Logo
Recenzje

Kraina, z której trudno wyjść

27.07.2026, 15:39 Wersja do druku

„Szklana menażeria” Tennessee Williamsa w reż. Stanisława Chludzińskiego na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Bartek Warzecha/mat. teatru

Wczoraj obejrzałem „Szklaną menażerię” na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Choć premiera spektaklu Stanisława Chludzińskiego odbyła się w 2024 roku, przedstawienie nadal pozostaje w repertuarze i wciąż przyciąga widzów. W przypadku Teatru Wybrzeże nie jest to zresztą nic wyjątkowego – najlepsze realizacje potrafią żyć długo, zmieniając się wraz z kolejnymi spotkaniami z publicznością.

Od premiery spektakl doczekał się wielu omówień i interpretacji. Pisano przede wszystkim o współczesnym spojrzeniu na dramat Tennessee Williamsa, o Tamagotchi zastępującym tradycyjną szklaną menażerię oraz o przeniesieniu historii Wingfieldów w doświadczenie pokolenia dorastającego na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Wszystkie te tropy są obecne w przedstawieniu, ale jego największa siła wydaje mi się ukryta gdzie indziej. Nie w samym zabiegu uwspółcześnienia, lecz w niezwykłej empatii, z jaką twórcy przyglądają się swoim bohaterom.

Klasyka teatralna często wraca na scenę po to, by udowodnić swoją aktualność. Bywa jednak, że takie powroty stają się przede wszystkim popisem interpretacyjnej pomysłowości – próbą dopisywania kolejnych znaczeń do tekstu, który sam w sobie pozostaje niewysłuchany. „Szklana menażeria” Stanisława Chludzińskiego wybiera inną drogę. Nie próbuje ani na siłę unowocześniać Williamsa, ani zamykać go w muzealnej formie. To spektakl, który przede wszystkim słucha ludzi. I właśnie dlatego, mimo upływu ponad dwóch lat od premiery, nadal pozostaje żywy.

Od pierwszych minut uderza niezwykła spójność wszystkich elementów przedstawienia. Nie jest ono zbudowane na jednym efektownym pomyśle inscenizacyjnym. Jego siła wynika z precyzyjnego współdziałania aktorstwa, przestrzeni, muzyki i światła. Rzadko zdarza się dziś spektakl, w którym żaden element nie próbuje wysunąć się na pierwszy plan kosztem pozostałych. Wszystko podporządkowane jest jednemu celowi – stworzeniu świata ludzi żyjących obok siebie, a jednocześnie boleśnie od siebie oddalonych.

Największe wrażenie robi konsekwencja, z jaką twórcy budują przestrzeń pamięci. Nie oglądamy ani realistycznego mieszkania rodziny Wingfieldów, ani abstrakcyjnej scenicznej instalacji. Scenografia Kaliny Gałeckiej przypomina raczej miejsce utkane z fragmentów dawnych doświadczeń – pokój, który istnieje bardziej w psychice bohaterów niż w konkretnej rzeczywistości.

Pokój Laury z kineskopowymi monitorami, plakatami, światłem ekranów i zawieszonymi Tamagotchi nie jest wyłącznie efektownym przeniesieniem akcji w bliższe współczesności realia. Staje się obrazem wewnętrznego świata bohaterki. To przestrzeń, która daje schronienie, ale jednocześnie coraz mocniej ogranicza możliwość wyjścia poza własne lęki.

Tamagotchi nie działa tu jako dekoracyjny znak epoki ani nostalgiczny gadżet dla widzów pamiętających początek XXI wieku. W przedstawieniu Chludzińskiego nabiera bardziej uniwersalnego znaczenia. Staje się symbolem kruchej więzi z czymś, co wymaga ciągłej troski – małym, zamkniętym światem, za który trzeba nieustannie brać odpowiedzialność, choć sam w sobie nie daje prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem.

Właśnie dlatego współczesne elementy scenografii nie sprawiają wrażenia doklejonych do klasycznego tekstu. Wynikają z psychologicznego odczytania dramatu. Nie chodzi bowiem o opowieść o technologii ani o konkretnej generacji, lecz o mechanizm izolacji, który zmienia jedynie swoje zewnętrzne formy.

Ta inscenizacja robi jednak największe wrażenie dzięki aktorom. Dawno nie oglądałem przedstawienia, w którym cała czwórka głównych bohaterów tworzyłaby tak wyrównany i precyzyjnie współpracujący kwartet. Nie ma tu ról ważniejszych i mniej ważnych. Każda postać otrzymuje własną przestrzeń, własny rytm i własny sposób obecności na scenie, a dopiero ich spotkanie pozwala zobaczyć pełny obraz rodzinnego uwikłania.

Anna Kociarz bardzo świadomie unika uproszczenia Amandy jako wyłącznie dominującej, trudnej matki. Jej bohaterka potrafi ranić, kontrolować i przekraczać granice swoich dzieci, ale pod powierzchnią tych zachowań pulsuje przede wszystkim lęk kobiety, która od lat próbuje ocalić świat rozpadający się wokół niej. Aktorka nie usprawiedliwia Amandy, lecz wydobywa jej samotność. Dzięki temu postać nie staje się jedynie źródłem rodzinnego konfliktu. Jest człowiekiem zamkniętym we własnych lękach, wspomnieniach i tęsknocie za tym, co bezpowrotnie minęło.

Paweł Pogorzałek prowadzi Toma z dużą powściągliwością. Nie buduje go jako prostego buntownika pragnącego ucieczki z dusznego domu. Bardziej interesuje go człowiek, który już nosi w sobie ciężar decyzji, choć jeszcze nie zna wszystkich jej konsekwencji. To szczególnie ważne w spektaklu, który od początku przypomina, że oglądamy rzeczywistość przepuszczoną przez filtr pamięci.

Pogorzałek znakomicie utrzymuje tę podwójną perspektywę. Tom jest jednocześnie uczestnikiem wydarzeń i kimś, kto patrzy na nie z późniejszej perspektywy. W jego grze jest obecna świadomość straty – poczucie, że nawet ucieczka, której tak bardzo pragnął, nie oznacza całkowitego uwolnienia.

fot. Bartek Warzecha/mat. teatru

Piotr Chys wnosi do przedstawienia energię potrzebną, aby na chwilę rozbić zamknięty rytm domu Wingfieldów. Jego Jim nie jest klasycznym wybawcą ani figurą romantycznej nadziei. To zwyczajny człowiek, który pojawia się na moment i nieświadomie uruchamia w Laurze możliwość spojrzenia na siebie inaczej. Właśnie ta zwyczajność okazuje się największą wartością tej postaci. Jim nie przynosi rozwiązania problemów bohaterów. Nie odmienia ich życia w sposób teatralnie efektowny. Jego obecność pokazuje jedynie, że czasem pojedyncze spotkanie może otworzyć przestrzeń, której wcześniej nikt nie potrafił dostrzec.

Najdłużej pozostaje jednak w pamięci Laura Karoliny Kowalskiej. Nie dlatego, że jest najbardziej widowiskową bohaterką przedstawienia. Wręcz przeciwnie – siła tej kreacji tkwi w dyskrecji. Aktorka buduje postać dwudziestopięcioletniej dziewczyny z drobnych gestów, zawahań, spojrzeń i chwil milczenia.

Jej Laura nie jest postacią zamkniętą w jednym określeniu ani sprowadzoną do roli rodzinnej ofiary. Kowalska pokazuje młodą kobietę, która funkcjonuje w świecie własnych ograniczeń, ale jednocześnie nie traci potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Nie gra symbolu samotności. Gra osobę, która mimo lęku wciąż próbuje znaleźć drogę do drugiego człowieka. Najpiękniej widać to w scenach z Jimem. Nie ma tam nagłego przełomu ani łatwej przemiany. Jest raczej powolne odzyskiwanie odwagi – chwila po chwili, gest po geście. Dzięki temu finał uderza mocniej, bo widz nie ogląda już tylko porażki bohaterki. Widzi możliwość, która na moment się pojawiła i równie szybko została utracona.

To właśnie w tej delikatności interpretacji tkwi największa siła roli Karoliny Kowalskiej. Laura nie zostaje przedstawiona jako ktoś skazany na wieczne pozostanie w swoim zamkniętym świecie. Przeciwnie – spektakl pokazuje, że nawet najbardziej wycofany człowiek zachowuje zdolność do zmiany, jeśli choć na chwilę zostanie naprawdę zauważony.

Ogromne znaczenie ma również warstwa muzyczna przedstawienia. Nie pełni ona funkcji prostego komentarza emocji. Nie podkreśla tego, co widz już rozumie. Raczej współtworzy napięcie, rytm i atmosferę scen. W momentach przyspieszenia oraz w chwilach niemal całkowitego wyciszenia muzyka pomaga organizować emocjonalny przebieg spektaklu.

Podobną rolę odgrywa światło. Razem z dźwiękiem buduje ono przestrzeń, w której wspomnienie miesza się z teraźniejszością. Dzięki temu przedstawienie nie sprawia wrażenia zamkniętej opowieści o przeszłości. Pozostaje doświadczeniem obecnym tu i teraz.
Najtrafniej można opisać tę inscenizację słowem „oddech”. Dramat Williamsa często odczytywany jest jako opowieść o niemożności ucieczki, o ludziach zamkniętych w rolach, które sami sobie narzucili. Chludziński zachowuje tę duszną atmosferę, ale jednocześnie pozostawia bohaterom niewielką przestrzeń wolności.

Nie chodzi o łatwe pocieszenie ani o obietnicę szczęśliwego zakończenia. Chodzi raczej o możliwość zobaczenia siebie poza schematem, który przez lata wydawał się jedyną dostępną rzeczywistością.

W tym sensie spektakl nie jest wyłącznie historią rodziny Wingfieldów. Jest opowieścią o ludziach, którzy próbują odzyskać własną podmiotowość po latach życia według cudzych oczekiwań. Być może właśnie dlatego przedstawienie nie traci swojej siły mimo upływu czasu. Nie jest opowieścią wyłącznie o określonej epoce, pokoleniu czy obyczajowym kontekście. Jego źródłem pozostaje doświadczenie znacznie bardziej uniwersalne – samotność i pragnienie bliskości, które tylko zmieniają swoje zewnętrzne formy.

Tamagotchi zastępuje dawne szklane figurki, ekrany komputerów pojawiają się w miejscu wcześniejszych symboli marzeń i ucieczki, ale podstawowy mechanizm pozostaje podobny. Człowiek tworzy wokół siebie bezpieczne przestrzenie, ponieważ świat zewnętrzny wydaje się zbyt trudny do zniesienia. Problem pojawia się wtedy, gdy schronienie zaczyna przypominać więzienie.

Właśnie w tym miejscu współczesność spektaklu Chludzińskiego ujawnia się najmocniej. Nie dlatego, że przedstawienie aktualizuje klasyczny tekst poprzez dodanie rozpoznawalnych znaków naszej epoki. Jego aktualność wynika z czegoś głębszego – z uważności wobec ludzi, którzy próbują odnaleźć się w rzeczywistości pełnej lęku, presji i niespełnionych oczekiwań.

Reżyser nie buduje spektaklu wokół potrzeby zadziwienia widza formalnym pomysłem. Siła przedstawienia wynika raczej z powrotu do podstawowej funkcji teatru: opowiadania historii i tworzenia przestrzeni spotkania między sceną a publicznością.

W czasach, gdy klasykę często próbuje się za wszelką cenę przewartościować, odwrócić lub poddać gwałtownym reinterpretacjom, taka droga wymaga odwagi. Chludziński pokazuje, że nie zawsze trzeba walczyć z tekstem, aby wydobyć z niego współczesne znaczenia. Czasem wystarczy przyjrzeć się bohaterom wystarczająco uważnie.

„Szklana menażeria” w Teatrze Wybrzeże pozostaje w pamięci nie dlatego, że proponuje najbardziej radykalne odczytanie Williamsa. Jej siła nie wynika z efektowności. Wynika z cierpliwości, z jaką przedstawienie pozwala bohaterom istnieć – z ich wadami, lękami, pragnieniami i słabościami. To spektakl, który nie próbuje olśnić za wszelką cenę. Zostaje w pamięci dlatego, że przywraca wagę prostemu teatralnemu gestowi: spojrzeniu na drugiego człowieka bez pośpiechu i bez gotowych ocen.

I właśnie w tej uważności kryje się jego największa wartość. Wobec tekstu Tennessee Williamsa, wobec aktorów, wobec widza – ale przede wszystkim wobec ludzkiej potrzeby, by choć na chwilę zostać naprawdę dostrzeżonym.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także