18.06.2021, 09:11 Wersja do druku

Kłopotliwy prezent urodzinowy

"Prezent urodzinowy" w reż. Jerzego Bończaka w Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze. Pisze Urszula Liksztet w Nowinach Jeleniogórskich.

fot. Marcin Kaźmieruk / mat. teatru

No i po premierze w Norwidzie - ostatniej w tym sezonie, piątej, jak łatwo można policzyć (w tym dwie, które odbyły się online). W sobotni wieczór, 12 czerwca, na premierowym spektaklu pt. "Prezent urodzinowy" Robina Hawdona w reżyserii Jerzego Bończaka widownia była wypełniona w przepisowych pięćdziesięciu procentach.

Spragnieni kontaktu z aktorami, ze sztuką i ze sobą nawzajem, z prawdziwą przyjemnością możemy oddać się obcowaniu z teatrem, a jedynym życzeniem jest, aby ta normalność wróciła na dobre. I właściwie nie wiadomo, kto bardziej się cieszy - widzowie czy aktorzy, którzy niejednokrotnie w swoich wypowiedziach wyrażali tęsknotę za „żywą" widownią - nawet w maseczkach. –

To był dziwny sezon -  podsumował mijające 10 miesięcy dyr. Tadeusz Wnuk, witając zgromadzoną publiczność, i wyraził nadzieję, że od września wszyscy będziemy się spotykać na widowni w 10O-procentowej frekwencji. Oby! Wydaje się więc, że wobec tych emocji ocena samego przedstawienia nie jest już tak ważna. Zresztą doświadczenie uczy, że wybierając się na spektakl, nie należy mieć żadnych oczekiwań - oszczędzimy sobie rozczarowań, a pozytywne zaskoczenia będą tym przyjemniejsze.

Trudno silić się na podsumowanie kończącego się sezonu w Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida w tak niestabilnych czasach, które skutkowały przesuwaniem premier, ograniczaniem widowni, odwoływaniem spektakli i przeniesieniem aktywności artystycznej do internetu. Sezon 2020/2021 kończy premiera spektaklu lekkiego, łatwego i przyjemnego, który, jak przypuszcza dyr. Wnuk, pozwoli skołatanym emocjom wrócić do normalności z humorem i radośnie! Tylko że w Norwidzie zwrot w stronę komedii czy farsy nastąpił już kilka lat temu i, jak widać, nie była to tendencja wynikająca ze specyficznych warunków sali przy ul. Krótkiej, która zastępowała remontowaną macierzystą scenę, czy pandemii. Także decyzja o likwidacji po 45 latach zasłużonej Sceny Studyjnej, i to w sytuacji, kiedy wiele polskich teatrów poszukuje alternatywnych przestrzeni do realizacji spektakli, chyba nakazuje ostrożność w ocenianiu czegokolwiek.

Robin Hawdon napisał „Prezent urodzinowy" z prawdziwą znajomością specyfiki sceny i warsztatu aktora: wartkie dialogi, wyraziste postaci, dowcipne pointy i zaskakujące zwroty akcji, zdają się być gwarancją powodzenia. To dzięki autorowi, który sam przez blisko dwadzieścia lat był aktorem, a następnie przez trzy lata dyrektorem w Bath Theatre Royal. Aktorom nie pozostaje więc nic innego, jak mu zaufać.

Oto pokój hotelowy, a właściwie dwa, sąsiadujące ze sobą, z drzwiami, które mogą być otwarte, wtedy pokoje będą połączone, albo dwoma osobnymi - kiedy są zamknięte. W opisywanej sytuacji powinny być zamknięte, ale, jak się okaże - nie są. Zaplanowany przez przyjaciela dla przyjaciela intymny wieczór w hotelowym pokoju z nieznajomą, acz niewątpliwie uroczą kobietą o wiele sugerującym imieniu Mimi, na skutek drobnej zmiany zamienia się w pełen zaskoczeń i niespodziewanych zwrotów akcji ciąg zdarzeń, których konsekwencje coraz bardziej komplikują sytuację. Sympatyczny, acz nieco safandułowaty Bob (Piotr Konieczyński), który został przez wspomnianego przyjaciela umówiony z ową Mimi, ciągle nie jest przekonany do tego szalonego pomysłu i właściwie ma ochotę uciec z pokoju. A przecież to intymne spotkanie jest prezentem z okazji jego urodzin i jednocześnie pocieszeniem w związku z rozpadającym się małżeństwem z Liz. Mimi się spóźnia, a Bobowi spodobała się przypadkowo poznana Kate (Marta Kędziora), która w sąsiednim pokoju ma zjeść kolację z Dickiem (Jacek Grondowy), zaaranżowaną przez agencję matrymonialną. Nad tymi wszystkimi zmianami, kolacjami, szampanem, otwieraniem i zamykaniem drzwi, pojawiającymi się i znikającymi kobietami i mężczyznami, zmieniającymi się imionami, musi zapanować operatywny hotelowy kelner (Robert Mania). Zaczyna się szalona bieganina miedzy pokojami, otwieranie drzwi, które powinny być zamknięte, zamykanie, kiedy powinny być otwarte - słowem, doskonale znana komedia pomyłek, przypadków, zbiegów okoliczności i ogólnego zamieszania. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy kelner Tony, udający Włocha (okazuje się być Rumunem) nie może doliczyć się kobiecych imion, a do akcji wkracza Liz, żona Boba (Magdalena Kępińska). Tylko Mimi wciąż nie przychodzi na zaplanowane spotkanie... Ale wiadomo, że wszystko dobrze się skończy, kolacja zostanie skonsumowana, szampan wypity, małżonkowie się pogodzą. Czy ten najnowszy spektakl czymś nas zaskoczył? Chyba nie. Komedie pełne zamieszania, bieganiny, pomyłek, zamiany ról, bohaterów chowających się w szafach; pokoi hotelowych z ukrytymi drzwiami i wynikających z tego komplikacji - to wszystko w rozmaitych wariantach już kiedyś widzieliśmy. Także aktorzy kiedyś grali podobne postaci - są sprawni, doświadczeni i tym razem nie sprawili zawodu. Jednym słowem - kolejna premiera do zapisania w archiwaliach teatru, a role w dossier aktorów. Zastanawia mnie tylko, czy standing ovation na koniec to podziękowanie za cały spektakl, czy tylko spontaniczna reakcja widowni na niespodziewaną przemianę Boba z lekko spanikowanego urzędnika państwowego w tajemniczą sexi blondi w kusej, czerwonej, błyszczącej kreacji.

Tytuł oryginalny

Kłopotliwy prezent urodzinowy

Źródło:

Nowiny Jeleniogórskie/15.06

Autor:

Urszula Liksztet

Data:

18.06.2021