„Dziedzictwo” w reż. Roberta Talarczyka w Teatrze Żydowskim im. Estery Racheli i Idy Kamiński w Warszawie na 64. Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych 5. Festiwalu Arcydzieł. Pisze Tomasz Domagała na stronie domagalasiekultury.pl.
W uzasadnieniu Literackiej Nagrody Nobla dla Icchoka Baszewisa Singera w 1978 roku podkreślano, że pisarz ocalił w literaturze świat wschodnioeuropejskich Żydów – ich język, wierzenia, obyczaje, duchowość i wyobraźnię, nadając zarazem tej szczególnej rzeczywistości wymiar uniwersalny. Trudno więc o twórczość lepiej nadającą się do uczczenia 75-lecia Teatru Żydowskiego w Warszawie. Gołda Tencer postanowiła zwieńczyć jubileuszowe obchody spektaklem „Dziedzictwo”, którego punktem wyjścia stał się przechowywany przez nią od lat niezrealizowany scenariusz serialu telewizyjnego Krzysztofa Teodora Toeplitza, łączący dwie powieści Singera – „Dwór” i „Spuściznę”. Obie są rozległymi sagami rodzinnymi, ukazującymi panoramę żydowskiego życia w Polsce po powstaniu styczniowym. Nie mają jednego głównego bohatera – kolejne postaci wysuwają się na pierwszy plan, by następnie ustąpić miejsca innym, przekazując sobie narracyjną pałeczkę w wielopokoleniowej sztafecie ludzkich losów. Taka konstrukcja znakomicie odpowiadała zamysłowi Tencer, która zapragnęła zaangażować w jubileuszowe przedstawienie niemal cały zespół Teatru Żydowskiego, dając mu możliwość zaprezentowania się w pełnej krasie. Reżyserię powierzyła Robertowi Talarczykowi, twórcy głęboko zakorzenionemu w śląskiej tożsamości, który jak mało kto w polskim teatrze potrafi afirmować kulturę mniejszości, wydobywając piękno jej języka, obyczajów i tradycji. Talarczyk, wspólnie z Remigiuszem Grzelą, powrócił do literackich źródeł, przekładając Singerowską opowieść o polsko-żydowskich losach na język teatru.
Oglądając „Dziedzictwo”, nie sposób jednak zapomnieć, że świat, który Singer z taką pieczołowitością odtwarza w swoich powieściach, już nie istnieje, zmieciony z powierzchni ziemi przez Zagładę. Przypominają mi się w tym miejscu słowa Jerzego Walczaka, jednego z aktorów przedstawienia, który w wywiadzie udzielonym mi przed laty dla miesięcznika „Teatr” wyznał: „W każdym, nawet najweselszym spektaklu naszego teatru znajduję cień Zagłady. Wszystkie one mi bowiem pokazują, co nam zostało z naszej kultury. Dla wielu osób to będzie feeria kolorów, śpiewu i tańca, dla mnie to wspomnienie tego, co zostało unicestwione”. Trudno o trafniejsze określenie paradoksu, który towarzyszy także „Dziedzictwu”: im pełniej przywołuje ono bogactwo żydowskiego świata, tym dotkliwiej uświadamia nam jego nieobecność. Można by więc wyobrazić sobie finał, który w jakiejkolwiek formie przywoływałby tę historyczną katastrofę, nadając całej opowieści tragiczny wymiar. Talarczyk wybiera jednak inną drogę. Zakończenie ma charakter afirmacyjny: na scenie pojawia się Gołda Tencer, a jej obecność przenosi opowieść o żydowskim dziedzictwie w teraźniejszość, stając się symbolicznym podsumowaniem misji teatru, któremu od lat przewodzi na wielu poziomach. Holocaust pozostaje więc niewypowiedzianym tłem całego przedstawienia, a jego finał, zamiast przypominać o unicestwieniu żydowskiego świata, podkreśla ciągłość jego kultury, pamięci i scenicznego istnienia.
Fabuła Singerowskiej opowieści rozgrywa się w monumentalnej, kamiennej przestrzeni, przypominającej wnętrze świątyni jerozolimskiej. Scenografię Dagmary Walkowicz-Goleśny tworzą wysokie ściany, szerokie schody prowadzące ku ołtarzowi w głębi sceny oraz podesty na różnych poziomach. Przezroczysta tafla pleksi dzieli przestrzeń na dwie części, z których każda ma z góry określoną funkcję: za pleksi rozgrywają się przede wszystkim sceny ze świata żydowskiego, natomiast proscenium przeznaczone jest dla wydarzeń związanych ze światem nieżydowskim lub ukazujących spotkanie obu tych rzeczywistości. Po bokach scenę zamykają olbrzymie kamienne bloki, służące jednocześnie jako ekrany dla ilustracyjnych w dużej mierze wizualizacji.
Spektakl rozpoczyna prolog, w którym nad sceną pojawia się lewitujący cadyk (Marek Węglarski). Jego monologowi towarzyszy cały zespół aktorski, wykonujący zbiorową choreografię Jakuba Lewandowskiego. Przyznam, że nie zrozumiałem, co miały oznaczać konwulsyjne ruchy aktorów, nie mam jednak wątpliwości, że scena ta ujmuje całą późniejszą opowieść w metafizyczny nawias. Zwłaszcza że zawieszona nad sceną postać cadyka nadaje kamiennej przestrzeni charakter sakralny. Gdy znika, Singerowski żywioł epicki rusza z kopyta. Aktorstwo jest proste, realistyczne, choć niepozbawione ciągot do symbolizmu, chwilami wręcz nieznośnych, ale o tym za chwilę. Akcja toczy się niezwykle wartko, wspierana piękną muzyką Hadriana Filipa Tabęckiego i znakomitym światłem Katarzyny Łuszczyk. Nie ma tu zresztą zbyt wiele do interpretowania, bo Talarczyk prowadzi swoją opowieść niemal filmowo, pozwalając widzowi śledzić kolejne wydarzenia i losy bohaterów, układające się w epicki fresk. Miejscami ogląda się to z zapartym tchem, zwłaszcza gdy między aktorami zaczyna dziać się coś naprawdę niezwykłego. Gdy sceny zyskują oddech, własny rytm, gdy pojawia się w nich cisza, a wraz z nią przestrzeń na emocje, których nie trzeba dopowiadać, pojawia się teatralna magia. Świetnym tego przykładem są sceny między Kalmanem Jakobim a jego córką Miriam-Libą, w których Jerzy Walczak i Adrianna Kieś budują niezwykle sugestywną relację ojca i córki. Walczak jest zresztą jak zawsze wybitny, a Kieś to moje największe aktorskie odkrycie tego spektaklu.
Czymś, co zdecydowanie przeszkadza w odbiorze „Dziedzictwa”, jest niestety bizantyjska, w najgorszym tego słowa znaczeniu, choreografia Jakuba Lewandowskiego. W teatrze dramatycznym obowiązuje przecież zasada, że najlepsza choreografia to taka, której nie widać, która wspomaga aktorów, a nie próbuje za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Tutaj natomiast wręcz krzyczy do widza, a przede wszystkim jest jej zdecydowanie za dużo. Bywa tautologiczna wobec wypowiadanych kwestii, pretensjonalna w stosunku do przedstawianych wydarzeń (kuriozalna „ptasia” scena seksu) i kompletnie oderwana stylistycznie od realistycznego, filmowego toku opowieści. Najbardziej irytuje jednak jej nachalne wtargnięcie w intymne relacje bohaterów, które znakomicie dałoby się opowiedzieć spojrzeniem czy dialogiem. Oto trwa piękna scena rodzinna, aktorzy budują między sobą subtelne napięcie, gdy ni stąd, ni zowąd, bez żadnej dramaturgicznej przyczyny, w głębi sceny pojawia się NARÓD, koniecznie przez wielkie N, i zaczyna wykonywać jakiś wymyślny układ ruchowy. Cała misternie budowana sytuacja natychmiast traci swoją siłę, bo koledzy w tle „liżą ścianę”. Litości! To nie jest musical, w którym trzeba co kilka minut organizować zbiorowy numer taneczny. Efekt bywa groteskowy, a symbolika tych układów tym bardziej pretensjonalna, im mniej wynika z samej opowieści. Przypomina mi się spektakl Roberta Talarczyka sprzed lat – „Himalaje”, w którym reżyser nie zapanował niestety nad muzyką Miuosha, dudniącą bez ładu i składu w przestrzeni gór kojarzących się przecież przede wszystkim z ciszą. Tym razem podobne zbyt daleko posunięte zaufanie do choreografii odbiera przyjemność oglądania tego w gruncie rzeczy pięknego i szlachetnego przedstawienia. Mniej znaczy więcej, zwłaszcza w teatrze.
Nie sposób przy okazji „Dziedzictwa” i jubileuszu Teatru Żydowskiego pominąć sytuacji politycznej, w jakiej przyszło mu świętować swoje 75-lecie. Teatr jest przecież miejscem spotkania fikcji z rzeczywistością i nie da się go uprawiać w próżni, w oderwaniu od tego, co się dzieje na zewnątrz. Kiedy więc jeden z bohaterów Singera oznajmia krewnym, że wraz z przyjaciółmi zamierza wyjechać do Palestyny, w przedstawieniu nieoczekiwanie pojawia się kontekst współczesnej sytuacji w Strefie Gazy. Dzieje się to oczywiście mimochodem, bez intencji twórców, bo „Dziedzictwo” ma jasno określoną formę, treść i cel, a bieżąca polityka nie ma do niego – przynajmniej formalnie – wstępu. Tyle że rzeczywistość nie przejmuje się teatralnymi założeniami. Parafrazując słynne zdanie z „Kubusia Puchatka”: im bardziej Puchatek nie zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczek tam jest. I podobnie dzieje się tutaj z polityką – im bardziej spektakl próbuje pozostawić ją za drzwiami, tym wyraźniej daje ona o sobie znać.
Gołdzie Tencer oraz zespołowi Teatru Żydowskiego gratuluję jubileuszu, rozumiejąc, czym miało być i jest „Dziedzictwo”. Życząc dalszych sukcesów, namawiam też do krytycznej dyskusji na tematy wszelkie, teatr to bowiem chyba ostatnie miejsce, w którym wszystko można poddać w wątpliwość.