05.07.2021, 10:35 Wersja do druku

Kaim nie bierze jeńców

„Popatrz na mnie”, reż. i opieka pedagogiczna Ewa Kaim, dyplom IV roku WA AST w Krakowie, spec. wokalno-aktorska, pisze Daniel Falcman w Teatrze dla Wszystkich.

Podobno amfiteatr w Świnoujściu powstał dla Umer, a Opole odkryło Demarczyk. Albo, odwrotnie, to Demarczyk odwiedziła Opole – na trasie z Krakowa. Na występ do Krakowa Cebulski przyjechał wprost z Sopotu, tylko przerwał „ściankę” z Ibiszem i serię nagrań na Instagramie z niezawodną akcentuacją proparoksytoniczną (naprawdę, lubiłem jej słuchać).

Mannheim twierdził, że generacje formują się co 20 lat. Konstytuuje je, poza metryką, przeżycie pokoleniowe – coś na kształt Maslowowskiego pick-experience: złe tłumaczenie – „przeżycia szczytowego” lub, bez skojarzeń, zbioru praktyk tożsamościotwórczych, odpowiedzialnych za dystynkcję między pokoleniem obecnym a przeszłymi. Gdy śledzę aktywność Cebulskiego na Instagramie, zastanawiam się, czy Mannheim faktycznie miał rację, że dla pokoleń niezbędne są pick-experiences – albo nadal żyjemy w świecie generacji Demarczyk, a to, co po niej, to tylko „odfajkowywane” roczniki.

Znakomicie skomponowane, reżysersko wycyzelowane i brawurowo zagrane „Popatrz na mnie” wprawdzie nie było jak Świnoujście dla Umer ani Opole dla Demarczyk (lub Demarczyk dla Opola), ale – „kto nie ma nic, ten może wszystko” (Ciężkowska i kolektyw) – wyeksponowało kilka talentów aktorskich: Wróblewskiego i Kieś. Choć zastrzegam, że to „zestawienie” najzupełniej subiektywne (spektakl zagrany został na równym, wysokim poziomie – decydowały imponderabilia). Wróblewski na rolę znalazł bardzo interesujący pomysł – z kruchości uczynił siłę: może nie charyzmę, ale urzekający rodzaj wrażliwości, głęboko poruszającej i autentycznej. I nie droczę się ani nie podśmiechuję – tylko niechcący wybrzmiewa prawie jak panegiryk dla Ghandiego. Zaczął niepozornie, bez podkładu muzycznego, bezbłędnie i w górnych rejestrach intonując wokalny przerywnik w partii dialogowej. Jedynie w drugiej części był już minimalnie pod dźwiękiem (może to jednak niedokładność odbioru?). Przez cały spektakl śpiewał nieźle – w rejestrze tenorowym, jazzową, „piaskową” barwą. Także za walory wokalne brawa dla: Łabno – naprawdę dobra dynamika i vibrato, Polewany – sprawne przejścia z rezonansu piersiowego do głowowego, Dąbrowskiego – ładny baryton liryczny, aksamitna barwa, łatwość kantyleny, aczkolwiek z wykrzyczanymi górnymi partiami (żaden to jednak zarzut – również Cebulski, przecież tenor, nie pokazał skali). W końcówce spektaklu Wróblewski zaprezentował to, na co czekałem – z dobrze pomyślanego, wyrównanego aktorsko przedstawienia wydobył „jakość sceniczną”. Gdy rozpoczął monolog o Persefonie, dotąd rozweselona sala zaniemówiła i w milczeniu „wytrzymała” dobrych kilka minut. A Wróblewski mówił dalej – był za postać i w tekście. Już jednak przejście do piosenki tak bardzo mnie nie przekonało, mimo świetnego zsynchronizowania z ruchem scenicznym – wolałbym, żeby spektakl zakończył się właśnie na monologu, „ewentualnie” – kolejnej scenie, bez niej (nie twierdzę, że źle zaśpiewanej – zbędnej). Zauważam paralelę do Al-Murtathy: podobna „energia”, pomysł na monolog – oby tylko nie podzielił jego losów na Festiwalu Szkół Teatralnych, choć akurat „to”, czym od pewnego czasu puentuje Festiwal, celuje w Kafkę albo powieść obyczajową bez happy-endu.

Łabno błysnęła bardzo dobrym wykonaniem „Dream On”. Dotąd za autora najlepszego coveru uważałem Travisa Cormiera – czy jeśli dodam, że nie wyobrażałem sobie żeńskiej konkurencji, jeszcze będzie to odebrane jako komplement czy „już” seksizm? Szczerze pytam. Poważnie, Pani Agato, podobało mi się.

Polewany wyróżniła się przyzwoitym wykonaniem bardzo trudnej piosenki Niemena (miewał łatwe?) – „Jednego serca”. Do utworu mam szczególny sentyment – słucham po kilka razy dziennie – zarówno oryginału jak i wersji Łobaszewskiej z Ajagore. Są w polskiej muzyce artyści, po których nie powinno się powtarzać, chyba że, jak Łobaszewska, ma się na nich własny pomysł. Będę brutalnie szczery: Polewany mi nie zaimponowała, ale i tak szanuję, że wybroniła się w tak wymagającym numerze, dzielnie walcząc przynajmniej do refrenu – nawet do tego momentu nie do udźwignięcia dla większości polskiej estrady. Być może, to, jak reagowałem, po wibracjach fotela, odczuł siedzący przede mną aktor Janiszewski.

Kieś kapitalnie zaśpiewała „Tańczące Eurydyki” z repertuaru German. I tak, jak w przypadku Wróblewskiego, zahipnotyzowała publiczność. Jedynie w drugiej części piosenki artystka miała problemy z podparciem przeponowym – albo się czepiam.

Last, but not least – eteryczna, dobrze śpiewająca Daukszo i Muszyńska prawie jak Fudalej (szukałem komplementu).

Kaim zabrała mnie do Edenu muzycznych namiętności i dała skosztować z drzewa poznania dobra i zła. Albo już wcześniej posmakowałem i przyszedłem po deser?

Daniel Falcman – filozof psychiatrii, bioetyk

Popatrz na mnie – spektakl dyplomowy studentów IV r. Wydziału Aktorskiego specjalności wokalno-aktorskiej AST w Krakowie.

Reżyseria i opieka pedagogiczna: Ewa Kaim
Scenariusz: Patrycja Kowańska
Scenografia, kostiumy, światło: Mirek Kaczmarek
Choreografia: Bartosz Ostrowski
Kierownictwo muzyczne: Dawid Sulej Rudnicki
Przygotowanie wokalne: Justyna Motylska
Zespół muzyczny: Dawid Sulej Rudnicki – fortepian, Grzegorz Bąk – bas, Michał Peiker – perkusja

Występują: Patryk Cebulski, Monika Daukszo, Marcin Dąbrowski, Adrianna Kieś, Agata Łabno, Daria Muszyńska, Katarzyna Polewany, Szymon Wróblewski

Tytuł oryginalny

Kaim nie bierze jeńców

Źródło:

Teatr dla Wszystkich online

Link do źródła

Autor:

Daniel Falcman

Data:

05.07.2021