„Szeherezada” w reż. Roberta Bondary i „Głód” w chor. Wiktora Perdka w Operze Śląskiej w Bytomiu. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Lokalne ośrodki artystyczne – zarówno w naszym kraju jak i zagranicą – kierują się swoimi prawami i nieco odmiennymi funkcjami, niż instytucje w metropoliach. Posiadają one niebagatelny urok regionalnego centrum kultury, które nie są tylko siedzibą prezentacji zjawisk artystycznych, ale faktycznym miejscem spotkań i kształtowania społeczności. Bardzo lubię odwiedzać Śląsk, gdzie pozostała niezwykła szlachetność szacunku dla sztuki przez publiczność, a wizyta w przybytku kultury jest świętem, celebrą, czymś wyjątkowym.
Niebagatelne miejsce na mapie tegoż województwa zajmuje Opera Śląska w Bytomiu, którą sprawnie dowodzi Łukasz Goik. Związany z miejscem od dwudziestu dwóch lat, a początki jego kariery, drogi do dyrektorskiego fotela zaczynały się od obsługi widza. Kolejne szczeble wewnętrznego awansu zaprowadziły go do pierwszej funkcji sceny. Od lat prowadzi ją w sposób interesujący przybliżając repertuar znany i odkrywany, tym samym równoważąc ofertę dla różnych odbiorców. Ku mojej radości, w każdym sezonie znajduje się miejsce dla nowego spektaklu sztuki tańca, co w naszym kraju nie jest aż taką oczywistością. To nie tylko repertuar, ale także cała działalność okołoteatralna – spotkania, salon poezji oraz próby przyciągnięcia nowej publiczności poprzez akcję trzydzieści za trzydzieści. Obserwując odwiedzających to miejsce, to należy stwierdzić, że istnieje lokalna dobra moda uczestnictwa w tutejszych wydarzeniach, a kolejne premiery przyjmowane są z entuzjazmem i zainteresowaniem. Lokalny biznes, politycy widzą sens obecności, bo „warto się pokazać” w Bytomiu i choć może nie przekłada się to na wpływy do budżetu instytucji, ale buduje rozpoznawalność miejsca. Co ważne Opera Śląska to jedyna krajowa instytucja muzyczna zajmująca się sceniczną prezentacją sztuki wokalnej i baletowej, która nie jest zlokalizowana w stolicy województwa. To tym bardziej warte podkreślenia, że nie jest zmarginalizowana w swoim regionie, ale odgrywa istotną rolę konsolidacji całego, szerokiego środowiska kultury.
Sezon 2026/27, w sferze baletu w Polsce, można uważać za otwarty. Jak nigdy wcześniej dokonało się to dość spektakularnie – w Warszawie Polski Balet Narodowy pod wodzą Krzysztofa Pastora przygotował międzynarodową galę baletową z transmisją telewizyjną, a właśnie bytomski przybytek zaprosił na wieczór baletowy z jednym premierowym tytułem spośród dwóch prezentowanych prac. I właśnie tak winny wyglądać kolejne inauguracje, gdzie sztuka tańca wydaje się doceniona i zauważona, a nie zepchnięta na margines przytłoczona operową dominacją. Na Śląsku owe spotkanie z baletem miało wymiar dość interesujący i na swój sposób nieoczywisty. To w jednym wieczorze spotkanie dwóch choreografów: faktycznego debiutanta w dużej formie i artysty już świetnie znanego, o własnej, wyrazistej artystycznej kresce i języku wypowiedzi scenicznej. To także forma dialogu pierwowzorów literackich: norweskiej książki i baśni zaczerpniętej ze zbioru Tysiąca i jednej nocy. To także dwie prezentacje sztuki bez słów, w których twórcy dokonują wiwisekcji uczuć, dążeń i pragnień jednostki. Porównanie mierzenia się z materią sceniczną, gdzie jeden z twórców stara się być wierny realiom historycznym, a drugi uwspółcześnia narrację na rzecz aktualności i komunikatywności z odbiorcą. Owe podobieństwa oraz różnice owego spotkania z baletem można mnożyć, jednak konkluzja wydaje się dość jaskrawa – dojrzałość i doświadczenie wygrało z młodością i aspiracjami twórczymi. Ale hołd należy się dyrekcji sceny, że dała szansę dużego projektu młodemu artyście, dla którego owe doświadczenie winno stać się drogowskazem dla własnej twórczości. Bowiem w jego pracy widać wiele mankamentów, to także nie można zapominać o pozytywach owej próby scenicznej prezentacji.
Wiktor Perdek, tancerz, absolwent bytomskiej szkoły z roku 2023 i związany od trzech lat z zespołem baletowym Opery Śląskiej, młody i ambitny artysta, otrzymał kartę skonstruowania widowiska baletowego. Wybrał – w moim odczuciu niestety nietrafnie – niezwykle trudny utwór literacki: Głód Knuta Hamsuna. Norweska książka napisana w pierwszej osobie, subiektywnej opowieści bezimiennego tytułowego bohatera – pisarza i dziennikarza, rozgrywająca się Christianii (obecnie Oslo), który w okresie głodowania snuje się po mieście szukając szczęścia, a może własnej drogi życiowej. I każdy w owym utworze może odszukać własne losy, widzenie świata, spostrzeganie rzeczywistości, ale ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, że jest to wdzięczny materiał dla sztuki tańca. Bowiem niejednoznaczność postaci, psychologia jej bytu nie określa jednowymiarowo czego poszukuje główny bohater: miłości, powodzenia, uznania, zaspokojenia łaknienia? Owe tropy można mnożyć i raczej to materiał dla abstrakcyjnej formy monologu tanecznego niż na opowieść narracyjną. I to właśnie zgubiło choreografa, który winien podążać ścieżką niedookreślenia, a nie budować pełną historię, która niestety trąci śmiesznością i pompatycznością, brakiem rozwinięcia rysu psychologicznego i emocjonalnego poszczególnych postaci. I to co najciekawsze realizator posiada ciekawy koncept tworzenia ruchu, ale objawia się on w sekwencjach pozbawionych wymiaru opowieści.
Całość, podzielona na cztery sekwencje, rozpoczyna się projekcyjną sekwencją umiejscowienia akcji. To poddasze artysty, ale to nie jest najważniejsze, ale początkowa taneczna scena – niczym kartek papieru, zapisanych szpalt gazety czy też publikacji, które ożywają jak świadkowie losu człowieka. To najbardziej dojrzały artystycznie fragment spektaklu. Niezwykle udany układ dla kameralnego zespołu, którego pierwszoplanowym jest duet (Julia Bielska, Rhaphael Molenaar) ukazuje moc fantazji, tego co kryje się we wnętrzu literackiego serca bohatera. I podążanie ową drogą, gdzie tłem winny być właśnie owe zapisane karty papieru, które stają się świadectwem myśli postaci, dałoby szansę skonstruowania oryginalnej propozycji artystycznej. Jednak Perdek niweczy ową koncepcję oddając pole linearnej historii. Wprowadza nieznośną manierę dosadności wspartą pantomimą dawnego czasu, co niweczy interesujący początkowy koncept. Poczyna konstruować treść „po literkach” własnego zamysłu, która niestety nie jest logiczna. Nie wiadomym staje się czego właściwie poszukuje bohater, gdyż opowieść odnosi się faktycznie do jednego wątku miłosnego i realnej postaci oraz wyobrażenia Ylayali. Brakuje przełamań, kontrastów, wstrząsów, rzeczywistej dynamiki odmiany bohatera. Owa podróż przez miasto, mieszkanie wybranki serca do cmentarza nie ma uzasadnienia – czemu to ma służyć? Choreograf widzi w głównej postaci bohatera romantycznego – zawiedzionego uczuciem, dla którego spełnieniem może stać się śmierć i spotkanie z nieżyjącymi. To niczym Werter zabity nieszczęśliwą miłością i wieńczący swój żywot. Tylko rzecz Hamsuna, jeżeli do niej się odwołujemy, ma głębszy i bardziej wieloznaczny wymiar. Zatem to błąd dramaturgiczny, gdyż powierzchowność zabija różnorodność.
Poszczególne fragmenty mają obraz banalnej historii. Rozegrane na tle realistycznych, dobrze przygotowanych projekcji (Jan Tomicki) trącą pospolitością i powierzchownością. Na dodatek taniec, szczególnie realistyczne sekwencje grupowe, wypada mało atrakcyjnie. Formę wyrazu można podzielić na trzy sekwencje: popisy solowe i duety (dobre wykonania głównych bohaterów: Douglas De Oliveira Ferreira i Michalina Drozdowska), ciekawie zaprezentowane sekwencje abstrakcyjne (wspomniana dojrzała scena początkowa kartek papieru, a także obraz masek miejskich i duchów cmentarza), a także nieznośnego i trywialnego tła miejskiej wspólnoty, które niestety wygląda jak zbiór przypadkowych przechodniów czekających na przystanku autobusowym. Brakuje ikry dla owego układu, pomysłu co uczynić z ową wspólnotą. Dodatkowo, chyba dla uatrakcyjnienia obrazu scenicznego, wśród osób na scenie pojawia się skrzypaczka oraz solistki-wokalistki. I robi się z tego tani teatr atrakcji, jarmark, wodewil, gdzie pokaz efektów zmienia się w tanie efekciarstwo. A skromność jest lepsza niż przesyt i nadmiar. Dodatkowo, co jest nie do końca wytłumaczalnym, wykorzystano jedną z lóż nad orkiestronem dla zbudowania okna mieszkania wybranki serca – sentymentalny obraz miejskiego romansidła. Zabrakło jeszcze fortepianu, który wykorzystywany jest w podkładzie muzycznym oraz chóru i wówczas byłby komplet do owej opowieści. Wyraźnie widać, że choreograf nie radzi sobie ze scenami realnymi. Gubi go nadmiar inwencji, pomysłowości, co w gąszczu owych chwytów tworzy chaos, pod którym nie kryje się wartościowy taniec, ale jedynie myśl o klarowności przekazu. Sztuka baletowa wymaga jednak symbiozy zamysłu układu, który winien współgrać z akcją i wówczas tworzy się jasna opowieść. Owe realistyczne sekwencje przerażająco nudzą i nie pomagają w zrozumieniu intencji twórcy – o czym jest to przedstawienie? Czy o twórcy – co sugeruje sprawny początek, czy poszukiwaczu uczuć, a może rzecz o wizji pewnego świata z bohaterem rzuconym w jego segment realności? Perdek chce za dużo, zbyt mocno i różnoznacznie. Finał będący nawiązaniem do Don Giovanniego Mozarta całkowicie odrywa ideę wywiedzioną z Głodu Hamsuna przybliżając postać bohatera do potępienia lubieżnika, a przecież innego człowieka widzimy przez cały spektakl.
Na uwagę zasługuje dobór muzyki. Czegóż w niej nie mamy: wspomnianego Mozarta, Rachmaninowa, Paganiniego, Bacha, Albinoniego czy Pergolesiego – a to zaledwie część wykorzystanych kompozytorów w przedstawieniu. To niczym lista przebojów muzyki klasycznej, która świetnie brzmiała w wykonaniu miejscowej orkiestry pod dyrekcją Piotra Mazurka. Jednak jej dobór nie pomaga odbiorcy w zrozumieniu intencji realizatorów – do jakiej epoki się dowołują, co chcą nam opowiedzieć, zaprezentować i dać szansę odbiorcom zrozumienia? Różnorodność utworów jest zawsze niebezpieczeństwem, gdyż ukazuje na scenie oderwane do siebie fragmenty tańca, a nie zwięzły, klarowny i spójny układ. I trochę jest tak w owym przedstawieniu. Wyselekcjonowane fragmenty winny zostać zaaranżowane w jednolitą kompozycję i wówczas miałyby szansę stać się udanym podkładem dla artystycznego wyrazu artystów baletu.
Wiktor Perdek na pewno ma talent, co ukazuje w sekwencjach nienarracyjnych, gdzie daje upust swoim fantazjom choreograficznym, w których wykorzystuje technikę neoklasyczną, ale winien poszukać własnej, indywidulanej kreski wypowiedzi. Nie warto powielać utrwalonych wzorców, ale podążać własną ścieżką kreatywności i pomysłowości. Tym co zabija najnowszy spektakl Opery Śląskiej jest rozwlekłość przedstawienia. Artysta nie radzi sobie z jego długością. Właśnie zwięzłość, wyeliminowanie niektórych scen, posiłkowanie się metaforą, a nie dosłownością dałoby lepszy efekt. Ów nieubłagany czas staje się zmorą dla kreatora, który nie wie do końca jak wypełnić ową przestrzeń minut zapełnionych dźwiękami muzyki i stosuje niestety banał pustego ruchu czy pantomimy. Nieodzownym wydaje się praca z dramaturgiem, który stanie się partnerem w budowaniu opowieści, gdyż dziś główny bohater widowiska jest pogubioną postacią, która nie wie czego oczekuje od życia.
Zatem to premiera dużych oczekiwań, ale mniejszego efektu, choć aspiracje były olbrzymie. Mimo to nie zmienia to oceny, że należy tworzyć, pracować i kształtować własny język wypowiedzi, gdyż twórców tańca w Polsce mamy niewielu i potrzebujemy ich jak lekarstwa w poważnej chorobie.
Druga część wieczoru to powrót do pracy sprzed ośmiu lat, która miała premierę na bytomskiej scenie razem z Medeą do muzyki Samuela Barbera. Wówczas wieczór przygotował jeden z najważniejszych artystów tańca naszych czasów w Polsce, ale również rozpoznawalna postać za granicą – Robert Bondara. Nie czas prezentować jego biogramu, osiągnię
, sukcesów i realizacji, które można zobaczyć w Warszawie czy Poznaniu, gdzie pełni funkcję kierownika baletu w Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki, czy też w innych zakątkach świata. Ale niezmiennie należy podkreślać, że posiada własny język techniki tańca, rozpoznawalny ruch i co najważniejsze umiejętność budowania klarownej opowieści. Odważnie mierzy się z narracją często nadając jej kształt współczesnej, aktualnej opowieści. Równie interesująco co praktyka taneczna prezentują się jego osiągnięcia operowe. Są to prace niesłychanie dobrze przemyślane, z jasno postawioną tezą. Od lat obserwuję twórczość Bondary i układa się ona, w wielu przypadkach, w powracający motyw męskiego niespełnienia, kryzysu mężczyzny w rzeczywistości, która nas otacza. Może to autorefleksja, realizm widzenia świata, ale faktem jest, że właśnie „on” staje się nadrzędną postacią jego scenicznej twórczości. I właśnie ów wątek pojawił się już w 2018 roku, gdy artysta jako drugą część wspomnianego wieczoru przygotował Szeherezadę do muzyki Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, która powróciła obecnie inaugurując z Głodem sezon 2026/27. Choreograf wykorzystał libretto Alexandre’a Benois stworzone dla choreografii Michaiła Fokina dla Baletów Rosyjskich Diagilewa w roku 1910. Wówczas fascynowano się orientem, pięknem wschodu, przyciągała baśniowość i tajemniczość opowieści, a także fascynowała brutalność finału wywiedziona z tradycji odmiennego świata.
Bonadara wykorzystując główne wątki owej opowieści przenosi akcję do obecnych czasów, miejsca naszego kręgu kulturowego – ascetycznego, luksusowego apartamentu, w którym dominuje czerń i biel, także w kostiumie, co przywodzi na myśl nie kolorowy świat dalekiej krainy, ale filmy psychologiczne Ingmara Bergmana. Analogicznie jak szwedzki twórca, choreograf tworzy psychologiczny dramat rozegrany pomiędzy trójką bohaterów. Kluczową postacią jest zazdrosny, podejrzliwy mąż Szahrijar (niezwykle sugestywny, zjawiskowy technicznie i emocjonalnie Wiktor Perdek), który we wspólnym lokum zakłada system kamer śledzących jego partnerkę Zobeidę (bardzo sprawna tanecznie Michalina Drozdowska). To związek na granicy, wykolejony, zniszczony, wypalony. Nie ma szansy na zbudowanie relacji, więzi. To ludzie żyjący obok siebie, ale nie dla siebie. Świat luksusu to także służący, którzy stanowią tło dla wiwisekcji małżeńskiej niezgody. Wśród nich jest ów (Douglas De Oliveira Ferreira), który ukazuje troskę i staje w obronie niszczonej kobiety. Między nim, a panią domu nawiązuje się romans, a jego finałem będzie zbrodnia dokonana przez powracającego przedwcześnie męża.
Jednak istotą owego układu jest jego wyraz – pełen emocji i żarliwych namiętności, który świetnie interpretuje cała trójka wykonawców. Zimna, ascetyczna przestrzeń podkreśla narastającą duszną atmosferę, która zwiastuje nadchodzącą śmierć. To także obraz rodzącego się zła, braku zrozumienia, kontrastu pomiędzy fanatycznym, obsesyjnym mężczyzną, delikatną i ponętną kobietą oraz odmiennym i urokliwym służącym. To trójkąt pożądania, namiętności i zawiedzionych uczuć. Bondara tworzy nie tylko niezwykłe, swoją mocą sugestywności duety, ale także sekwencje zespołowe. To forma indywidualnego teatru tańca przepełnionego emocjami z klarowną, spójną opowieścią. Trudno nie oderwać oczu od tej historii będącej przykładem, że zbrodnia kryje się nie za jednymi luksusowymi drzwiami.
Należy podkreślić ponownie przepiękne wykonanie muzyki przez orkiestrę Opery Śląskiej pod kierunkiem Piotra Mazurka, a także zjawiskowość trójki głównych protagonistów oraz dobrą prezentację całej formacji kompanii z Bytomia. W tej części – w pełni odnajdując się w zamyśle Bondary – świetnie zaprezentował się Wiktor Perdek jako zdradzony mężczyzna i człowiek, w którym narasta złość oszukania i niespełnienia. Jego techniczna dojrzałość i emocjonalna umiejętność wyrażania uczuć ukazuje moc tanecznego talentu.
Zatem w Bytomiu na inaugurację sezonu zaprezentowano szczególny rodzaj benefisu młodego artysty – Wiktora Perdka, który pokazał dwa swoje oblicza: choreografa i tancerza. I może jego pełnospektaklowy debiut daleki jest od ideału, to należy dokonywać kolejnych prób dla szlifowania warsztatu. Natomiast taneczna precyzja urzeka i ukazuje rangę dojrzałości scenicznej. Ciekawe doświadczenie i odwaga dyrektora Łukasza Goika dla kształtowania lokalnego zespołu artystycznego z próbami nowej, baletowej wypowiedzi. Warto przyglądać się owej formacji, którą na co dzień prowadzi Grzegorz Pajdzik, gdyż może jeszcze nas nie raz zaskoczyć tak jak powracającą Szeherezadą Roberta Bondary.