najlepszy kabaret, jaki widział w swoim życiu”. Premiery robiliśmy w Teatrze Małym w Warszawie. Systematycznie byliśmy tam zapraszani. Traktowaliśmy kabaret jako esencję aktorskiego kunsztu i warsztatu. Byliśmy „skończonymi rzemieślnikami teatralnymi”, czyli absolwentami teatralnych akademii i wiedzieliśmy, że dobry kabaret wymaga, żeby zaśpiewać i zatańczyć, i zagrać. To była dla nas odskocznia od powściągliwych ekspresji głównego nurtu Teatru Cinema. Pohasać, odreagować, zdjąć maskę powagi – po to był ten kabaret. Efekt był taki, że ludzie zdumiewali się, iż istnieje wyrafinowane literackie wykonanie… kabaretu. W tamtym okresie było oczywiste, że Teatr Cinema gra poważne spektakle, którymi zachwycali się intelektualiści, jakie są one perfekcyjne, jakie scalone. Sam Tadeusz Kantor wystawiał nam takie laurki. I przekonali się, o czym nie mieli pojęcia, że umiemy także zagrać znakomity kabaret.
Teraz sporo osób przyjechało do Hajnówki. Ujawniło się 25 osób, naszych fanów, znających nas w przeszłości. Byli nawet goście z Wiednia. Niesamowita historia, obserwują nas w mediach społecznościowych, no i przybyli…
A znajomość zaczęła się tak, że wiele lat temu byliśmy z kabaretem w Koninie. Mieliśmy grać w ogrodach. Ale twórca planowanej imprezy zmarł nagle, a mimo tych dramatycznych okoliczności kabaret się odbył. I teraz żona ówczesnego organizatora, dziś pani profesor psychologii w Wiedniu, skrzyknęła znajomych z Wiednia i z Polski i całą zgrają przybyli, żeby zobaczyć u nas Kabaret Olbrzymów.
Przyjechała popularna artystka współczesnego kabaretu, Ewa Błachnio, która koniecznie chciała zobaczyć, jak legendarny Teatr Cinema robił swój legendarny kabaret. Także udało nam się pokazać nie tylko dwa dawne występy, ale ukazać młodym twórcom naszą, inną niż obecnie popularna, twórczą ścieżkę prowadzącą do tego, jak pokazać dobry kabaret.
Gratulacje! A jak inni goście specjalni, włoscy artyści z Teatro Due Mondi, wystąpili na tegorocznym Wertepie?
Widzowie przyjęli ich entuzjastycznie. Przyznam, że mam ogromny sentyment i szacunek dla włoskiej komedii dell'arte. I tym razem przeżyłem oczarowanie. Włosi przyjechali na Wertep z „operą kulinarną”, która wszystko, co smakowite, radosne, ponętne i słodkie, pokazuje nam z całym wyrafinowaniem. Ja sobie cenię tę sztukę, a oni robią ją tak świetnie, jak tylko można sobie wymarzyć. Wybraliśmy na nasz festiwal ten włoski zespół, bo uważam, że ma ogromnie kunsztowne umiejętności! Poprzez ich występy pokazujemy widzom w Polsce, jak wygląda włoska komedia improwizowana. Spotkanie z nimi jest zawsze bardzo przyjemne!
W tym roku były także międzynarodowe warsztaty prowadzone przez włoskich artystów. I wspólny polsko-włoski spektakl. Jak się to odbyło?
Przy okazji występów podczas Wertepu włoscy artyści zorganizowali artystyczne warsztaty dla mieszkańców Hajnówki oraz uczestników staży artystycznych podczas międzynarodowego wolontariatu; wolontariusze działają w Hajnówce Centralnej – Stacji Kultury, a są zrekrutowani za pośrednictwem Europejskiego Korpusu Solidarności. Wynikiem tej współpracy był piękny spektakl. Widownia przyjęła go bardzo entuzjastycznie, a ja…
A ja mam niebywały szacunek i uznanie dla poziomu umiejętności włoskich artystów, dla ich empatii i sposobu nawiązywania kontaktu z ludźmi z innych środowisk i innych, w tym peryferyjnych zakątków świata, jak nasz.
Ich wrażliwość artystyczna jest wyjątkowa. Pokazują, że sztuka jest tym właśnie szczególnym narzędziem, które pozwala się światu skontaktować i porozumieć… Udowodnili swoją obecnością na kolejnym już naszym Wertepie, że ludzie o wysokiej kulturze zawodowej nie boją się kontaktu z małą przestrzenią sceniczną. Przeciwnie! W zachwycający sposób dzielą się swoimi umiejętnościami z innymi, także z tymi bez scenicznych doświadczeń. Uczą, że dobry twórca nie ma powodu do zadzierania nosa. Chcą pracować. Ciągle kultywują etos tej wspólnej pracy. Obserwowałem, jak od rana podejmowali rozgrzewkę wspólnie przed wieczornym spektaklem. Byli skupieni na tym, co zadzieje się na scenie.
Ich obecność miała walor edukacyjny dla wszystkich uczestników Wertepu: dała zastrzyk profesjonalizmu, powagi, pokazała, że ciężko pracuje się w tym zawodzie, żeby być najlepszym. Imponowała nam rzetelność w przygotowywaniu, w graniu. Żadnego gwiazdorstwa. Ciężka praca. To było fajne doświadczenie, które szczególnie przydaje się młodym zespołom, żeby móc popatrzeć, jak wiele pracy wymaga prawdziwe zawodowstwo.
Czy są różnice w podejściu do pracy włoskich i polskich artystów?
Trudno mi generalizować. Wspomnę więc tylko, że ta imponująca mi u Włochów postawa rzetelności zawodowej to też zdyscyplinowanie. Czyli np. nienarażanie innych na to, że wpadając na spektakl Wertepowy w ostatniej chwili, przeszkadza się innym, już grającym artystom, rozkładaniem swoich rekwizytów, próbami dźwięku. Włosi dają tu dobre lekcje rzetelności i uporządkowania. Cenię Teatro Due Mundi. Cenię ten rodzaj wysokiego etosu pracy artystycznej. Pokazuje on młodzieży teatralnej, że właśnie o to chodzi w naszej sztuce. Właśnie z tego biorą się rzeczy najlepsze. Ale trzeba się podporządkować tej dyscyplinie. Jest takie określenie „teatr okrucieństwa”. Chodzi przy tym nie o to, że ukazuje drastyczne sceny lecz o to, do jakiego stopnia człowiek realizujący wizję artystyczną, jest wobec samego siebie okrutnym. Bo trzeba takim być, żeby zrobić swoje, nie rozpraszać się, nie dotykać wszystkiego, co oddala nas od celu. Tylko skoncentrowanie się na swoich działaniach twórczych może dać oczekiwane efekty.
Teatr wymaga koncentracji i poświęceń. Ciekawe, że przybywa ludzi gotowych do teatralnego wtajemniczenia. Wertep nie byłby tak efektowny bez wolontariuszy. Widzimy ich w paradach lampionów, przy organizacyjnej pomocy na miejscach występów i w szybkich akcjach porządkowych, gdy np. nagle zrywa się burza!
Wolontariat od lat fantastycznie się sprawdza. Oni na Wertepie są od ośmiu lat. To młodzi ludzie, którzy marzą o artystycznych doświadczeniach. Tu je zdobywają. Tu mają pierwsze zetknięcia z teatralnością. Chcieliby mieć z nią kontakt; poddają się więc przykładnie oczekiwaniom organizatorów bezkompromisowo.
Poza Europejskim Korpusem Solidarności, wolontariat festiwalowy stanowi fantastyczna fala młodzieży z Hajnówki. Już kolejne pokolenie wolontariuszy jest z nami. Są zaangażowani w to, co robią. Są wręcz zachłyśnięci pracą przy wydarzeniach. Niektórzy tak ulegają magii teatralnej, że idą na studia artystyczne. Są już absolwenci białostockiej szkoły teatralnej, którzy wybrali w efekcie pracy wolontariackiej na Wertepie. Uprawiają zawód aktorski. Ktoś poszedł na zarządzanie organizacjami pozarządowymi, żeby stworzyć w przyszłości ngo. Rośnie grupa „wychowanków” Wertepu.
Miło słyszeć. Wychowujecie do kultury. Rozszerzacie kręgi wtajemniczonych. A w tym roku Wertep rozszerzył także swoją ofertę o dwa projekty.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wsparło dwie nasze inicjatywy: Teatr w ogródkach i w lesie. Duża sztuka dla małych ludzi oraz Głos(y) miejsca.
Ogródkowe występy mają rewelacyjny rezonans. Kolejne miejsca, właściciele ogródków, odzywają się do nas, a jest to wielki sukces projektu, że nagle liczba miejsc przyjmujących działania teatralno-muzyczne urosła do 16 lokalizacji! Graliśmy we wsiach, osadach i sadach. Wsłuchujemy się w głosy ludzi. Jeśli nas zapraszają, jeśli chcą teatru, to do nich ruszamy. Co do finansowania, to musimy stawać do konkursu na przyszły rok, żeby znów powtórzyć tę akcję i wzmocnić tę bliskość z naszymi widzami. Festiwal Wertep jest w lepszej sytuacji, bo ma zagwarantowane finansowanie z grantu Ministerstwa Kultury na najbliższe dwie edycje. A to pozwala na planowanie, zapraszanie zespołów i szykowanie ciekawego repertuaru.
Drugi tegoroczny projekt „przy” Wertepie to Głos(y)miejsca, w ramach ministerialnego programu Synergie. Zajmowaliśmy się kontekstem sytuacji migracyjnej, polskiej przy naszej wschodniej granicy oraz włoskiej.
Jestem zdumiony tym, że do projektu, do którego początkowo zgłosiło się dużo młodych z Hajnówki i naszych wolontariuszy z EKS, nagle pojawiły się osoby w wieku 80 plus. I nadawały ton w rozmowach! Mieszkańcy z Orzeszkowa, z Hajnówki, tak fantastycznie włączyli się do pracy. Projekt stał się integrujący. Ludzie chcą dalej współdziałać. Wszyscy wspólnie zagrali w spektaklu polsko-włoskim Work in progress. I mówią, że znaleźli miejsce dla siebie, dla własnej artystycznej aktywności.
Świetne efekty w polach i lasach Podlasia i Lubelszczyzny spotkały się z problemami całego świata i spotkali się ludzie, którzy twórczo do nich podchodzą. Brawo Wy! Dziękuję za rozmowę.