„Czarownice z Salem” Arthura Millera w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Maciej Stroiński.
Kto robi premiery w czwartek? Piątek to jeszcze rozumiem, sam się urodziłem w piątek, jest wiersz Dziecko piątku (Auden) i powieść pod tym tytułem (Małgorzata Musierowicz), ale czwartek? Głupio jakoś. To może we wtorek zróbcie, przynajmniej będzie wiadomo, że to Komuna Warszawa.
Miller / Fryzeł / Polski / Wawa. Świadkuję twórczości tego reżysera od jej zupełnych zalążków i nareszcie widzę progres. Tomek w końcu się wydobył z matni zwanej MISH-em, na którym studiował, a na którym ja uczyłem, i tak żeśmy się poznali te wiele lat temu. Przestał być kujonem. W końcu nie mędrkuje. Nareszcie akcja spektaklu dzieje się w tak zwanym dzianiu, a nie w przekminianiu. Fryzeł dostał wielką scenę i wyzwanie wystawienia wielkiego dramatu – i sprostał wyzwaniu.
W ruch poszła machina zwana teatralną: obrotówka, dyskoteka, podwieszanie, most nad fosą, świateł moc, monumentalizm. Nawet scenografia interaguje z publiką, a wręcz ją przedrzeźnia: półkole widowni znajduje odbicie w kolisku na scenie. Wcześniej coś takiego, tak zamaszystego, widzieliśmy na tej scenie u Petera Steina w jego Godunowie (tylko mnie się podobało). Fryzeł wreszcie się nie boi dołożyć do pieca, rzucić się w żywioł sceniczny, zrobić show po prostu. Po raz pierwszy w jego oeuvrze tak ogromną rolę odgrywa chorełka. Trzeba mieć odwagę, żeby pozwolić aktorom na tarzanie się po scenie połączone z darciem japy – ale jak inaczej sportretować opętanie, naczelny temat Czarownic?
W wykonie Tomasza Fryzła Czarownice z Salem wypadły freudowsko, jeśli się nie mylę. Kobiety w histerii, którą potęguje grupowość zjawiska, czyli jego zaraźliwość (Studia nad histerią), piękne łuki histeryczne, teatr życia wewnętrznego i odruchy stadne (Totem i tabu). Twórca mądrze się pochyla nad problemem zawierzenia, które miewa swe odpały, bo pytanie, kto w co wierzy i z jakiej przyczyny (Przyszłość pewnego złudzenia). Może Miller pisał o szaleństwie mccarthyzmu, lecz Fryzeł wydobył szaleństwo w ogóle. Zarazę oskarżanizmu.
To już jest trylogia: po Gościach wieczerzy Pańskiej (w Nowym Teatrze w Warszawie) i Ciemności kryją ziemię (w Teatrze Wyżebrze w Gdańsku) artysta przedstawił kolejną odsłonę swojego teoteatru, nowe przedstawienie o problemach ostatecznych. Goście rozważali ciszę Najwyższego, uparte milczenie Boga, a Ciemności wielomówstwo Jego urzędasów. Czarownice z Salem idą o krok dalej i biorą na tapet słowotok Szatana, niewyparzoną gębę księcia tego świata.
Scenariusz filmowy (Bergman), powieść (Andrzejewski) i nareszcie dramat (Miller). Co łączy te teksty? Zgrubny czas powstania (po drugiej wojnie światowej, a przed sześćdziesiątym ósmym) i rozliczeniowość. Wszystkie rozważają, co ludziom odbiło w latach pięćdziesiątych, choć jedynie Ingmar Bergman dał sobie spokój z „płaszczykiem”. Każde z tych przedstawień od innej strony nadgryza temat pobożności. Widzimy spektrum religii: od „być albo nie być” przez „byliśmy głupi” aż do „pojebało” (i przez to wulgarne słowo bynajmniej nie sugeruję kwestii opętania, tylko purytanizm). Jeśliby urządzić konfę o trylogii Fryzła na którejś uczelni o profilu wyznaniowym, można by nadać jej tytuł na przykład Zbłądzenia wiary.
Wróćmy do początku, do warstwy uderzeniowej, do tego, czego nie trzeba wyinterpretować z dzieła, bo samo wali po gałach.
Waldemar Łysiak w swojej przedostaniej książce (Skojarzenia i aforyzmy) doczepił się do mnie, że o scenografii Barbary Hanickiej do warszawskiej Toski śmiałem napisać „jebutna”, i to na łamach „Przekroju”. Dziś podbijam stawkę, bo tamten przymiotnik zdaje się trochę za słaby, niezdolny wyrazić potęgi dizajnu autorstwa Anny Oramus do Czarownic z Salem. Jej dekor jest DOJEBANY: i wielki, i piękny, i niezłoty, i nieskromny. Kręgi piekielne podane pod kątem, widoczne z widowni, a czasem sprytnie ukryte. W centrum tej otchłani przewidziano kocioł tak jak na koncercie heavymetalowym. Cytując Galileusza: i jeszcze się kręci. Wystrój niepokoi, zasmuca, zachwyca. Słowo „funkcjonalny” kojarzymy raczej z mniejszymi rozwiązaniami, z wnętrzarstwem poręcznym, jednak trzeba przyznać, że dekoracje z Czarownic, choć monumentalne, są wysoce funkcjonalne, spełniają niejedną funkcję, dają multum możliwości i mówią same za siebie. Proszę Państwa: zero pleksy. Anna Oramus rozwiązała problem, jak zapewnić przedstawieniu przestrzeń wielkości stadionu, a nie skopiować pomysłów Małgorzaty Szczęśniak. Z drugiej jednak strony taki a nie inny odpic nie wróży premierze przyszłości festiwalowej. W riderze technicznym trzeba by uwzględnić przeniesienie dzieła razem z budynkiem teatru. Czarownice nie pojeżdżą i to festiwale będą pielgrzymować na nie jak na Rohtko Twarkowskiego. Jeśli dużo mówię o wystroju wnętrza, to dlatego, że jest o czym. Kłaniam się dwóm odpicerkom wieczoru: scenografce i świetlówce, Annie Oramus i Klaudynie Schubert. Zmontować dekor to jedno, lecz chuj bombki strzeli, jak kiepsko doświetlisz. Schubert poszła w „dużo” (ciągłe zmiany i pulsacje), ale nie stała się kopią Katarzyny Łuszczyk, do której zresztą nic nie mam, żeby była jasność. Należy ponadto ubrać przedstawienie (tu znowu Oramus). Na ciuszkach się nie znam, ale zna się na nich Dorota Roqueplo. Sam widziałem na bankiecie, jak prawie uklękła przed Anią Oramus za całokształt estetyczny nowej premiery Polskiego.
A teraz aktorstwo. Więcej ich mama nie miała. Chętnie pochwaliłbym wszystkich, no bo czemu nie, lecz z racji podaży wymienię tylko kilkoro. Grażyna Barszczewska i Szymon Kuśmider to nestorzy przedstawienia i nie sposób ich nie kochać: grają ostoje spokoju w tym psychicznym moshu. W roli Katarzyny Strączek, wcielającej się w Titubę, lokalną krejzolkę, wyczuwałem powidoki jej przeroli życia, Courtney Love z Wrocławia. Nie chciało się przestać patrzeć na Modesta Rucińskiego oraz Annę Cieślak, szczególnie w ich wspólnej scenie. Aktorowi w główniaku nie zamierzam kadzić, choć wypadł wspaniale, lecz rolą Proctora, że powiem ewangelicznie, już dostał swoją nagrodę. No dobra, wystarczy miziańska z obsadą à la Łukasz Maciejewski.
Spektakl zaczyna się w lesie, konkretnie na jego skraju, bodajże wieczorem. Akcja przenosi się w głąb, w gęstwinę ostępów nocy, do kolejnych kręgów, a tam, jak w Bachantkach, rozpętuje się rzucawka. Czuć Boską komedią, która też startuje na leśnych obrzeżach będących przedpieklem. Jakoś sam się przypomina tytuł dramatu Koltèsa: Noc tuż przed lasami. Las wisi nad nimi i las ich otacza.
Tomek, k***a, BRAWO.