Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Kiedy stopnieje śnieg

4.08.2026, 13:21 Wersja do druku

„Kiedy stopnieje śnieg” w reż. Katarzyny Minkowskiej w TR Warszawa. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Wojciech Sobolewski

Wydaje mi się, że każdy będąc nastolatkiem chciał iść w ślady Happysad i potwierdzić, że wszystkie drogi prowadzą na tory lub być przyczyną koszmarnych snów Karola Krawczyka krzyczącego „Czego stoisz na torach?!”. Jeśli nie to najwyraźniej jestem bardziej zaburzony niż mi się wydawało i potrzebuję pomocy. Mniej więcej od takiego spokojnego wypuszczenia powietrza rozpoczyna się w TR Warszawa lodowa burza emocji w „Kiedy stopnieje śnieg” Katarzyny Minkowskiej: dziewczynka opuszcza dom rodzinny tylko po to, żeby popełnić samobójstwo. Miałem spore oczekiwania, bo spektakle tej reżyserki, które miałem okazje oglądać do tej pory, były przynajmniej solidnymi historiami, niczym filmy oglądane w superkinie na TVN-ie – jeśli mnie nie niszczyły buldożerem emocji to przynajmniej chwytały dobrze zbudowanym światem i ciekawą koncepcją samej historii. Pytanie: jak to się udało w tym konkretnym spektaklu?

Jak wspomniałem na początku historia rozpoczyna się od cichego trzęsienia ziemi: najmłodsza członkini rodziny postanawia odebrać sobie życie wskakując pod pociąg. To wydarzenie jest punktem zapalnym, który zmusza rodzinę do spotkania; wydawać by się mogło, że taka tragedia powinna w idealnym świecie mieć moc mocniej zbliżania do siebie ludzi, jednak w tym przypadku Minkowska trzyma się bardziej realistycznego podejścia i okazuje się, że to spotkanie odkrywa jedynie pęknięcia na gładkiej powierzchni niby-idealnej rodziny. Mamy dosyć klarowny podział na pokolenie młodsze i starsze i reżyserka przygląda się razem z nami temu, jak w obliczu tragicznej sytuacji reagują konkretne osoby. Młodzi, aby zagłuszyć wszystko, sięgają po leki i alkohol, i starają się jakoś przegadać całą sytuację, by lepiej zrozumieć. Starsi po prostu milczą – i nie tyczy się to tylko tej jednej, konkretnej śmierci, ale też wielu wydarzeń z przeszłości; wychodzi na światło dzienne fakt, że widmo samobójów i depresji krąży po rodzinie od pokoleń i w każdej z generacji zabierało przynajmniej jedną osobę.

Jednocześnie spektakl porusza dość trywialną rzecz, ale uderzyła mnie ona bardzo mocno, zwłaszcza, gdy osadza się ją w kontekście głównego motywu przedstawienia – z rodziną wychodzi się dobrze jedynie na zdjęciu i tylko momentami. Dobitnie to widać właśnie w scenie wspólnej ustawki do zdjęcia: nagle znikają wszystkie animozje i złość, wszyscy uśmiechnięci od ucha do ucha pozują razem, tylko po to, by w momencie zgaśnięcia flesza rozpierzchnąć się do swoich poprzednich emocji i zaciętych min. Uderzające jest także to, że tematy, które powinny być omawiane przy takiej tragedii, są zupełnie pomijane i każdy stara się je przemilczeć jak może, a jakakolwiek próba rozmowy ze strony młodszych jest zbywana startem avanti przez starszych. Nie ma już zupełnie przestrzeni na jakąkolwiek konstruktywną nić porozumienia. Jest to dla mnie o tyle przykre, że momentami odnajdywałem pewne wzorce, które znam doskonale z własnych spotkań rodzinnych: wszyscy w rozmowach ślizgają się po powierzchni, dzięki temu wiem wszystko o cioci Maryli z Elbląga, której nie widziałem na oczy, ale nie wiem nic o dzieciństwie swojej babci i już się nie dowiem, bo niestety nie żyje. U Minkowskiej rodzina jest konstruktem, który chwieje się na własnych nogach od samego startu jak najebany wujek w kącie na weselu i jedynie gra pozorów jest w stanie utrzymać go w pionie.

Mega podobała mi się przestrzeń zaaranżowanego mieszkania rodzinnego za co brawa dla Łukasza Mleczaka odpowiedzialnego za scenografię. Jest w tym wszystkim pierwiastek domowy, ale też nieodparty chłód przestrzeni wypranej z jakichkolwiek emocji. Bardzo dobrze osadzało to konteksty spektaklu w rzeczywistości.

Aktorsko natomiast moje serce skradł Mirosław Zbrojewicz jako dziadek, ewidentnie skonfliktowany nawet ze sobą, będący zawsze w pozycji osoby mającej rację, a jednocześnie tak rozbrajająco bezradnej pod tą twardą maską męskości seniora rodu. Zmroziła mnie scena, w której obarcza winą młoda dziewczynę o popsucie podróży ludziom, którzy byli w pociągu pod którego kołami zginęła – potworna sekwencja ukazująca to, jak bardzo jest zimny w swoich kalkulacjach straty, ale równolegle miałem wrażenie, że pokazuje tym swoją bezsilność w radzeniu sobie z emocjami.

Na drugim biegunie stał Tomasz Tyndyk grający ojca zmarłej dziewczynki, rozedrgany przez cały czas, zalany łzami i będący zupełnie nagim ochłapem emocji. Nie dotknęły mnie tak emocjonalnie łzy ze sceny od czasu płaczącego Daniela Dobosza w „Kowbojach” Anny Smolar w 2019 roku, więc Tyndyk dobrze, myślałem o nim jeszcze długo po wyjściu z teatru.

W ogólnym rozrachunku „Kiedy stopnieje śnieg” jest dla mnie przykrą diagnozą o pewnym bezładzie emocjonalnym rodziny, nieumiejętności porozumienia się i pozostawił mnie z nieprzyjemnym wnioskiem, że w sumie jest się całkiem samemu, nawet w grupie teoretycznie najbliższych. Nie widać szans na jakiekolwiek porozumienie, bo nikt go już nawet nie szuka. Teoretyczna ostoja okazuje się być jedynie ułudą. Próba przeżycia żałoby pokazuje więcej różnic niż podobieństw i przez uwypuklenie tych różnic dobitnie podkreśla smutne rozparcelowanie członków rodziny na malutkie państwa-miasta. Tytułowe pytanie o to, kiedy stopnieje śnieg, zdaje się być trochę ostrzeżeniem – bo kiedy stopnieje śnieg zamarzniętych emocji, ukaże się spod niego najpewniej typowo osrany po zimie trawnik i to już od nas zależy, czy przyjmiemy to jako bodziec do działania i wspólnych porządków czy odwrócimy kolejny raz oczy. Istotne jest to, czy jesteśmy gotowi zobaczyć prawdę o nas samych w oczach bliskich i czy pogodzimy się z tym, że możemy okazać się kimś zupełnie innym niż nam się wydaje.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

17.06.2026

Sprawdź także