Gdyby żyła, świętowałaby właśnie 90. urodziny. 9 października 1936 roku przyszła na świat „poetessa” polskiej piosenki. Agnieszka Osiecka pozostawiła po sobie nie tylko około dwóch tysięcy tekstów piosenek, ale też wiersze, prozę, teatralne scenariusze i… filmy, a dokładnie dziewięć szkolnych etiud. Natalia Jóźwiak pisze w „Kalejdoskopie” o łódzkich fascynacjach poetki.
Urodziłam się przed wojną, pod jesień / Nie pamiętam, jak wyglądał wrzesień, / Ojciec się trudnił, matka przy mężu, / Bladzi i smutni – Hitler zwyciężył A. Osiecka „Życiorys”
W zbiorowej świadomości Agnieszka Osiecka wciąż figuruje – mieszka, przesiaduje, pisze – na skąpanej w bzach Saskiej Kępie rodem z „Małgośki”. I choć z Warszawą była najbardziej związana (towarzysko, zawodowo i prywatnie), to biografia autorki „Białej bluzki” zawiera także etap łódzki – czas kształtowania się jej artystycznej wrażliwości, umiejętności obserwacji i swoistego montażu słów, który przypadł na lata studiów reżyserskich w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. To w „mieście-skansenie” zdobyła pierwsze praktyczne umiejętności. Co jeszcze dała jej Łódź i jakie wrażenia po sobie zostawiła?
Dziewczyna, która staje się Osiecką
Od 10. roku życia pisała pamiętniki, do czego zainspirować ją miała ciotka Barbara, siostra Marii Osieckiej. Po latach w autobiograficznych „Rozmowach w tańcu” (Warszawa 1993) przyznała, że w tych wczesnych zapiskach z życia codziennego są jedynie autokreacyjne teksty, które zwłaszcza w pierwszych latach miały podobać się nie tylko jej samej, ale też… koleżankom ze szkoły, a więc – jak można założyć – i przyszłym czytelnikom. „Ciągle pokazywałam je koleżankom, pisałam pod kogoś. Poza tym starałam się przypodobać sobie samej. Jakaś taka marna autopsychoterapia”.
Memuary dziewczyny, która dopiero ma stać się poetką, stanowią bogactwo informacji nie tylko o niej samej, ale też o życiu w powojennej stolicy, w której mieszkała z matką (w domu przy ul. Dąbrowieckiej) niemal przez całe swoje życie. To właśnie z pierwszych zapisków dowiadujemy się, że młoda Agnieszka nie miała zbyt wiele wolnego czasu. Rygor pracy od najmłodszych lat wpajał jej ojciec – pianista Wiktor Osiecki. Kalendarz przyszłej poetki po brzegi wypełniony był dodatkowymi zajęciami: pływaniem, nauką języków (angielskiego, niemieckiego, francuskiego). Sama pogłębiała wiedzę z ulubionej biologii i marzyła, by zostać malarką. Nie mając jednak zdolności manualnych, postanowiła rozwijać umiejętności fotograficzne, by chociaż w taki sposób dać upust swoim wizjom artystycznym. Wiele jej zdjęć można zobaczyć w książce pt. „Na początku był negatyw” – część z nich wykorzystała jako portfolio podczas egzaminów wstępnych w Łodzi.
W wieku zaledwie 16 lat, w 1952 roku, zdała egzamin dojrzałości i w ostatnim momencie zmieniła decyzję – zamiast biologii wybrała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończyła je mimo licznych przeciwności. Niewynikających ze słabych ocen, ale z oskarżeń o bycie „wrogiem ludu”. Uważała jednak, że „spędziła cztery lata na kompletnych bredniach” – uczyła się tam bowiem m.in. radzieckich tytułów prasowych.
Zmarnowanym czasem nie był jednak jeden z najbardziej znamiennych w jej życiu artystycznym etapów – przynależność do Studenckiego Teatru Satyryków (STS). Członkinią rady artystycznej teatru była do 1972 roku. Owa przynależność oddziaływała na całą jej późniejszą twórczość. To tam pisała swoje pierwsze „poważniejsze” piosenki, to tam nauczyła się, że muzyka służy nie tylko rozrywce, jak zwykł mawiać jej ojciec, ale może być również społecznie angażująca, to tam powstał utwór-manifest ówczesnej młodzieży – „Okularnicy”.
Reżyserką być
W 1957 roku młoda poetka przyjechała do Łodzi, mając już na koncie pierwsze piosenki pisane dla STS i dyplom z niekoniecznie satysfakcjonujących ją studiów na UW. O miejsce w łódzkiej Szkole Filmowej ubiegała się za namową kolegi z teatru, Wojciecha Solarza, z którym później znalazła się na jednym roku. Przygotowania do rekrutacji rozpoczęła już wcześniej: pisała pierwsze recenzje, wymyślała koncepcje filmów, a 5 marca 1956 roku zanotowała krótko w swoim pamiętniku: „Szkoła Filmowa – etiudy – próbować pisać”.
Na odbywające się 23 lipca 1957 r. egzaminy wstępne zabrała ze sobą fotografie zrobione we Francji, na Mazurach, w Sopocie i Kazimierzu Dolnym. W ostatnim z wymienionych miejsc wykonała słynny portret pięknego dwudziestoletniego – Marka Hłaski „przymierzającego się do krzyża”. Komisji przedstawiła także swoje recenzje filmowe.
Należy wspomnieć, że studiowanie w PWSFTViT na przełomie lat 50. i 60. miało wymiar elitarny: kilkuosobowe roczniki, przesiadywanie w łódzkiej kawiarni „Honoratka”, Grand Hotelu czy po prostu na słynnych schodach łódzkiej szkoły, na których prowadzono m.in. dyskusje o tym, jakie miejsce w sztuce zajmuje film. I czy w ogóle jakiekolwiek. Usłyszeć tam można było także „erotyczne przechwałki”, jak je nazwała Osiecka, przyszłych filmowców: „W poniedziałek rano pojawiali się na schodach jacyś dziwnie rozespani i przeciągali się jak syte lwy. Wstydliwi koledzy obserwowali ich zazdrośnie z różnych zakamarków i bezskutecznie próbowali sobie przyswoić nietrudną przecież pantomimę” (A. Osiecka „Szpetni czterdziestoletni”, Łódź 1985).
W czasie, kiedy Osiecka studiowała w Łodzi, uczyli się tam także Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi, Janusz Majewski, Zofia Nasierowska. Rektorem uczelni był autorytet Osieckiej – prof. Jerzy Toeplitz, którego pracę autorka „Białej bluzki” niezwykle ceniła (w dziennikach wspominała m.in. o jego „kapitalnym wykładzie” dotyczącym futuryzmu, dadaizmu i surrealizmu). Szanowała też kilku innych wykładowców, a w szczególności Jerzego Mierzejewskiego. W „Szpetnych czterdziestoletnich” wyznała, że to właśnie w Łodzi, na Wydziale Reżyserii, spędziła najszczęśliwsze lata swojego życia, a Szkoła Filmowa to dla niej niedościgniony „wzór szkoły artystycznej”: „W szkole filmowej, rozpłomienionej Październikiem, panowała fantazja, swoboda i widzimisię, i to nie tylko profesorów, ale również studentów. Każdy opiekun roku prowadził swój kilkuosobowy oddziałek według własnej recepty i pomysłu. Ja na przykład byłam pod silnym wpływem profesora Jerzego Mierzejewskiego, malarza i teoretyka sztuki. Mierzejewski kazał nam rysować, malować, kleić kolaże, a przede wszystkim analizować każdy film jako dzieło sztuki plastycznej przede wszystkim”.
W latach 1957–1961 Osiecka zrealizowała w PWSFTViT dziewięć etiud. Pierwszą z jej reżyserskich wprawek był „Bibliofil” (1958), do 2012 roku uznawany za zaginiony, ostatecznie jednak odnaleziony w archiwach za sprawą profesora Marka Hendrykowskiego, filmoznawcy z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, autora pracy pt. „Etiudy Agnieszki Osieckiej”. W filmowym dorobku Osieckiej znajdujemy też: „Czarne i białe” (1958), „Solo na kontrabasie” (1958), reportaż „STS ‘58” (1958), adaptację opowiadania Sławomira Mrożka pt. „Słoń” (1959), „Zwierzęta futerkowe” (1960), „Bar Listopad” (1960), „Szampan” (1961) i „Plakat z drewna” (1961).
Praktykę zawodową Osiecka odbywała jeszcze jako młoda studentka u samego Andrzeja Wajdy na planie „Niewinnych czarodziejów” (1960), a tuż po (nieukończonych) studiach – u Janusza Morgensterna podczas zdjęć do filmu pt. „Jutro premiera” (1962). Dość szybko zrozumiała jednak, że minęła się z powołaniem. W wywiadzie rzece „Rozmowy o zmierzchu i świcie”, przeprowadzonym przez Magdę Umer, tak tłumaczyła porzucenie kariery reżyserki: „Czułam, że nie będę pracować w filmie, ponieważ film to ogromna machina. Ja jestem niecierpliwa. Wtedy, gdy zaczęłam pracować, polski plan filmowy to była potworna kupa ludzi i ciągle się na coś czekało. (…) Byłam prawdziwą nogą, jeśli chodzi o pracę z aktorem. Zupełnie nie miałam siły, żeby powiedzieć aktorowi, żeby robił coś innego, niż sam proponuje”.
„Agnieszka była nadzieją naszej reżyserii przez chwilę, kiedy chodziła do szkoły filmowej. Myśleliśmy, że to będzie wielka gwiazda” – powiedział po latach Andrzej Wajda w filmie dokumentalnym pt. „Agnieszka” Grażyny Pieczuro (1989). Reżyser przy okazji wyjawił, że to on zaproponował Aleksandrowi Ściborowi-Rylskiemu, scenarzyście „Człowieka z marmuru”, by główna bohaterka – młoda i bezkompromisowa studentka szkoły filmowej grana przez Krystynę Jandę – nosiła imię Agnieszka. Był to symboliczny ukłon w stronę Osieckiej i jej przygody z reżyserią.
Na uboczu łódzkiej bohemy
Najtrudniejszym łódzkim doświadczeniem był dla niej pobyt w akademiku przy ul. Bystrzyckiej (na dzisiejszym Lumumbowie). W swoim pokoju-celi, jak go nazywała, czuła osamotnienie i zagubienie. 23 stycznia 1958 roku pisała w dzienniku: „W Łodzi, w pokoju-celi, histerycznie, źle. Śnieg w okno. Nerwy, łzy. Sama. Po co tu?”, 24 kwietnia znów: „Noc na Bystrzyckiej. Żal siebie. Ten pokój”.
Osiecka nie przepadała za łódzkim środowiskiem artystycznym, w słynnej „Honoratce” widziała głównie snobów. Mimo że od lokalnej bohemy stroniła, to z nią wiąże się ważny epizod z tamtego okresu, czyli pierwsze małżeństwo poetki. Mowa o relacji z Wojciechem Frykowskim – Łodzianinem, absolwentem Politechniki Łódzkiej, stałym bywalcem wspomnianej kawiarni i restauracji „Malinowa”.
„Agnieszka poznała Wojtka podczas studiów w łódzkiej Filmówce. Frykowski był takim satelitą szkoły. Wciąż kręcił się wokół studentów. To był król życia. Miał strasznie dużo pieniędzy, głównie dzięki rodzicom, którzy stanowili tzw. prywatną inicjatywę. Ale to chyba nie pieniądze imponowały Agnieszce, tylko szeroki gest Wojtka”– opowiadała po latach Zofia Nasierowska (Bartosz Michalak „Na zakręcie. Agnieszka Osiecka we wspomnieniach”, Warszawa 2001).
W 1962 roku wzięli ślub w Zakopanem, po czym zamieszkali w dworku w Radowicach, ale zderzenie dwóch tak skrajnych osobowości sprawiło, że małżeństwo przetrwało zaledwie kilka miesięcy.
Z Lumumbowa na Kamienną
„Już po Tuwimie nikt Łodzi pięknie nie kochał” – komentowała poetka w „Szpetnych czterdziestoletnich”. Sama napisała tylko jedną piosenkę z Łodzią w tle. Tam, gdzie inni widzieli brud i ubóstwo, ona dostrzegła tworzywo literackie, którym stała się ówczesna ulica Kamienna – dzisiejsza Włókiennicza. W „Kochankach z ulicy Kamiennej” (muzyka – Wojciech Solarz) przedstawiła dojmujący obraz PRL-owskiej miłości kryjącej się po obskurnych bramach i klatkach schodowych.
Wieczorami na schodach i w bramach, / dotykają się ręce spierzchnięte, / trwają tak czasem aż do rana, / kiecki są stare i zmięte.
Dla miłości w takim anturażu nie ma ratunku; nie ma Romeów i nie ma Julii, a po Włókienniczej sunie tylko „szmaciany amor”.
Coś jednak łączy Osiecką z autorem „Kwiatów polskich”. 25 czerwca 2004 roku na fasadzie kamiennicy przy ul. Włókienniczej 2 odsłonięto fontannę-płaskorzeźbę autorstwa Wojciecha Gryniewicza – rzeźbiarza, który stworzył także słynną tuwimowską ławeczkę przy ul. Piotrkowskiej. Dzieło bydgoskiego artysty przedstawia dwoje młodych ludzi chroniących się pod płaszczem przed ulewą. Poniżej możemy przeczytać wyryty refren piosenki Osieckiej:
Kochankowie z ulicy Kamiennej / pierścionków, kwiatów nie dają. / Kochankowie z ulicy Kamiennej / wcale Szekspira nie znają. / Kochankowie…
Miasto-skansen
Agnieszka Osiecka nie spędzała w Łodzi więcej czasu, niż było to konieczne. Gdy tylko zajęcia w szkole dobiegały końca, szybko wracała do Warszawy, często u boku Wojciecha Solarza. Jej życie towarzyskie toczyło się właśnie w stolicy, wśród znajomych z STS-u. Mimo wszystko poświęciła Łodzi osobne „hasło” w swoistym słowniku wspomnień popaździernikowej rzeczywistości, czyli we wspominanych „Szpetnych czterdziestoletnich”: „Pamiętam trzy oblicza miasta Łodzi, a właściwie trzy Łodzie: Łódź jako Manchester, Łódź jako Chicago i Łódź jako Hollywood. Ta pierwsza, robotnicza Łódź, poraziła mnie przede wszystkim obrazem miasta starego”.
Młoda Osiecka nie przywykła do takiego widoku. W stolicy wszystko było „nowiutkie jak z igły, nawet zabytki”. To pierwsze wrażenie, jakie pozostawiła po sobie Łódź, uderzyło w nią najbardziej – miasto to widziała jako „gigantyczny skansen”, który pokazał jej „straszliwą twarz dziewiętnastowiecznego miasta pracy”. Widziała fabryki, jak gdyby żywcem wyjęte z „Ziemi obiecanej”, „ziemiste twarze włókniarek”, śpieszących do pracy lub właśnie z niej powracających, i wiecznie zatłoczone tramwaje, w których dostrzegała jednak „coś czułego, opiekuńczego”, które miały na końcu drogi „wywieźć” podróżnych poza „upiorne centrum”.
Przemysł i ceglana architektura fabryczna to Manchester. Łódzkie Chicago z kolei to według Osieckiej „gęsty świat przestępczy, świat wielkich interesów i półświatek łódzki”, które – mimo literackiego potencjału – „nie doczekały się swojego Nowakowskiego”.
Trzecim „obliczem” Łodzi według poetki było tętniące życiem Hollywood, czyli wytwórnia filmowa przy ulicy Łąkowej. Osiecka wspomina, że miejsce to „nigdy nie zyskało blichtru i blasku salonów na Woronicza”, ale i tak „ściągało z całego kraju młode kobiety (akcja Piękne dziewczęta na ekrany) oraz małe bezczelne dziewczynki rade zagrać w Awanturze o Basię”.
Ślad ulicy Targowej
Osiecka opuściła Łódź bez dyplomu, ale ze Szkoły Filmowej wyniosła coś, co mocno wpłynęło na jej późniejszy warsztat. Jak sama przyznawała, to od wykładowców z Targowej (m.in. Jerzego Bossaka, Antoniego Bohdziewicza czy Stanisława Wohla) nauczyła się myślenia montażem: „Nauczyłam się od nich, wśród wielu innych rzeczy, montażu filmowego. To mi teraz pomaga w… teatrze. Kiedy w roku 1964 razem z Jankiem Biczyckim wystawiłam collage o Polsce Niech no tylko zakwitną jabłonie, miałam pełną świadomość, że całej sztuki wybuchowego montażu scenek nauczyłam się od filmowców. Tak samo w małym musicalu z roku 1967 (…) – w Apetycie na czereśnie, klejąc piosenki z prozą, korzystałam z łódzkiej szkoły” (A. Osiecka „Rozmowy w tańcu”).
Sama PWSFTViT dała jej też trzeźwe podejście do edukacji artystycznej: „Przecież wiadomo, że sztuki nauczyć się nie można, ale można rozhuśtać wyobraźnię, podsunąć jakąś książkę, zaimponować własnymi dziełami, pokazać wspaniały obraz czy chociażby nadętego jakiegoś bęcwała – wyśmiać”.
Wyjechała z Łodzi do Warszawy raczej bez większego żalu. I choć w zbiorowej pamięci pozostała przede wszystkim autorką z Saskiej Kępy, to cztery lata w łódzkiej Szkole Filmowej dały polskiej piosence autorkę, która „montowała” słowa w jak najbardziej obrazowe teksty.