Logo
Recenzje

„Hamlet” z kąpielą wylany

23.10.2026, 15:14 Wersja do druku

„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Jana Marka Kamińskiego z Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie na 64. Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych 5. Festiwalu Arcydzieł. Pisze Tomasz Domagała na stronie domagalasiekultury.pl.

fot. Dawid Stube

Scenę wypełniają metalowe konstrukcje, rusztowania i stelaże, z których zwisają przewody, kable i fragmenty tkanin – głównie starych firan. Po lewej stronie ustawiono na niskich podestach rozmaite urządzenia, rurki i mechanizmy, za nimi zaś, w głębi sceny, znajduje się dziwny, postindustrialny tron, do którego od początku spektaklu zdaje się być na stałe przywiązana królowa Gertruda. Całość uzupełniają fragmenty bliżej nieokreślonych dekoracji oraz odsłonięte elementy teatralnej maszynerii. W głębi sceny umieszczono dwa duże ekrany: węższy, pionowy po lewej stronie i znacznie szerszy po prawej. Dodatkowo na proscenium znajdują się kolejne, przypominające kształtem bajkowe zwierciadła. To, co pojawia się na ekranach – transmisje na żywo, nagrania, rozmaite obrazy – wydaje się równie przypadkowe jak towarzyszące im niezidentyfikowane dźwięki. Jakby sama technika również uległa awarii i zaczęła wyświetlać oraz odtwarzać, co jej się żywnie podoba. Oto pejzaż gnieźnieńskiego „Hamleta”: ludzki, cywilizacyjny śmietnik, pełen przypadkowych elementów rozmaitego pochodzenia.

W tym świecie odnajdujemy Hamleta i Ofelię, którzy nie ujawniają żadnego szczególnego stosunku do otaczającej ich rzeczywistości. Poruszają się w niej niczym tubylcy, dla których jest ona czymś równie naturalnym jak własny język. Swobodnie korzystają z tego, co mają pod ręką, nie zastanawiając się, dlaczego ich świat wygląda właśnie tak. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Aż do momentu, w którym Hamlet kończy pierwszą część spektaklu. Jesteśmy już po „Pułapce na myszy”. Klaudiusz klęczy, kończąc swój monolog, gdy podchodzi do niego Hamlet. Wychodząc z roli, Dominik Rubaj czule dotyka ramienia Rolanda Nowaka i już prywatnie komunikuje nam, że nastąpi przerwa. A ja sobie myślę: aha, czyli Hamlet i pozostałe postaci mają jakąś półprywatną, półaktorską tożsamość, opowiadają tę historię niejako w czyimś imieniu. I wtedy zaczyna mi się układać sposób, w jaki Hamlet traktuje swoją rolę: to jego szybkie, nonszalanckie, pełne obojętności „przelatywanie” tekstu, kolejnych scen i relacji z innymi postaciami, to dorzucanie jakichś nieokreślonych fragmentów tekstu, myśli czy działań. Jakby był zmuszony do uczestniczenia w tej opowieści i robił to, bo musi, ale bez większej wiary w nią samą, w przedstawiany świat i wszystko, co go otacza.

Z tej perspektywy inaczej zaczynam też patrzeć na Ofelię. Ona również nie wybiera sobie ani świata, w którym przyszło jej żyć, ani roli, którą ma w nim odegrać. Tyle że jako dziewczyna ma oczywiście jeszcze trudniej. Jej wybór ogranicza się bowiem do dwóch dróg: albo zostanie żoną, matką, ewentualnie kochanką, albo miejscową „pojebaną”, która padnie czyjąś ofiarą, zwariuje lub popełni samobójstwo. Los na loterii wygrał w tej sztuce Laertes, który może tę dziurę, będącą w istocie więzieniem, opuścić i wyjechać na studia. Nie wie jeszcze biedaczek, że do szczęśliwości swojego małego Gniezna nie będzie już powrotu. Gdy bowiem wróci, jego bliscy utoną w śmietniku, z którego jemu samemu udało się wydostać. Ileż takich Danii mamy dziś w całej Polsce! Ileż świetnych reklam banków miga na ekranach wbudowanych w nowiutkie budynki sąsiadujące z ruderami, zniszczonymi banerami i plątaniną kabli, przypominającymi, że jeszcze chwilę temu były tu oazy drapieżnego kapitalizmu, dające miraż polsko-amerykańskiego „dream”!

Z tej perspektywy sama fabuła „Hamleta” schodzi na dalszy plan. Nie chodzi bowiem o to, by po raz kolejny opowiedzieć historię duńskiego księcia, lecz żeby pokazać ludzi zmuszonych do jej opowiadania. Ludzi, którzy muszą odgrywać role napisane dla nich dawno temu, choć nie bardzo już wierzą ani w sens tej opowieści, ani w świat, który za nią stoi. I właśnie w tym przymusie dostrzegam sedno problemu współczesnych młodych ludzi: przyszło im żyć w rzeczywistości, której nie stworzyli, według reguł, których nie ustalali, i wśród obietnic, które dawno straciły pokrycie. Nie bez znaczenia wydaje mi się fakt, że reżyser, realizatorki i główni aktorzy gnieźnieńskiego spektaklu są ludźmi w okolicach trzydziestki. Być może to właśnie o sobie i swoim pokoleniu opowiadają nam za pomocą starego Szekspira.

I tu pojawiają się pierwsze sidła, w które wpada Jan Marek Kamiński, sam je sobie zresztą zastawiając. Bo jeśli „Hamlet” ma być opowieścią o młodych ludziach zmuszonych do życia według cudzych reguł, to ktoś musiał te reguły ustanowić i ktoś musi pilnować ich przestrzegania. Tymczasem Kamiński, unieważniając fabułę Szekspira, unieważnia również rolę i odpowiedzialność pokolenia rodziców. Nie daje nam przy tym nic w zamian. Skoro Klaudiusz przestaje być rzeczywistym tyranem, a Roland Nowak potrzebuje zaledwie jednego gestu, żeby wyjść z roli autorytarnego króla i ojczyma, to kto właściwie zmusza Hamleta do udziału w tej historii? I dlaczego on sam nie może z niej po prostu wyjść? Opowieść staje się nagle bezpańska, a przymus, który miał być jej najważniejszym tematem, traci swoje uzasadnienie. Jeśli zaś za wszystkim stoi nieobecny, a jednak obecny reżyser, to również nie bardzo rozumiem, po co każe swoim bohaterom odgrywać tę historię. Zresztą, nawet gdyby jakoś się tutaj zmaterializował, sam stałby się częścią opowieści, którą wcześniej odrzucił.

W tym kontekście szczególnie interesujący wydaje mi się pomysł Kamińskiego na teatr w teatrze, bo być może właśnie tutaj sam reżyser objawia nam się expressis verbis. W scenie powitania przybyłych aktorów, dla mnie zresztą w całości niezrozumiałej, pojawiają się trzy aktorki w czarnych trykotach, wspólnie recytujące jakiś tekst (skoro opowieść jest nieważna, to i ja nie sprawdziłem, co to dokładnie było) i wykonujące charakterystyczną choreografię. Od razu przychodzi mi na myśl teatr wybitnej reżyserki Anny Augustynowicz, matki Kamińskiego, a więc osoby reprezentującej poprzednie pokolenie zarówno w jego życiu prywatnym, jak i artystycznym. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że oglądam rodzaj cytatu z jej teatralnego języka, wplecionego w opowieść o młodych ludziach próbujących uwolnić się od świata swoich rodziców. Tym ciekawsze, że sama „Pułapka na myszy”, którą przybyli aktorzy odgrywają przed Klaudiuszem, nie ma już z tym rodzajem teatru wiele wspólnego. Jest raczej dość słabym performansem, który mimo wszystko spełnia swoje zadanie. W „Hamlecie” aktorzy przybywają przecież „ze stolicy”, gdzie ich sztuka przestała się cieszyć powodzeniem, musieli więc ruszyć w drogę. Jeśli zatem przyjąć, że Kamiński rzeczywiście przywołuje w ich osobach teatr Anny Augustynowicz, można by w tym dostrzec rodzaj hołdu składanego twórczości własnej matki i jej artystycznemu światu. Tylko po co właściwie to robi? Skoro sama opowieść, w ramach której ów hołd się odbywa, została pozbawiona znaczenia, również ten gest traci swój ciężar. Reżyser przywołuje teatr poprzedniego pokolenia, ale nie nadaje jego obecności żadnej wyraźnej funkcji. Pozostaje więc ciekawy, być może osobisty cytat, który jednak niczego w przedstawieniu nie zmienia. I znów zostajemy z pytaniem: who cares?

Druga część spektaklu ujawnia kolejne konsekwencje tej decyzji. Skoro fabuła nie jest już istotna, a reżyserski zamysł zdążyliśmy odkryć i oswoić, całe połacie „Hamleta” powtarzane przez aktorów stają się coraz bardziej kłopotliwe. Samo ich wypowiadanie – bo przecież chodzi właśnie o konieczność odgrywania cudzej historii – zaczyna być okropnie nużące. Tekst, który miał pokazywać przymus, sam zamienia się w przymus dla widza, tyle że pozbawiony jakiejkolwiek stawki. Dochodzi do tego spotęgowanie bełkotliwości teatralnej narracji samego Rubaja/Hamleta, która – jak już wiemy – do niczego nie prowadzi. Jest ona oczywiście naszpikowana mnóstwem elementów składających się na jego strumień świadomości: Duchem Ojca, którego najpierw nie ma, potem się pojawia, ale okazuje się Yorickiem, a wręcz Ozyrykiem, bezsensownym wykorzystaniem wiedźm z „Makbeta” i wieloma innymi, równie ekstremalnymi pomysłami. Wszystko to jednak, pozbawione oparcia w opowieści, której sens wcześniej zakwestionowano, zamienia się w pulpę, chaos, momentami wręcz niemożliwy do wytrzymania. Świat samego Hamleta jest niestety w tym spektaklu overdirected, z tym zastrzeżeniem, że problemem nie jest nadmiar pomysłów, lecz brak reżyserskiej kontroli nad materią przedstawienia. Nie od dziś wiadomo, że chaos w teatrze działa tym mocniej, im bardziej jest kontrolowany. Tutaj zwyczajnie nuży, skłaniając widza do coraz częstszych wycieczek we własne wspomnienia z cyklu „Jak pięknie spędziłem weekend w Radomiu”. Jedyną postacią, która potrafi się w tym chaosie uratować, jest Ofelia. Być może dlatego, że niezależnie od pomysłów reżysera Kaja Zalewska skupiła się na wewnętrznym pejzażu swojej bohaterki, próbując zbudować ją w taki sposób, żeby dzięki wewnętrznej spójności postaci dało się odnaleźć w otaczającym ją chaosie. I to się udało. Paradoksalnie jej osobliwe szaleństwo okazuje się przekonujące właśnie dlatego, że jest efektem porządku, a nie chaosu. Gratulacje!

Muszę przyznać, że wymęczyłem się na tym spektaklu okropnie. I choć rozumiem jego założenia, koncepcję i próbę jej realizacji, jestem przekonany, że Jan Marek Kamiński wylał dziecko z kąpielą. Chciał pokazać młodych ludzi uwięzionych w historii, której nie napisali i w którą już nie wierzą, ale zapomniał, że aby pokazać ich uwięzienie, trzeba najpierw przekonać nas o istnieniu samego więzienia. Unieważniając opowieść, za pomocą której zamierzał powiedzieć coś od siebie, odebrał sens również własnemu pomysłowi. A przecież był to pomysł naprawdę dobry, o dużym potencjale. Kamiński nie docenił jednak podstępności Szekspira. Przypomina mi się finał „Ślubu” Eimuntasa Nekrošiusa – jeśli przyjmiemy, że Władzio jest częścią Henryka, jego samobójstwo natychmiast kończy dramat, bo przecież Henryk de facto zabija samego siebie. Tutaj jest podobnie: kiedy umiera opowieść „Hamleta”, nie ma już czego odgrywać ani przeciwko czemu się buntować. Tym samym kończy się również spektakl, choć przedstawienie trwa nadal. Kiedy dokładnie następuje to w gnieźnieńskim „Hamlecie”? To już zagadka dla Państwa. Reszta jest milczeniem.

Tytuł oryginalny

„Hamlet” z kąpielą wylany

Źródło:

Materiał nadesłany
DOMAGAŁAsięKULTURY

Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data publikacji oryginału:

19.10.2026

Sprawdź także