EN
18.03.2021, 10:45 Wersja do druku

Król dojrzewa we mnie z wiekiem

fot. Kinga Karpati & Daniel Zarewicz

Czym w pandemii zajmuje się śpiewak tak zapracowany wcześniej jak pan?

Korzysta z chwil spędzonych z rodziną, nadrabiając stracony wcześniej czas, odbudowuje kontakty towarzyskie, a zawodowo codziennie ćwiczy. W normalnym czasie, gdy odbywały się koncerty i spektakle, trzeba było się do nich przygotowywać, brać udział w próbach, więc glos był cały czas w formie. Teraz trzeba sobie samemu narzucić dyscyplinę, co czasami bywa trudne.

Śpiewak jest jak sportowiec, po długiej przerwie nie osiągnie od razu dobrego rezultatu?

Zdecydowanie tak. Gdy przez tydzień nie śpiewam, muszę mieć kolejny tydzień na to, by odzyskać głos, by mięśnie zaczęły pracować jak przedtem. Staram się teraz cały czas być w formie, ćwiczyć i ćwiczyć.

Podobno w ciągu pandemicznego roku stracił pan 70 przede wszystkim przedstawień zagranicznych.

Dokładnie 71. Zapowiadał mi się świetny sezon. Pod koniec lutego 2020 wystąpiłem w ostatnim zaplanowanym przedstawieniu „Czarodziejskiego fletu" w Teatro Real w Madrycie, potem miał być Teatr Bolszoj w Moskwie, w kwietniu „Tristan i Izolda" w Bari, we Włoszech, te przedstawienia zostały przeniesione na kwiecień 2021 r., ale już wiem, że się nie odbędą. W maju miałem być w OperaBastille w Paryżu, potem był kontrakt na 12 przedstawień na festiwalu Arena di Verona. Mam dalej wymieniać?

Czy to jest rodzaj efektu domina: jeden element wypada i wszystko po kolei zaczyna się sypać?

Do spektakli „Rigoletta" w Paryżu angażował mnie stary dyrektor Opery, więc liczyłem, że teraz poznam się z nowym. Przesunięcie na rok 2021 „Tristana i Izoldy" w Bari, o którym opowiadałem, spowodowało, że odmówiłem występów w tych samych datach z Placidem Domingiem w Teatrze Bolszoj, a teraz nie mam ani jednej, ani drugiej oferty. Na szczęście przyszły sezon został jakoś poukładany, choć wszystko jest nadal niepewne. Rozmawiamy, a w tym czasie miałem być w Amsterdamie na „Królu Edypie" Strawińskiego.

Ile czasu musi upłynąć po pandemii, by życie operowe zostało odbudowane? I czy będzie ono takie jak dawniej?

Myślę, że potrzeba będzie kilku sezonów, a najtrudniej będzie w najważniejszych teatrach planujących działalność na wiele lat do przodu. One będą starały się w jakiś sposób oddać śpiewakom utracone spektakle. „Król Edyp" w Amsterdamie został na przykład przełożony na 2024 r., w ten sposób część kolejnych sezonów zostanie zajęta na takie przeniesienia. A co z kolejnymi premierami? Nie wiadomo przecież, jakie będą perspektywy finansowe teatrów, a bez tego trudno cokolwiek planować. I jest jeszcze inne ważne pytanie -jaka będzie sytuacja artystów, którzy nie mieli podpisanych kontraktów przed pandemią? Im trudniej będzie zdobyć nowe angaże.

W Łodzi ma pan znowu szansę stanąć na scenie. Król Filip w operze Giuseppe Verdiego to obok Borysa Godunowa rola wizytówka dla basa.

Ogromnie lubię króla Filipa, najważniejszą basową postać w operze włoskiej, ale muszę przyznać, że dopiero gdy zaśpiewałem Borysa Godunowa, zrozumiałem, że to jest postać bardziej skomplikowana, trudniejsza i artystycznie wymagająca. Króla Filipa śpiewam już dość długo, debiutowałem w 2006 r. w Turynie, gdzie miałem przyjemność być zaangażowany do tej roli obok znakomitego Ferruccia Furlanetto, od którego wiele się nauczyłem. Potem był Izrael, Japonia, Teatr Bolszoj już pięciokrotnie czy Warszawa. Ta rola jest we mnie i ze mną dojrzewa, kiedy ja dojrzewam jako człowiek, ojciec i artysta. Z każdym rokiem coś więc do niej dokładam.

W „Don Carlosie" jest też druga niezwykła postać dla basa - Wielki Inkwizytor.

Jestem rzadkim przykładem śpiewaka, który najpierw wystąpił jako Filip, a potem dopiero Inkwizytor. Zwykle dzieje się odwrotnie, to bardziej naturalna droga kariery. Inkwizytor też towarzyszy mi od lat, byłem nim w La Scali, w Monachium, Berlinie czy Zurychu. To rola o tyle interesująca, że w jednej scenie trzeba przedstawić całą postać, niesłychanie złożoną - hierarchę kościelnego, a jednocześnie człowieka bezwzględnego i okrutnego, przed którym najpotężniejszy władca ówczesnego świata musi ulec. Duet tych dwóch basów jest ewenementem w historii opery.

Nie sądzi pan, że w ogóle w „Don Carlosie" bardzo ważne jest wzajemne partnerowanie solistów?

Zawsze jest tak, a często nie dostrzega się z widowni, że dobry partner nas unosi. Nawet jeśli jesteśmy w nie najlepszej dyspozycji, ktoś, kto obok nas śpiewa z sensem, dobrze emisyjnie, niesłychanie pomaga. Partner, który dobrze zna rolę, podaje właściwą intonację i rozumie nasze intencje zarówno dramatycznie, jak i muzycznie, razem z nami buduje napięcie.

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Król dojrzewa we mnie z wiekiem

Źródło:

„Rzeczpospolita” nr 64

Autor:

Jacek Marczyński

Data publikacji oryginału:

18.03.2021