Logo
Recenzje

Koncert na dwanaście instrumentów we Współczesnym

30.09.2026, 12:17 Wersja do druku

„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.

fot. Bartek Warzecha

„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rose’a w warszawskim Teatrze Współczesnym to efekt dwóch zjawisk. Narastającej tendencji do adaptowania na teatralnych scenach filmów. I upodobania tego konkretnego teatru do spektakli opartych na słowie, na dialogu i inteligentnym aktorstwie. Czułem się po tej premierze spektaklu Piotra Ratajczaka jak po perfekcyjnym koncercie na 12 dobrze nastrojonych instrumentów.

Wypada zacząć od sławnego filmu Sidneya Lumeta z roku 1957. To część mojej edukacji obywatelskiej, do pewnego stopnia nawet i politycznej, choć artystycznej także. Wielu moich znajomych przeżyło to samo. Reginald Rose był jego scenarzystą.

Film był tak podziwiany, że doczekał się bardzo wiernego remake’u z 1997 roku – innej sławy, Williama Friedkina. Z kolei własną wersję nakręcił w Rosji Nikita Michałkow („Dwunastu” z roku 2007). Ale oryginał, zrealizowany w konwencji iście teatralnej, ascetyczny, oparty wyłącznie na słowach i na aktorskich kreacjach, pozostaje wzorem niedoścignionym.

On pokazuje, jak można się mocno wypowiedzieć na ważny temat społeczny, unikając deklaratywnej publicystyki, posługując się niemal wyłącznie żywą akcją. Dramatyczną, wręcz sensacyjną, pełną suspensów, mimo że osadzoną w jednym wnętrzu i ograniczoną do trwającej niespełna dwie godziny dyskusji przysięgłych.

Jak działa system?

Kiedy to oglądałem jako bardzo młody człowiek, wciągnęła mnie ta historia i przekonała bez reszty. Dziś wyraźniej dostrzegam społeczno-polityczną tendencję tego tekstu. On jest przyprószony lewicową wrażliwością. Przysięgli dyskutują o chłopaku ze slumsów, którego wina, zabójstwo własnego ojca, wydaje się być bezsporna. Ale ona wydaje się taką dlatego, że system nie zagwarantował mu w pełni uczciwego procesu.

Jego adwokat, z urzędu, nie zadbał o podważenie wielu szczegółów z aktu oskarżenia. Co więcej, przynajmniej część przysięgłych gotowych szybko przyklepać jego winę, kieruje się uprzedzeniami typowymi dla raczej konserwatywnej opinii publicznej: niechęcią do ludzi ze slumsów albo do młodego pokolenia postrzeganego jako zagrożenie.

Czy to jednak jest krytyka systemu czy jego pochwała? Rose z Lumetem, skądinąd jednym z najwybitniejszych amerykańskich reżyserów, wskazywali na rolę jednostki. Pojedynczego przysięgłego (numer osiem) żądającego prawa do wątpliwości, zagrał Henry Fonda (u Friedkina – Jack Lemmon). W większości amerykańskich stanów ława przysięgłych orzeka o winie, a werdykt musi zapaść jednomyślnie. Numer osiem żąda na początku jednego: dyskusji.

Ona może zablokować podziałem głosów jakiekolwiek orzeczenie, wówczas proces musi się odbyć od początku, z inną ławą. Ale jedyny „sprawiedliwy” może też przekonać wszystkich pozostałych. Co początkowo wydaje się nieprawdopodobne. Część chce zakończyć sprawę jak najszybciej, zwłaszcza że męczy ich upał, a ktoś śpieszy się na mecz. W dodatku w kilku przypadkach natykamy się na emocje prowadzące niemal do agresji wobec pojedynczego głosu sprzeciwu.

Jest to więc rozprawka nie tylko o kontekstach socjalnych, ale o uniwersalnym prawie do szukania prawdy i zgłaszania wątpliwości. O tym, że prawdy można nie poznać, ale bezpieczniej jest w takim przypadku nie szafować skazaniem, zwłaszcza gdy jedyną możliwością jest kara śmierci. Można ją też uznać za przestrogę przed samą tą karą jako totalnie nieodwracalną, co akurat w obecnej Polsce ma mniejsze znaczenie. U nas zrezygnowano przecież z karania gardłem już przed wielu laty.

I można też zobaczyć w tej historii przypowieść o mechanizmach demokracji. Walczący o zmianę decyzję z przypadkowo poznanymi ludźmi, a właściwie o pozyskanie umysłów i serc tych ludzi, przysięgły numer osiem jest skazany na rolę lidera. Negocjuje, przekonuje, szuka słabych argumentów u polemistów. Jest też skazany na cierpliwość. Może i zbyt grubą krechą malowane są chwilami motywacje niektórych jego przeciwników. Na czym zyskuje widowisko, ale ktoś może uznać opowieść za odrobinę tendencyjną.

Tyle że Rose nie osądza tej zbiorowości jedną miarą. Oto osoba przysięgłego numer cztery. On jest wolny od uprzedzeń, wręcz nimi pogardza. Ale jako pedant i szczególarz został po prostu przekonany siłą faktów. Żeby zmienić jego nastawienie, trzeba merytorycznie podważyć krok po kroku wersję prokuratora.

Ten traktat o demokracji pokazuje jej cienie, choćby przypadkowość motywów podejmujących decyzje, ale i jej blaski. Zwróćmy uwagę choćby na osobę przewodniczącego ławy (numer jeden). Długo przekonany o winie oskarżonego, dba jednak o minimum komfortu dla jednostki z jej wątpliwościami, pilnuje procedur. Niektórzy z przysięgłych szybko z kolei doceniają rolę, jaka im przypadła w podważeniu aktu oskarżenia. To zwykli ludzie, ale chcą być z siebie dumni. Chcą dobrze wypełnić swój obowiązek. Mamy tu więc do czynienia z logiką amerykańskiego, zbudowanego na demokratycznej kulturze społeczeństwa.

Lumet pokazał w roku 1957 obrady dwunastu białych mężczyzn, zgodnie z realiami tamtych czasów. W wersji z roku 1997 Friedkin z Rose’em dodali do fabuły Murzynów, co dostarczyło dodatkowych komplikacji, skoro rzecznikiem uprzedzeń stał się jeden z czarnoskórych jurorów.  Co ciekawe, nie dodano wtedy kobiet.

Przed sześcioma laty grano „Dwunastu gniewnych ludzi” w Gliwicach. Tam wśród przysięgłych zasiadły również aktorki, co wymagało naturalnie zmian w tekście. Podobno agencja sprzedająca prawo do wystawienia sztuki w Teatrze Współczesnym nie zgodziła się na takie zmiany. Mamy więc dwunastu facetów. Może tylko przez pewne szczegóły, choćby wygląd ubrań, odrobinę bliższych nam czasowo niż postaci oryginalne.

Zarazem Ratajczak niczego w oryginalnym tekście nie zmienił. Osadził dwunastkę we wnętrzu zimnym i oszczędnie udekorowanym (scenografia Marcina Chlandy). Kazał im rozmawiać. Nastrój buduje w kilku momentach tło muzyczne wybrane przez samego reżysera. Ale ono nie może być zbyt dominujące, aby nie zagłuszyć dialogu. Tylko kawałek jednego z utworów The Doors przebija się na chwilę mocniej, budując klimat.

Urozmaiceniem są eksperymenty przysięgłego numer osiem. Próbuje on podważyć zeznania jednego ze świadków, wykazując, że nie mógł on zdążyć do drzwi. Antagoniści zaczynają się na chwilę intensywnie ruszać. Okazją do ruchu na scenie są także przerwy w obradach, a w paru momentach burzliwe awantury. Ale na ogół prowadzą nas same tylko słowa. Budują relacje między postaciami. I od pewnego momentu służą, wbrew wszelkim oporom i konfliktom, mechanizmowi demokratycznego ucierania decyzji.

Bałem się, że przełożenie tej historii na scenę nie w pełni się uda. Wszak film operuje zbliżeniami, wybiera postać, na którą chce nam się w danej chwili zwrócić uwagę. A tu mamy cały tłum, no może tłumek, na scenie. Jak to ogarnąć?

A jednak to się cały czas udaje. Ani przez moment nie czułem się zagubiony. Jest za to narastające napięcie. Odczuwałem je cały czas; byłem podekscytowany kolejnymi starciami, logiką rozpadania się starej koalicji i budowania nowej (zupełnie jak w poważnej polityce). A przecież doskonale znałem pointę. Nie wiem, czy tak by było przy słabszej ekipie aktorskiej. Tu udaje się to napięcie utrzymać w 110 procentach. Ratajczak świetnie ich poprowadził. Ale też miał kogo prowadzić.

Aktorzy na szóstkę z plusem

Zacznijmy od numeru osiem. Filip Kowalczyk jako nowy Henry Fonda nie naśladuje oryginału. Jest jako amerykański architekt  nawet skromniejszy, bardziej niepozorny od Fondy. A jednak cały ten spektakl to historia zdobywania przez niego władzy nad innymi. Kowalczyk pokazuje to sugestywnie, zmienia się nawet fizycznie.

Ma trzech głównych oponentów. Przeżywający swój złoty aktorski czas, Szymon Roszak, jako przysięgły numer dziesięć, to człowiek o żelaznej woli, uparty, twardy, wręcz fanatyczny. Ta postać może budzić lęk.

Z kolei dojrzały wyjadacz Sławomir Orzechowski, jako przysięgły numer trzy, bywa zabawny; to jest wpisane w jego charakterystyczny głos, mimikę, gestykulację. Pierwszy z nich kieruje się plemienną wrogością  wobec mieszkańców slumsów. Drugi – wciąż przeżywa konflikt z synem. Wyrazistość obu czyni z tej wizualnie neutralnej przestrzeni prawdziwe pole bitwy. Na koniec Orzechowski staje się kimś tak przegranym, że aż budzącym współczucie.

Trzecim jest wspomniany już przysięgły numer cztery. Ratajczak w stosunku do obu filmów trochę odmłodził obsadę. Marcin Stępniak to akuratny trzydziestolatek, zimny, ale starający się precyzyjnie myśleć i właściwie budzący szacunek. W filmach ta postać była sporo starszym biznesmenem. Tu wiekowa korekta pozwala może nawet mocniej poczuć uniwersalność pokazywanego problemu.

A poza tym mamy całą galerię postaci: kruchego, wystraszonego przysięgłego drugiego Marcina Bubułki, rzeczowego, choć odrobinę przerysowanego cudzoziemca, przysięgłego jedenastego Piotra Bajora, prostego, zdroworozsądkowego robociarza, przysięgłego szóstego Dariusza Dobkowskiego, nonszalanckiego miglanca, przysięgłego siódmego Mariusza Ostrowskiego, niepozbawionego własnego zdania, pełnego kompleksów twardziela, przysięgłego piątego Sebastiana Świerszcza. Klasą samą dla siebie jest przewodniczący ławy, sympatyczny człowiek kompromisu, w wykonaniu Leona Charewicza. Dla wszystkich panów oklaski na stojąco.

Cała męska część zespołu Współczesnego to piętnastka aktorów. Tu zagrało ich dwunastu, więc prawie wszyscy. Trudno się oprzeć wrażeniu, że niektórych oglądamy na scenie za rzadko. Kiedy niedawno podziwiałem – przykładowo – Sebastiana Świerszcza w „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej, gdzie zagrał znakomicie kilka ról, poczułem chęć oglądania go częściej. To samo dotyczy pozostałych.

Na koniec dwa wyróżnienia. Było jasne, że Krzysztof Wakuliński zagra najstarszego przysięgłego (numer dziewięć), dzielnie zmagającego się z początkową obcesowością przypadkowych kolegów. Ale kiedy zobaczyłem tego arcymistrza, obecnego we Współczesnym od dziesięcioleci, to aż się przestraszyłem. Zgarbiony, mamrocący, o laseczce – czyżby Wakuliński był w nienajlepszej formie, pomyślałem. I dałem się nabrać. Jest w znakomitej formie – aktorskiej. Jego nieoczekiwana przemiana, od zastrachania do czynnego poszukiwania prawdy,  staje się okazją do zademonstrowania charyzmy. Ten stary człowiek  prostuje się z minuty na minutę coraz bardziej.

Z kolei Przemysław Kowalski, najmłodszy z jurorów (numer  dwanaście), poprowadził postać za pomocą inteligentnego humoru, bo to jeden z tych młodych aktorów, którzy mają komizm od początku we krwi. Ale tak naprawdę jego postać budzi gorzkie skojarzenia. Ten reklamiarz, sympatyczny, niezbyt mądry, lubiący się popisać, a równocześnie chwiejny jak chorągiewka, to przecież kolejny problem procesu demokratycznego. Jak dotrzeć do takich ludzi, gdy przychodzi razem z nimi szukać rozwiązania?

Z pewnością nie jest to jednak problem artystyczny.  Każdy z aktorów umiał zarysować, czasem niewieloma kreskami, pełnokrwistą postać. Pokazując, że jeśli polski teatr miewa kłopoty z jakością, to z pewnością słabym punktem nie są w nim aktorzy.

Piotr Ratajczak wykorzystał ich do spektaklu idealnie wiernego tekstowi, co samo w sobie jest ewenementem. Jego morał dla nas nie jest bezpośredni, mamy przecież inne realia od amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. A jednak ten morał, a raczej morały, jest oczywisty.

Tytuł oryginalny

Koncert na dwanaście instrumentów we Współczesnym

Źródło:

„Polska Times”

Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

29.09.2026

Sprawdź także