„Wróg ludu” Henrika Ibsena w reż. Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Telewizji. Pisze Wiesław Kowalski.
„Wróg ludu” Henrika Ibsena jest jednym z tych dramatów, których aktualność właściwie nie wymaga udowadniania. Wystarczy przypomnieć jego punkt wyjścia: lekarz odkrywa, że źródło utrzymania całego miasteczka jest jednocześnie źródłem zagrożenia, a kiedy próbuje powiedzieć o tym głośno, okazuje się, że prawda ma swoją cenę. Władza zaczyna kalkulować, lokalne media tracą niezależność, interes ekonomiczny bierze górę nad odpowiedzialnością, a większość szybko daje sobie wmówić, że problemem nie jest skażona woda, lecz człowiek, który odważył się o niej powiedzieć.
Małgorzata Bogajewska, wracając po „Wizycie starszej pani”
do Teatru Telewizji, nie próbuje z Ibsena zrobić efektownego widowiska.
Przenosi jego dramat w realia miasteczka czasu transformacji, z lokalnym
samorządem, uzdrowiskiem i gazetą, która z niezależnego obserwatora wydarzeń
stopniowo staje się elementem miejscowego układu. To rozwiązanie czytelne i
dramaturgicznie uzasadnione. Nie ma tu potrzeby nachalnego uwspółcześniania
tekstu – wystarczą mechanizmy, które Ibsen opisał ponad sto lat temu. I właśnie
dlatego po obejrzeniu spektaklu pozostaje pewien niedosyt. Nie dotyczący samego
wyboru dramatu ani jego adaptacji, lecz temperatury przedstawienia.
Bogajewska opowiada tę historię spokojnie, niemal bez
ostentacji. Kamera Łukasza Gutta przygląda się bohaterom z bliska, pozwala
obserwować twarze, reakcje, drobne przesunięcia emocji. Telewizyjność tej
realizacji jest zresztą jej istotnym atutem. Nie oglądamy teatralnej sceny
przeniesionej mechanicznie przed kamerę. Mamy raczej kameralny dramat o
ludziach zamkniętych w niewielkim środowisku, w którym wszyscy wszystkich znają
i prawie każdy coś komuś zawdzięcza.
Problem w tym, że ta powściągliwość chwilami przeradza się w
bezbarwność. Ibsenowski konflikt powinien narastać jak śruba dokręcana z każdą
kolejną sceną. Tutaj napięcie jest raczej konsekwentnie utrzymywane na podobnym
poziomie. Wiemy, dokąd zmierzamy, rozumiemy mechanizm, obserwujemy kolejne
etapy osaczania Stockmanna, ale rzadko mamy poczucie, że sytuacja wymyka się
bohaterom spod kontroli. Zbyt często spektakl bardziej ilustruje konflikt, niż
pozwala nam go naprawdę przeżyć.
Najwięcej życia pojawia się w relacji dwóch braci. Łukasz
Lewandowski jako Peter Stockmann nie gra klasycznego czarnego charakteru. Jego
burmistrz jest człowiekiem, który potrafi swoje decyzje przedstawić jako
rozsądne, odpowiedzialne i konieczne. Wie, że zamknięcie uzdrowiska oznacza
katastrofę ekonomiczną. Wie też, że prawda może zniszczyć dorobek całej
społeczności. Nie musi więc podnosić głosu. Wystarczy mu argument, że działa
„dla dobra wszystkich”. To właśnie ten rodzaj racjonalizacji czyni jego postać
ciekawszą od zwykłego politycznego manipulatora. Lewandowski potrafi pokazać
moment, w którym troska o wspólnotę niemal niezauważalnie przechodzi w troskę o
utrzymanie władzy. W jego wykonaniu Peter nie jest potworem. Jest znacznie
bardziej niepokojący: człowiekiem przekonanym, że ma prawo decydować, ile
prawdy społeczeństwo powinno poznać.
Piotr Franasowicz jako Thomas Stockmann ma zadanie
trudniejsze. To postać, która łatwo może stać się scenicznym herosem – samotnym
człowiekiem przeciwko skorumpowanej większości. Tymczasem Ibsen zostawia w tej
figurze sporo dwuznaczności. Stockmann ma słuszność, ale jego racja nie czyni
go automatycznie człowiekiem łatwym do polubienia. Z czasem jego
bezkompromisowość zaczyna graniczyć z obsesją, a przekonanie o własnej racji
może mieć w sobie coś z pychy.
Właśnie tej niejednoznaczności zabrakło mi w wykonaniu
Franasowicza. Jest w jego Stockmannie przyzwoitość, jest determinacja, jest
przekonanie o słuszności własnego odkrycia, ale za mało wewnętrznego żaru.
Bohater powinien stopniowo tracić grunt pod nogami, a jednocześnie nabierać
przekonania, że jako jedyny widzi rzeczywistość wyraźnie. Tymczasem oglądamy
przede wszystkim człowieka, który konsekwentnie realizuje swoje zadanie.
Trudniej natomiast poczuć, że kolejne decyzje naprawdę go kosztują, że wraz z
narastającym konfliktem traci poczucie bezpieczeństwa i coraz więcej ryzykuje.
Nie znaczy to, że przedstawienie jest aktorsko nieudane.
Przeciwnie – jego obsada jest mocna, a różnice między poszczególnymi kreacjami
wydają się raczej kwestią temperamentu spektaklu niż braku kompetencji
wykonawców. Adam Ferency jako Aslaksen dobrze wykorzystuje charakterystyczną
dla tej postaci mieszaninę pragmatyzmu, oportunizmu i pozornej troski o dobro
wspólne. Grzegorz Małecki tworzy bardziej nerwowego i podatnego na zmianę
frontu dziennikarza. Obaj pokazują, jak łatwo niezależność mediów może okazać
się zależna od okoliczności.
Warto też zwrócić uwagę na zmianę dokonaną przez Bogajewską
w konstrukcji świata lokalnych mediów. Przesunięcie ciężaru na postać wydawcy
sprawia, że redakcja staje się częścią miejscowego systemu zależności, a nie
tylko miejscem pracy dziennikarzy. To interesująca decyzja, choć ma swoją cenę.
Wraz z nią spektakl mniej zajmuje się samym dramatem Stockmannów, a bardziej
mechaniką lokalnego układu. Rodzinny wymiar historii zostaje przez to
ograniczony.
Szkoda szczególnie postaci Katrine. Justyna Wasilewska
dostaje niewiele przestrzeni, by zbudować kobietę rozdwojoną między lojalnością
wobec męża a świadomością konsekwencji jego decyzji. A przecież właśnie tutaj
dramat mógłby wyjść poza prostą opowieść o prawdzie i kłamstwie. Bo prawdziwe
pytanie nie brzmi przecież tylko: „Czy Stockmann ma rację?”, lecz również: „Ile
jesteśmy gotowi poświęcić, aby tej racji dochować?”. Rodziny, bezpieczeństwa,
pracy, własnej pozycji? A może także cudzej stabilności?
Pod tym względem „Wróg ludu” Bogajewskiej jest bardziej
spektaklem o społecznym mechanizmie niż o samotnym człowieku. Spektakl
pokazuje, jak tworzy się większość, jak zmienia się narracja i jak szybko ci
sami ludzie potrafią przejść od entuzjazmu do potępienia. Wszystko to brzmi
bardzo współcześnie, ale właśnie ta wyrazistość jest tutaj jednocześnie siłą i
ograniczeniem przedstawienia. Bo kiedy spektakl tak wyraźnie pokazuje nam, że
„Ibsen miał rację”, znika część niepokoju. Widz może stosunkowo łatwo rozpoznać
złe mechanizmy: interesy, naciski, manipulację, zależność mediów, populizm.
Trudniej natomiast zadać sobie pytanie, czy sam Stockmann rzeczywiście jest
wyłącznie bohaterem tej historii. I czy „większość” zawsze oznacza bezmyślny
tłum, podczas gdy samotna jednostka automatycznie ma dostęp do prawdy.
W tym miejscu nie sposób nie przywołać inscenizacji Jana
Klaty z Narodowego Starego Teatru w Krakowie. To jednak porównanie, które
bardziej pokazuje różnicę między dwoma językami teatralnymi, niż pozwala
rozstrzygnąć, która interpretacja jest właściwsza. Klata budował swój spektakl
poprzez ostentacyjną teatralność, groteskę, chaos i prowokację. Jego „Wróg
ludu” był przedstawieniem, które niemal bez przerwy przypominało widzowi, że
ogląda spektakl, a nie realistycznie odtworzoną rzeczywistość. Bogajewska wybiera
drogę odwrotną: redukuje środki, uspokaja ton, zbliża kamerę do aktorów i
pozwala, żeby konflikt rozgrywał się przede wszystkim w rozmowach. Pamiętam ze
spektaklu Klaty przede wszystkim Juliusza Chrząstowskiego jako Stockmanna –
aktora, którego obecność miała w sobie rodzaj niepokornej energii. Klata
chciał, żeby jego bohater nie tylko uczestniczył w konflikcie, ale również
próbował wyrwać widownię z wygodnej pozycji obserwatora. U Bogajewskiej takiego
gestu nie ma. Kamera pozostaje po naszej stronie ekranu. To bardziej tradycyjny
model opowiadania i zapewne właśnie dlatego jednych widzów uspokoi, a innych
pozostawi z poczuciem niedosytu.
Nie powiedziałbym jednak, że tej realizacji brakuje pomysłu.
Przeciwnie – jej założenie jest dość konsekwentne. Tyle że jest to spektakl
stonowany, klarowny i przede wszystkim komunikatywny. Nie ma tu potrzeby
szokowania widza ani formalnego komentowania każdej sceny. Dla jednych będzie
to zaleta, dla innych – brak teatralnego pazura. Mnie zabrakło właśnie tego
drugiego. Nie efektowności, nie eksperymentu, lecz poczucia, że pod spokojną
powierzchnią coś naprawdę wrze.
Co ciekawe, opinie widzów po emisji są bardzo podzielone.
Jedni zwracają uwagę na aktualność Ibsena, inni dostrzegają przede wszystkim
aktorstwo i pracę kamery. Są jednak również głosy o statyczności, braku
emocjonalnej siły, problemach z dykcją czy dominującej muzyce. Ta rozbieżność
wydaje mi się zresztą uczciwszym opisem spektaklu niż entuzjastyczne
zapewnienie, że mamy do czynienia z kolejnym arcydziełem Teatru Telewizji.
Dla mnie najważniejsze jest coś innego. Po ubiegłorocznej
„Wizycie starszej pani” Bogajewska postawiła sobie bardzo wysoko poprzeczkę.
Tam dramat Dürrenmatta miał większą gęstość, mocniejszą atmosferę i bardziej
wyrazisty rytm. Konflikt między jednostką a społecznością nie był jedynie
intelektualnym problemem – można go było niemal fizycznie odczuć. „Wróg ludu”
wydaje się przy tamtym spektaklu bardziej zachowawczy. A przecież materiał
Ibsena daje możliwość stworzenia przedstawienia równie niepokojącego.
Ostatecznie więc „Wróg ludu” nie zostawia mnie z poczuciem
rozczarowania Ibsenem ani z przekonaniem, że Bogajewska rozmija się ze swoim
tematem. Raczej z poczuciem, że spektakl pozostaje trochę zbyt bezpieczny wobec
tekstu, który aż prosi się o ryzyko. Wszystko jest na swoim miejscu: adaptacja,
współczesny kontekst, sprawnie prowadzona kamera, solidna obsada, czytelny
konflikt. Jest nawet kilka scen naprawdę mocnych. Ale po wyłączeniu telewizora
pozostaje pytanie, czy obejrzałem dramat o prawdzie, która kosztuje, czy przede
wszystkim dobrze opowiedzianą historię o tym, że prawda potrafi kosztować.
I chyba właśnie tutaj „Wróg ludu” ustępuje „Wizycie starszej pani”. Tamten spektakl bardziej mnie dotknął. Ten – przede wszystkim skłonił do myślenia. To niemało, ale od Bogajewskiej po jej poprzedniej realizacji oczekiwałem czegoś więcej.