09.09.2020, 12:15 Wersja do druku

Mozart w maseczce - Mozartiana w czasie pandemii

Czy Wolfgang Amadeusz Mozart jest odpowiednim patronem festiwalu muzycznego organizowanego w czasach pandemii? Ależ tak! Mozart żył w czasach - przypomnijmy: 1756-1791 - kiedy epidemie ospy, gruźlicy, gorączek jelitowych, duru plamistego i brzusznego, grypy i żółtej febry dziesiątkowały ludność Europy.

W ciągu 35 lat życia genialny kompozytor spędził w podróży dziesięć lat i dwa miesiące (sic!), co na pewno nadwątliło jego fizyczne siły. Twórca Don Giovanniego (1787) odwiedził Londyn, Paryż, Wiedeń, Pragę, Berlin, Rzym i Neapol, ale też 200 innych miast, gdzie mógł wszak zakazić się chorobotwórczymi drobnoustrojami. Mozart zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach i został pochowany we wspólnym grobie, tak jak wówczas chowano biedaków (którym Mozart nie był) i zmarłych na groźne choroby zakaźne.

To, że tegoroczny - już XV - Międzynarodowy Festiwal Mozartowski Mozartiana doszedł do skutku, jest już wartościowym sukcesem organizatorów: Polskiego Chóru Kameralnego i jego dyrektora - prof. Jana Łukaszewskiego. Festiwal odbył się w wersji skróconej, trzydniowej, ale zachował podstawowe formy muzyczne prezentowane podczas festiwalu w jego poprzednich edycjach. Tak więc odbyły się cztery otwarte koncerty na dziedzińcu oliwskiego Pałacu Opatów oraz koncert finałowy w Archikatedrze Oliwskiej.

Prof. Jan Łukaszewski - pomysłodawca i dyrektor artystyczny Festiwalu Mozartiana, podczas kolejnych koncertów finałowych z żelazną i godną podziwu konsekwencją prezentuje sakralne utwory Mozarta. W tym roku były to Litaniae lauretanae BMV D-dur KV 195/186d, Missa solemnis C-dur KV 337, Ave verum corpus KV 61S oraz Regina Coeli C-dur KV 276. Obok Polskiego Chóru Kameralnego wystąpili Robin Johannsen - sopran, Ewa Marciniec - alt, Krystian Krzeszowiak - tenor, Wojtek Gierlach - bas i Akademie fur Alte Musik Berlin.

Prof. Jan Łukaszewski, który tradycyjnie poprowadził finałowy koncert, nadał każdemu z utworów wyrazisty i atrakcyjny charakter. W otwierającej wieczór Litanii loretańskiej, w części Sancta Maria, usłyszeliśmy wyczuwalne taneczne pulsowanie charakterystyczne
dla... poloneza, który cieszył się ogromną popularnością na osiemnastowiecznych salonach Europy. Inne ogniwo, to rozpoczynające się od słów Uzdrowienie chorych, módl się za nami, nabrało w tym roku szczególnej, dramatycznej aktualności. Mozart zbudował w tej części nastrój niepokoju posiłkując się molową tonacją h-moll i sekundowymi interwałami, natomiast dramatyczne błagania oparł na dużych skokach dźwięków o oktawę w dół.

Obok zespołu instrumentalnego i chóru mieszanego w litanii wystąpiła czwórka solistów. Rygory związane z pandemią spowodowały, że soliści śpiewali z pierwszego rzędu ławek w nawie głównej: głosy żeńskie z lewej, a głosy męskie z prawej strony. Artyści musieli się więc obracać za każdym razem, kiedy wstawali i włączali się do śpiewu. Kwartet solistów (przypomnijmy:          Robin Johannsen - sopran, Ewa Marciniec - alt, Krystian Krzeszowiak - tenor, Wojtek Gierlach - bas) został bardzo dobrze dobrany, ich głosy współbrzmiały we właściwych proporcjach, a kolejne arie, duety i kwartety były popisami szlachetnego i pięknego śpiewu zgodnego z duchem i regułami osiemnastowiecznego wykonawstwa. W ostatniej części litanii Robin Johannsen wyśpiewała Agnus Dei z miłą dla ucha i godną podziwu lekkością.

Msza C-dur była pięknym popisem wszystkich wykonawców, ale warto w tym miej -scu podkreślić kunszt instrumentalistów z Akademie fur Alte Musik Berlin, który w szczególny sposób ujawnił się w partiach oboju, fagotu i organów (pozytywu organowego) w ogniwie Et incamatus est. Muzycy z Berlina wystąpili na Mozartianach już po raz piąty, co jest oczywistym znakiem uznania, ale też sympatii, jakimi zespół i jego koncertmistrz (Bernhard Forck) darzeni są przez śpiewaków i dyrektora Polskiego Chóru Kameralnego. Podczas koncertu, z powodu wymogów zachowania bezpieczeństwa zdrowotnego, chór został podzielony na trzy zespoły: soprany i tenory stały w części środkowej sceny, basy z lewej, natomiast alty z prawej. W trakcie wykonywania części Benedictus qui venit in nomine Domini nieoczekiwanie ujawniły się walory tego nietypowego ustawienia. Polifoniczna konstrukcja Benedictus wybrzmiała nie tylko wyraźniej, ale została wprawiona w stereofoniczny ruch, który nadał wykonywanemu utworowi zupełnie nowy, świeży wyraz.

Wykonanie motetu Ave verum corpus na chór i orkiestrę było zachwycające. Jan Łukaszewski nie tylko doskonale zespolił brzmienia głosów i instrumentów, ale wydobył z utworu najdelikatniejsze i jego najbardziej intymne pokłady. Oklaskom nie było końca.

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Artur Matys