Logo
Recenzje

„Katarzyna”, czyli o tym, jak dziewczynom robiono wodę z mózgu

4.02.2026, 15:36 Wersja do druku

„Katarzyna, czyli o szkodach, jakie przynosi lektura powieści” wg  Jane Austen w reż. Zofii Gustowskiej w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Pisze Wanda Świątkowska, członkini XI Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej i Europejskiej „Klasyka Żywa”.

fot. Karol Budrewicz/mat. teatru

Rola panny na wydaniu była w poprzednich epokach wręcz funkcją społeczną – to był czas liminalny, kiedy młoda kobieta spod władzy ojca przechodziła pod opiekę przyszłego męża. W kulturach patriarchalnych niewiele miała do powiedzenia w kwestii wyboru partnera. Była wystawiana na jarmarkach matrymonialnych – na salonach, spotkaniach towarzyskich, balach (specjalny status „debiutantki” w momencie pierwszego okazania). Pod opieką ciotki czy innej przyzwoitki mogła nawet udać się w podróż do takiego uzdrowiska jak Bath, by przechadzać się po promenadzie i prezentować kandydatom.

Kartą przetargową był jej posag, nazwisko i reputacja, czyli mówiąc wprost – cnota. Krótki okres jej wolności i okazję do poznawania świata zamykały dość szybko oświadczyny i transakcja pomiędzy przyszłym mężem a jej ojcem. Jeśli okres wystawiania na pokaz trwał zbyt długo, dziewczynie groziło zostanie „starą panną”. A stan ten wiązał się nie tylko z odium społecznym, ale i większym zagrożeniem (na przykład ekonomicznym) niż potencjalne niebezpieczeństwa wynikające z przyszłego małżeństwa.

Tak długo toczył się świat, nic więc dziwnego, że dziewczętom wbijano do głowy nie tylko posłuszeństwo wobec tych zasad, ale i rozmaite scenariusze i instrukcje („teraz nie kochasz, ale pokochasz”), by proces ten przebiegł bezkonfliktowo. Nierealne mrzonki panien o romantycznej miłości tylko psuły szyki rodzicom, generowały domowe konflikty, powodowały poczucie przegranego życia, a w skrajnych przypadkach – klasztor lub samobójstwo. Niewiele kobiet miało inne wyjście, niż chodzić w kagańcu obyczaju sankcjonowanego przez patriarchat do spółki z Kościołem. Tym, co się działo w sercach i duszach młodych kobiet, ich dylematami, tragediami i pragnieniami zajmowała się co najwyżej literatura.

Jane Austen wnikliwie i z ironią przeprowadzała wiwisekcję tych procesów i norm w XVIII-wiecznej Anglii. Sama sprzeciwiła się tym układom i nigdy nie wyszła za mąż. W swej młodzieńczej, lecz wydanej dopiero pośmiertnie powieści Opactwo Northanger (a według wielu krytyków najbardziej bezkompromisowej i eksperymentalnej), autorka sparodiowała styl powieści gotyckiej i dosyć złośliwie nakreśliła portret młodej kobiety żyjącej fantazjami o awanturniczych przygodach i romantycznej miłości. „Szkodliwą” lekturą bohaterki jest tu między innymi powieść Ann Radcliffe Tajemnice zamku Udolpho. Melodramatyczny scenariusz Katarzyna Morland próbuje usilnie przełożyć na swoje życie, co bezpardonowo demaskuje i ośmiesza autorka. Bowiem stworzona przez nią bohaterka pod względem pozycji życiowej, charakteru, wyglądu czy cech osobowości „nie nadawała się na heroinę powieści”. Była zwykłą dziewczyną wychowaną na prowincji, w średniozamożnej, ale kochającej się rodzinie. Wyjazd do kurortu w Bath w roli towarzyszki bogatej sąsiadki, Pani Allen, daje jej szansę na spełnienie romantycznych fantazji, ale tak naprawdę pozwala wpaść w przygotowany dla niej scenariusz – poznanie kandydata, okres zalotów, oświadczyny.

Legnicka adaptacja Opactwo Northanger została dokonana przez Marię Gustowską, a wyreżyserowana przez jej siostrę – Zofię Gustowską. Jest to premiera przygotowana przez kobiecy zespół realizatorski: Katarzynę Pawelec (scenografia i reżyseria światła), Aleksandrę Harasimowicz (kostiumy), Agatę Zemlę (muzyka), Katarzynę Sikorę (choreografia), co w tym wypadku nie bez znaczenia. Dzisiejsze młode twórczynie dekonstruują panieńskie fantazje i wyobrażenia na temat miłości i romantycznego związku i demaskują finansowe podstawy matrymonialnych transakcji. Patrzą na świat Austen z perspektywy współczesnych kobiet, jednak świadome uwikłania i bezwyjściowej sytuacji prababek.

Zofia Bąk w roli Katarzyny Morland przypomina dzisiejszą nastolatkę wrzuconą w świat konwenansów i etykiety, a nie damę z przełomu wieków. Daje swej „wybrakowanej” i rozmarzonej heroinie współczesną świadomość, ekspresję i wrażliwość. Już pierwsza scena spektaklu pokazuje jej wejście w rolę i dosłownie – w kostium. Ubrana współcześnie Bąk stoi na proscenium przed zasłoniętą kurtyną i prezentuje się widzom w autokrytycznym monologu. Ma na sobie sweter w paski, krótką spódniczkę i trampki. Zabiegana Matka (Ewa Galusińska), z którą rozmawia, dzierży w jednym ręku telefon komórkowy, w drugim paczkę papieru toaletowego. Dopiero zaproszenie do uzdrowiska powoduje zmianę stroju bohaterki na suknię z epoki i rozsunięcie kurtyny, czyli wejście na scenę publiczną – do sal ansamblowych kurortu w Bath. Cóż że prześwituje tam zwyczajność i za kryształowym żyrandolem widać odrapane ściany teatru. Jesteśmy w końcu w teatrze – zalotów, konwencji, romansowego spektaklu – którego wszyscy są tu świadomi.

fot. Karol Budrewicz/mat. teatru

Wystarczy spojrzeć na scenę zbiorowych tańców na balu w uzdrowisku – kontredanse wykonywane do rytmicznej beatowej muzyki ujawniają groteskowość bez zbędnego komentarza. Dworne ukłony, dygnięcia, wystylizowane gesty czy konwencjonalne rozmowy są tu przełamane i skontrapunktowane wrzaskiem mew, niepasującą muzyką czy nieoczekiwaną kiczowatą piosenką („Mam w sobie tyle wdzięczności. Serce mi pęka z radości. Nasz dom będzie pełen miłości. Chcę dożyć z tobą starości”). Realizatorki bawią się romansową konwencją, dystansując siebie, bohaterów i widzów od prezentowanej historii.

Wszystko epatuje tu sztucznością – poczynając od eleganckich, upiętych pod biustem sukien, przez absurdalne torebki, koczki, cygaretki, po ostentacyjnie sztuczną scenografię: pustą złoconą ramę, wtaczaną ławeczkę „do zalotów” czy pochyłą podłogę, po której pokracznie chodzi się w butach na obcasie, na koniach i powozach kończąc (jest to motocykl lub osiodłany gimnastyczny kozioł). Przedmiotem zabawy może być także archaiczny język powieści, kiedy widzom trzeba wytłumaczyć znaczenie „prebendy” jako hasła do krzyżówki. Absurdy epoki zostają wyśmiane, ale zarazem potraktowane ze współczuciem. Ówczesne panny na wydaniu nie zawsze mogły uciec ze sceny i przełamać tę konwencję, jak może to zrobić współczesna Katarzyna Morland.

Jak dla powieściowej bohaterki matrycą staje się powieść Radcliffe, tak dla współczesnej dziewczyny podejrzliwie traktowanym scenariuszem jest powieść Austen. Reżyserka dubluje nawiasy, traktując z ironią ironię powieściopisarki i dając w efekcie parodię parodii. Na tyle jednak subtelną i pełną empatii, że nie da się rozmarzonej Katarzyny nie lubić i nie kibicować jej w walce o wyzwolenie (z konwenansów, wyobrażeń i narzuconego scenariusza). Ciekawym zabiegiem adaptacyjnym jest połączenie w głównej postaci nadświadomej perspektywy narratorki powieści z naiwną pozycją Katarzyny. Zofia Bąk wygrywa tę podwójność perspektyw – jej Katarzyna w bezpośrednich zwrotach do publiczności komentuje własne słowa i zachowania, to znów odgrywa scenki salonowe, by po chwili przenieść widza w świat własnej wyobraźni i wymyślonych scenariuszy. Daje to dodatkowy efekt komiczny, a humoru (niekiedy złośliwego) nie brak ani w powieści, ani w spektaklu. Dzięki tym zabiegom realizatorki pokazują, co kształtowało (kształtuje?) kobiece ideały i marzenia o relacjach i precyzyjnie rozmontowują te mechanizmy. Katarzyna wrzucona w relację między „tym wymarzonym” (Arkadiusz Jaskot w roli Henryka Tilney’a), a „tym niechcianym” (Paweł Palcat jako Jan Thorpe), popełnia gafę za gafą, ulega złudzeniom, ale w końcu kroczek po kroczku wybija się na niezależność.

Twórczynie odsłaniają opresyjność fundowanego młodym ludziom scenariusza, któremu w podobnym stopniu podlegali również młodzi mężczyźni, przyszli dziedzice rodowych fortun, tak samo zależni od woli ojców. Zdominowany przez generała Tilney’a (Paweł Wolak) syn Henryk jest podobnie jak Katarzyna wbity w sztywny kostium etykiety, choć w gruncie rzeczy jest nieśmiałym i zwyczajnym chłopakiem, który chętnie porozmawiałby z nią szczerze. Z kolei brat Katarzyny, Jakub Morland (grany przez Jakuba Stefaniaka) sam pada ofiarą wyobrażeń o „idealnej kobiecie” i bezinteresownej miłości. Idealna kandydatka na przyszłą narzeczoną i przyjaciółkę tytułowej heroiny, egzaltowana Izabela Thorpe (Anna Sienicka) przerachowała się w polowaniu na męża. Katarzynie przyjdzie docenić prawdziwą przyjaźń w osobie nieśmiałej Eleonory Tilney (Magdalena Skiba). Przyjaźń ufundowaną oczywiście na tych samych lekturach, bo „najlepszym testem dla potencjalnej przyjaźni jest sprawdzenie, czy nowo poznana osoba czyta te same książki”.

Twórczynie przedstawienia podążają za bystrą obserwacją obyczajową Austen, która historie miłosne osadzała w twardych realiach: zależności rodzinnych, hierarchii społecznych, uwarunkowań ekonomicznych. I autorka, i jej interpretatorki jasno pokazują, że w XVIII-wiecznej rzeczywistości wiało grozą niczym z gotyckiej powieści dla samodzielnie myślących i szukających szczerości młodych ludzi. Realizatorki znakomicie wydobyły ironię i absurdy epoki, kompromitując sztywne normy zachowania, rygorystyczne konwenanse i zależność młodych od rodziny i pieniędzy.

Aktorzy fantastycznie bawią się konwencjonalnymi dialogami, odgrywając socjetę wedle ustalonego scenariusza, mają jednak dzisiejszą świadomość – i zza maski co rusz ujawnia się prawdziwa, obolała od uśmiechów twarz.

Otwarty i przekorny wobec oryginału finał daje nadzieję – Katarzyna znowu narzuca sweter i stare trampki, a Tilney przychodzi do niej w dżinsach i koszulce polo. Siadają na proscenium i rozmawiają o swoich wadach. Zamiast zaplanowanego przez Austen ślubu jest krótki dialog: Henryk pyta: „To co dalej?”, na co Katarzyna odpowiada: „Nie mam pojęcia”. I te proste słowa są tak uwalniające, że pozostaje tylko cieszyć się, że żyjemy w XXI wieku.

Nowoczesna, mądra i wnikliwa lektura Opactwa Northanger dokonana przez twórczynie z pewnością nie przynosi szkód, a otwiera intrygujące pola do interpretacji twórczości Austen i udowadnia, jak wspaniały (i wciąż nieodkryty) może to być materiał dla teatru.

***

Katarzyna, czyli o szkodach, jakie przynosi lektura powieści
na podstawie Opactwa Northanger Jane Austen
przekład: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
adaptacja i dramaturgia: Maria Gustowska
reżyseria: Zofia Gustowska
scenografia i reżyseria światła: Katarzyna Pawelec
kostiumy: Aleksandra Harasimowicz
muzyka: Agata Zemla
choreografia: Katarzyna Sikora
występują: Zofia Bąk, Ewa Galusińska, Anna Sienicka, Magdalena Skiba, Małgorzata Urbańska, Arkadiusz Jaskot, Mateusz Krzyk, Paweł Palcat, Jakub Stefaniak, Paweł Wolak
Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy
premiera: 7 czerwca 2025

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne

Sprawdź także