Jedna z najwybitniejszych polskich aktorek. Trzykrotna laureatka Orła za pierwszoplanowe kreacje kobiece w filmach „Ostatnia rodzina" i „Boże Ciało" oraz za drugoplanową rolę w „Jak pies z kotem". Zdobyła też Grand Prix Festiwalu „Dwa Teatry" za rolę w spektaklu telewizyjnym „Posprzątane".
Droga do kariery nie była łatwa, los jej nie oszczędzał. Kilka lat temu wybrała nowe życie. W pojedynkę, z dala od miejskiego zgiełku. Nieduży dom w lesie. Blisko małej wsi, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Warszawy. Cisza, spokój, natura. Wśród drzew stoi nieduża kapliczka. Na innym zawieszono tabliczkę z napisem Ulica Kocia.
- W pobliskiej wiosce mieszka siedem osób - opowiada Aleksandra Konieczna. - Poznaliśmy się. Wszyscy są bardzo taktowni. Po latach umawiania się ze znajomymi w mieście na zasadzie „jesteśmy w kontakcie", często czytałam już klepsydry. A tu jest przyjaźnie, z buta idę do sąsiadki i pół dnia pijemy kawę na tarasie, a drugie pół się odprowadzamy.
O wyprowadzce z Warszawy marzyła od dawna. - Boja małomiasteczkowa dziewczyna jestem - mówi. - Kiedyś miałam gospodarstwo nad Narwią, ale ze względu na pracę i edukację córki musiałam to sprzedać. Teraz wróciłam do ciszy, do tego wszystkiego, co kiedyś nas podobno dyscyplinowało: natura, nuda, brak bodźców. Zawsze kochała prowincję. Nie miała obaw, że żyć będzie sama, w głuszy. - Nie były większe niż w mieście - podkreśla. - Kontakty miejskie są naskórkowe, wydmuszkowe, a tu czuję się absolutnie bezpiecznie.
Obawiała się tylko, jak ogarnie to organizacyjnie. -Ale ten ostatni rok wszystko wyjaśnił i wszystko się spina. Po prostu, jak mam jakieś spotkanie czy zajęcie w stolicy, wychodzę wcześniej. Nie gram tyle, abym musiała być codziennie w Warszawie. Propozycje wybieram świadomie - myślę, czy opłaca mi się wyjść z domu, czy nie. Mam swoje gniazdko i jest mi dobrze. Mogę powiedzieć, że mój dom jest miłością mojego życia. Ta miłość jest w połowie przeszklona.
- Mogę obserwować naturę. Zasypiam z lasem i z lasem się budzę. Dopiero się zagospodarowuję. Cudne jest to, że wokół pojawiły się kwiaty, których nie zasadziłam... Czy to już czas podsumowań? Nazajutrz leci do Szczecina. Najstarsze w Polsce kino „Pionier 1907" zaprosiło ją na trzy wejścia z jej filmami w ramach specjalnego przeglądu filmowego „Trzy oblicza Aleksandry Koniecznej". Prezentowane będą „Ostatnia rodzina", „Śubuk" i „Jak pies z kotem".
- To niepokojące - zauważa. - Pachnie mi to jakimś całokształtem. Zaczęło się podsumowywanie (uśmiech). Dość często dostaje podobne zaproszenia. - Gdybym chciała o te podsumowania zadbać, byłabym bardzo aktywna. Domy kultury czy biblioteki mają granty i chętnie zapraszają ludzi filmu.
Jej artystyczny bilans jest imponujący. Ponad sto ról w filmie, w serialach i spektaklach Teatru Telewizji. Czy kiedyś policzyła, ile dokładnie tego było? - Nigdy tego nie liczyłam. Czemu by to miało służyć? - pyta. - Temu, aby przy stoliku w Domu Artysty Weterana w Skolimowie nie posadzili mnie z baletnicą? (śmiech).
Aleksandra Konieczna ma na koncie ponad sto ról, trzy Orły i kreacje, które zapisały się w historii polskiego kina. Od niedawna mieszka w pobliżu maleńkiej wsi. Nowy dom jest jej wielką miłością
Zasypiam z lasem
Ostatnia produkcja kinowa, w której wystąpiła, to „Zęby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego. Sześć lat temu wcieliła się w rolę prokurator Wiesławy Bardon. Rok wcześniej było „Boże Ciało", a jeszcze przed nim, „Jak pies z kotem" - oba wychwalane i wybitne. W tym ostatnim filmie, reżyserowanym przez Janusza Kondratiuka, pierwotnie miata grać Iga Cembrzyńska, żona Andrzeja Kondratiuka, brata reżysera, ale po śmierci męża nie było jej łatwo wcielić się w tę rolę.
- Miała zagrać samą siebie, autentyczną, u boku dwóch znakomitych aktorów Roberta Więckiewicza i Olgierda Łukaszewicza. Już trwaty zdjęcia i było wiadomo, że ona tego nie zagra. Padło wtedy na mnie. Zostałam poproszona przez producenta. Było to na maksa stresujące, bo Janusz chciał Igi, tylko sprawniejszej, ale dałam radę.
Modlitwy babci i dziadka
Pochodzi z Prudnika. Nie marzyła o aktorstwie ani, jak mówi z uśmiechem, aby być księżniczką. -Andrzej Pajor, mój polonista z liceum, rozwinął mnie humanistycznie. Przez cztery lata jeździliśmy na spektakle do Starego Teatru w Krakowie. Uderzyło mnie piękno teatru. I chciałam w tym pięknie jakoś pozostać. Dziadek z babcią byli przeciwni studiom aktorskim. Modlili się, aby nie zdała do warszawskiej PWST, a kiedy się dostała - żeby ją wyrzucili. Świadomie wybrała Warszawę, a nie Kraków, bowiem zdawała sobie sprawę, że - jak to określa - „koryto" jest w stolicy. Większy rynek pracy.
Po ukończeniu uczelni dwa lata pracowała w Teatrze Współczesnym. Przygotowywała się do spektaklu według Franza Kafki, ale do premiery nie doszło. Zniechęcona wyjechała do Paryża. - Me była to realizacja moich wyobrażeń o teatrze. A alternatywnym kierunkiem obok teatru była Francja. Uczyłam się języka francuskiego, więc spełniłam swoje wielkie marzenie o studiach na Sorbonie. Interesował ją rozwój człowieka na przestrzeni wieków i związek z historią ludzkości, czyli antropologia. Do dziś zresztą ją to zajmuje. - Nauczyłam się tam konserwacji obrazów, bo pracowałam u mojej przyjaciółki, która miała studio konserwatorskie.
W Paryżu planowała być do końca życia, a była półtora roku. - Jeden ze znajomych reżyserów z czasów studiów zachęcił Macieja Prusa, który realizował „Ach, Combray" według Prousta w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, abym zagrała w tym spektaklu. Przyjechałam wystąpić gościnnie i zostałam. Na 10 lat. Zagrała na tej scenie wiele wybitnych ról. W tym czasie wyszła za mąż, urodziła córkę. Niestety, mąż, reżyser teatralny, był alkoholikiem, a ona osobą współuzależnioną. Małżeństwo się rozpadło. Mimo wielu życiowych trudności nigdy się nie poddawała. Pracowała, dużo grała i samotnie wychowywała Julię. Dziś już nie chce do tego wracać.
Po 10 latach spędzonych w Teatrze Dramatycznym przez osiem lat występowała w Teatrze Rozmaitości. - Zaprosił mnie dyr. Grzegorz Jarzyna. Ciekawe role, fajny czas. W tamtym okresie zagrałam w „Ostatniej rodzinie". Film o Zdzisławie Beksińskim w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego, w którym wcieliła się w żonę malarza, przyniósł jej nagrodę za pierwszoplanową rolę kobiecą na FPFF w Gdyni; została też laureatką Orła. - To nie była trudna rola. Byliśmy dobrze przygotowani. Ważne było, aby nie być ofiarą w skali 1:1, nie stawiać na siebie, ale na „my", na rodzinę. Ten film był nie tyle efektowny, co przenikający.
Wielokrotnie mogliśmy ją oglądać na dużym ekranie oraz w serialach. Miło wspomina pracę w Teatrze Telewizji, gdzie występowała w bardzo wielu spektaklach. Na tradycyjnych deskach teatralnych poza Teatrem Rozmaitości grała tez w Teatrze Polonia, Komedia, w gdańskim Wybrzeżu. Potem zrezygnowała z gry na scenie. Ale jednak zatęskniła za wspólnotą i po 10 latach przerwy trafiła do stołecznego Teatru Powszechnego. - Zagrałam ważną rolę w „Wiśniowym sadzie" Antoniego Czechowa w reżyserii Pawła Łysaka. Niestety, nie pasowałam nowej dyrektor Mai Kleczewskiej, odrzuciła mnie. Odeszła po przejściu na emeryturę. Mieszkała już poza Warszawą.
Niedawno wystąpiła w będącym w produkcji filmie „Szwagier" w reżyserii Szymona Jakubowskiego. - To nie tylko ciekawa, ale i ważna rola. Zagrała też epizodyczną postać w powstającym dla Netfliksa serialu „Noce i dnie". Cały czas występuje w „Na Wspólnej". - W przyszłym roku czeka mnie kilka wspaniałych ról filmowych. Ale nie mogę zdradzić szczegółów. Prywatnie czuję się znakomicie.