09.09.2020, 12:40 Wersja do druku

Kiedy mamy już swój wiśniowy sad…

Kiedyś zapytałem mojego mistrza Tadeusza Łomnickiego - Wielkiego Aktora, rektora i profesora warszawskiej PWST – kto był jego mistrzem. Sądziłem, że wymieni Juliusza Osterwę, Aleksandra Zelwerowicza, Ludwika Solskiego, których mój mentor przywołuje w swoich „Spotkaniach teatralnych”, ale Aktor odpowiedział: „Matka”, i powtórzył: „Matka”.

fot. Waldemar Matuszewski

Nawet tego jakoś szczególnie nie musiał akcentować – to było naturalne, oczywiste, nie wymagało żadnego komentarza. Tadeusz Łomnicki był wtedy już „tylko” profesorem, wykładowcą PWST, grał „Ostatnią taśmę Krappa” , „Feuerbacha, wchodził w fazę Króla Leara. Siedział w jednym z foteli pokoju profesorskiego szkoły teatralnej, zmęczony, w zamyśleniu. Artysta zbliżał się wtedy do progu sześćdziesięciu lat. Siedząc w tym fotelu Mistrz miał lekko przymknięte powieki, patrzył w swoje wnętrze – miałem wrażenie, że wyraźnie widział swoją matkę, Jadwigę Łomnicką, gdy to mówił.

Kiedy wchodzimy w wiek „wiśniowego sadu”, tzn. coraz bardziej oddala się od nas dzieciństwo, kiedy tracimy – jednego po drugim – naszych bliskich, to jedno słowo, które wymienił Mistrz wyprzedza wszystkie inne. Odwiedziłem niedawno Zieloną Górę, gdzie kierowałem Teatrem Lubuskim przez pięć szczęśliwych lat (1991-1996). Teraz wiem, że był to mój „złoty wiek”. Miałem 37 lat, kiedy przewodniczący komisji konkursowej Marek Okopiński (wraz ze Stanisławem Hebanowskim w duecie zwanym „H+O" był wcześniej związany z tym teatrem) wskazał na mnie (wśród szesnastu kandydatów): „Ten będzie dyrektorem!”.

Z zespołem Lubuskiego wystawiliśmy wówczas m. in. „Antygonę” – prostym i poetyckim zarazem językiem przełożoną na polski przez Stanisława Hebanowskiego. Witając się teraz z aktorami i pracownikami teatru w Zielonej Górze, młodymi wtedy wraz ze mną - w okresie naszego wspólnego (jakże młodzieńczego, szalonego, momentami ryzykanckiego) teatralnego „łobuzowania”, z wielkim zdziwieniem przekonałem się, że wszyscy my z tamtej ekipy, z tamtego czasu, mamy już (no, cóż!) sześćdziesiąt lat. Kochając i wspominając czas owej „la belle époque”, wkroczyliśmy dziś w wiek „wiśniowego sadu”. Nawet tytułowa „Antygona”, znakomita aktorka, studentka Tadeusza Łomnickiego,  dla której czas okazał się na tyle łaskawy, że i dziś mogłaby śmiało przywdziać kostium bohaterki Sofoklesa, zbliżyła się do tego wiekowego progu (nazwiska aktorki nie wymieniam, bo kobietom lat nie liczymy). Oboje ze szkoły Tadeusza Łomnickiego możemy już dziś  powiedzieć za nim: „Matka”.

W Zielonej Górze w roku 1993 wystawiliśmy także właśnie „Wiśniowy sad” Antoniego Czechowa  – z gościnnym udziałem Barbary Wrzesińskiej (Raniewska), Krzysztofem Gordonem (Gajew) i Janem Tomaszewiczem (Łopachin) oraz całym (świetnym!) zespołem aktorskim T. Lubuskiego.

RANIEWSKA po latach nieobecności w domu rodzinnym wita się ze swoim sadem: (patrzy przez okno w sad) O dzieciństwo moje, niewinności moja! W tym dziecinnym pokoju sypiałam, patrzyłam stąd w sad, szczęście budziło się razem ze mną każdego ranka i wtedy sad był zupełnie taki sam, nie zmienił się wcale. (śmieje się z radości) Cały, calutki w bieli! O, mój sadzie! Spójrzcie, mama nieboszczka idzie przez sad… w białej sukni! (śmieje się z radości) To ona!

GAJEW: Gdzie?

RANIEWSKA: Nie ma nikogo, białe drzewo pochyliło się, podobne do kobiety…

(tłum.: Tadeusz Łopalewski)

Wydaje się, że im bardziej zapuszczamy się w Teatr, im więcej wskazuje nasz teatralny licznik, tym bardziej zbliżamy się do mądrości Mistrza Tadeusza Łomnickiego. Kiedy całkiem niedawno straciłem wszelką chęć do zajmowania się teatrem, a po paru miesiącach tęsknota za tym rodzajem wyrażania emocji kazała powrócić do tej myśli, powstała potrzeba zbudowania spektaklu z tym świętym dla mojego Mistrza słowem w tytule: „Nie chcę matki piękniejszej od mojej!...” – to tytuł teatralnej adaptacji wyjęty z arcypowieści Marcela Prousta, adaptacji opartej na jednym z jej najważniejszych wątków.

Mistrz powiedział: „Matka!”.

Tytuł oryginalny

Kiedy mamy już swój wiśniowy sad…

Źródło:

Materiał nadesłany