„Zero Siedem” Jarosława Murawskiego w reż. Agaty Puszcz podczas drugiego Przeglądu Premier MOC w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Pisze Wiesław Kowalski.
Na scenie szybko robi się miejsce dla Porucznika: garnitur, samochód, papieros, pewność ruchów. Wszystko wygląda znajomo, choć nic nie musi być dosłownym cytatem z serialu. Agata Puszcz wraz z Jarosławem Murawskim uruchamiają pamięć widza, a następnie zaczynają ją rozmontowywać. Porucznik nie jest tutaj po prostu bohaterem kryminału. Jest rolą, wyobrażeniem i znakiem pewnej epoki, a spektakl sprawdza, co pozostaje z tej figury, kiedy przeniesie się ją z telewizji na scenę. W „Zero Siedem” Jarosław Murawski i Agata Puszcz nie próbują odtworzyć któregoś z odcinków „07 zgłoś się”. Interesuje ich raczej to, co zostało z Porucznika po zejściu z telewizyjnego ekranu. Jak działa postać, którą pamiętamy, kiedy pamięć zaczyna mieszać się z wyobrażeniem, cytatem, parodią i późniejszą wiedzą o epoce? Co dzieje się z bohaterem skonstruowanym według reguł dawnego męskiego kina, kiedy jego świat zostaje oglądany już nie od środka, lecz z dystansu?
Te pytania spektakl stawia przede wszystkim poprzez formę. „Zero Siedem” jest przedstawieniem zbudowanym z warstw: kryminalnej intrygi, scen przypominających serialowe sytuacje, wspomnień, prób, teatralnych „dubli”, komentarzy i bezpośrednich wyjść z roli. Jedna konwencja nieustannie przechodzi w drugą. Kiedy wydaje się, że zaczyna się klasyczne śledztwo, przedstawienie odsłania mechanizm jego konstruowania. Kiedy pojawia się scena obyczajowa, za chwilę może stać się komentarzem do sposobu, w jaki takie sceny były dawniej opowiadane. Aktorzy bywają postaciami, by za moment stać się wykonawcami komentującymi swoje role. Nie jest to jednak dekonstrukcja przeprowadzona do końca. Puszcz zostawia w przedstawieniu sporo przyjemności obcowania z konwencją. Jest samochodowy pościg, są strzały, romanse, przesłuchania, sceny w komisariacie, dancing, charakterystyczne pozy i rytmy dawnego kina kryminalnego. Jest też scenografia Weroniki Ranke, która nie próbuje rekonstruować PRL-u muzealnie, lecz raczej przywołuje jego sceniczny obraz: meble, kolory, ubrania i przedmioty rozpoznawalne bardziej jako elementy pamięci niż dokument epoki. Podobnie działa muzyka Krzysztofa Kaliskiego. Dawne brzmienia są tu mniej rekonstrukcją niż sygnałami uruchamiającymi wspomnienia.
Właśnie pamięć wydaje się jednym z ważniejszych tematów spektaklu. Nie chodzi przy tym tylko o nostalgię. „Zero Siedem” pokazuje, że wspominanie popkultury jest również jej ponownym wytwarzaniem. Pamiętamy nie tylko to, co rzeczywiście widzieliśmy, lecz także to, co przez lata dopowiedziały cytaty, anegdoty, powtórki, rozmowy i parodie. Porucznik jest więc jednocześnie bohaterem serialu i jego późniejszym wyobrażeniem. Mateusz Flis gra go z wyraźną świadomością tej podwójności. Jego Porucznik ma wymagany zestaw cech: pewność siebie, szybkość reakcji, ironię, sprawność i atrakcyjność. Aktor nie zamyka jednak postaci w karykaturze. W tej figurze zostaje coś z pierwotnego ekranowego uroku, choć przedstawienie konsekwentnie pokazuje również jego umowność. Porucznik jest człowiekiem, który długo wierzył, że kontroluje sytuację, podczas gdy teatralna rzeczywistość coraz wyraźniej odbiera mu tę pewność.
Zmienia się również sposób, w jaki spektakl pokazuje relacje Porucznika z kobietami. To, co w serialowej konwencji mogło uchodzić za naturalny element jego atrakcyjności — swoboda, flirt, łatwość nawiązywania kolejnych relacji — tutaj zostaje przesunięte w stronę teatralnej gry. Dominika Zdzienicka pojawia się w kilku wcieleniach związanych z Porucznikiem, a Irena Sierakowska jako Ewa nie pozwala sprowadzić kobiecej obecności wyłącznie do roli dodatku do jego historii. Nie chodzi przy tym o prostą korektę dawnej obyczajowości. Spektakl raczej pokazuje, jak zmienia się znaczenie tych samych zachowań, kiedy patrzymy na nie z innego miejsca i w innym czasie. To przesunięcie jest charakterystyczne dla sposobu pracy Puszcz.
W jej wcześniejszych realizacjach, między innymi w „Humance”, również według tekstu Murawskiego, ważne było spotkanie człowieka z czymś, co miało odpowiadać jego potrzebom i wyobrażeniom. Tam taką rolę pełnił humanoid. W „Zero Siedem” podobną funkcję przejmuje bohater popkultury: mężczyzna zbudowany z cech, które kultura przez lata przedstawiała jako pożądane — skuteczny, pewny siebie, niezależny, atrakcyjny. Różnica polega na tym, że tym razem nie chodzi o maszynę stworzoną jako substytut człowieka, lecz o bohatera, którego obraz przez lata kształtowała telewizja.
Puszcz nie niszczy tego obrazu, lecz wprawia go w ruch. Porucznik przechodzi przez kolejne teatralne filtry. Jest bohaterem kryminału, wspomnieniem z telewizji, aktorską rolą, obiektem żartu i figurą kultury. Czasami te poziomy znakomicie się zazębiają. Czasami pozostają obok siebie. Ta nierówność należy zresztą do ciekawszych cech przedstawienia. „Zero Siedem” ma wiele pomysłów, a nie wszystkie należą do tej samej temperatury. Obok scen precyzyjnie rozgrywających teatralną konwencję pojawiają się żarty o bardziej bezpośrednim charakterze. Obok kryminalnej intrygi — komentarz do samego faktu jej konstruowania. Obok nostalgicznego obrazu dawnego świata — współczesne dopowiedzenie. Spektakl nieustannie zmienia perspektywę. Dzięki temu pozostaje żywy i trudny do przewidzenia, ale zdarza się również, że kolejne warstwy nie wzmacniają się wzajemnie, lecz konkurują o uwagę. Zwłaszcza wtedy, gdy sama sceniczna sytuacja jest już wystarczająco wyrazista, a przedstawienie próbuje jeszcze dopowiedzieć jej znaczenie. „Zero Siedem” chce pomieścić kryminał, komedię, wspomnienie, opowieść o PRL-u, grę z dawnymi wyobrażeniami o męskości i kobiecości, teatr w teatrze i namysł nad pamięcią. Nie wszystkie te porządki w każdym momencie spotykają się ze sobą równie mocno.
Najbardziej przekonujące są te fragmenty, w których sens wynika bezpośrednio ze scenicznego działania, bez dodatkowego objaśniania. Puszcz pozwala wtedy, żeby sposób rozegrania sceny mówił więcej niż komentarz dopisany do niej z boku. Należy do nich choćby pomysłowo zrealizowany pościg samochodowy. Teatralna umowność nie próbuje tutaj udawać kina, lecz staje się źródłem własnego rytmu i komizmu. W takich momentach najlepiej widać zainteresowanie Puszcz teatralną materią: kliszami, gatunkami i rozpoznawalnymi kodami kultury, które po przeniesieniu na scenę zaczynają znaczyć coś innego. Murawski dostarcza do tego materiał, który nie jest tradycyjną fabułą kryminalną. Zamiast prowadzić jedno śledztwo od początku do rozwiązania, pozwala kolejnym tropom rozchodzić się w różne strony. Zbrodnia uruchamia cały repertuar skojarzeń związanych z serialem. Na scenie znane z telewizji sytuacje są jednocześnie odgrywane i komentowane z dystansu, dzięki czemu można obserwować nie tylko samą historię, ale również sposób jej konstruowania.
Ważną częścią tego mechanizmu jest obsada. Piotr Mokrzycki i Irena Sierakowska budują duet Zupka i Ewy na styku rozpoznawalności i przerysowania. Rafał Kosowski jako Major otrzymuje przestrzeń dla bardziej filozoficznego tonu. Urszula Gryczewska dobrze wykorzystuje możliwość zmieniania scenicznego statusu. Pozostali aktorzy tworzą zespół, który potrafi zarówno budować świat serialu, jak i w odpowiednim momencie ujawniać jego teatralną umowność. Dzięki temu „Zero Siedem” można oglądać na dwa sposoby. Pierwszy wymaga znajomości „07 zgłoś się” i pozwala wyłapywać gesty, typy postaci oraz drobne nawiązania. Drugi nie potrzebuje tej wiedzy, bo spektakl sam odsłania własny język: pokazuje, jak działa bohater zbudowany z popkulturowych cech. W obu przypadkach Porucznik pozostaje jednak przede wszystkim figurą pamięci.
Wałbrzyska realizacja ma przy tym szczególny kontekst: została wybrana przez publiczność w „Prawyborach u Szaniawskiego”. W pewnym sensie jest więc spektaklem o pamięci zamówionej — o tym, co wspólnota widzów chce ponownie zobaczyć, a następnie o tym, co teatr robi z takim oczekiwaniem. Publiczność poprosiła o Porucznika, ale otrzymała nie tyle jego powrót, ile przedstawienie o samym pragnieniu jego powrotu. To jedna z ciekawszych sprzeczności „Zero Siedem”. Z jednej strony jest tu autentyczna przyjemność powrotu do starej konwencji. Z drugiej — ciągłe przypominanie, że taki powrót nie może być prostym powtórzeniem. Dawny Porucznik nie może już wejść na scenę i zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło. Zmienił się widz, zmieniła się kultura, zmienił się sposób patrzenia na ekranowych bohaterów. Pozostała za to pamięć — niepewna, selektywna, podatna na upiększenia.
Puszcz i Murawski nie rozstrzygają, czy za tym światem należy tęsknić, czy się od niego odżegnywać. Ich spektakl raczej sprawdza, co właściwie kryje się pod nostalgią. Co pamiętamy, kiedy mówimy, że pamiętamy PRL? Czy pamiętamy rzeczywistość, czy jej telewizyjną scenografię? Czy fascynował nas sam Porucznik, czy może również fantazja o świecie, w którym ktoś taki mógł uchodzić za wzór męskości, profesjonalizmu i swobody?