01.12.2020, 11:18 Wersja do druku

Janusz Leśniewski. Pożegnanie (28.11.1951-15.11.2020)

Odszedł tego samego dnia, w którym zmarł także Witold Sadowy. Tomasz Miłkowski w „Trybunie” poświęcił im dwóm wspólny artykuł, zauważając pewne podobieństwa – doskonały start w zawodzie aktorskim, nie aż tak doskonały – pod względem liczby i wielkości ról – przebieg scenicznej kariery oraz wielką aktywność społeczną w teatralnym środowisku.

fot. Maria Wilma-Hinz/ mat. ZASP

Rzeczywiście, przebywając w teatralnym świecie nietrudno się było natknąć na Janusza. Przychodził na spotkania, na wręczenia nagród, na pogrzeby aktorów, na premiery. Często zaopatrzony w jakiś nieznany mi sprzęt elektroniczny (bodajże tablet, niestety nie jestem zbyt mocny w nowoczesnej technologii) z pomocą którego nie tylko robił zdjęcia, ale i filmował przebieg uroczystości. Zawsze znajdował czas na pogawędkę, zawsze machaliśmy do siebie i witaliśmy się już z daleka. Bo Janusz był po prostu szalenie sympatycznym facetem.

To, że z biegiem czasu grał na scenie coraz mniej, że jego teatralna droga nie jest znaczona tak wybitnymi kreacjami, jak kariery wielu jego kolegów, to pokłosie tego, że Janusza „nosiło”. Był nie tylko aktorem, ale i działaczem społecznym, kierownikiem produkcji, autorem scenariuszy, drugim reżyserem oraz dziennikarzem. Jednak i na scenie miał okazję zaistnieć. Zagrał Konrada w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego w dyplomowym spektaklu PWST w reżyserii Zygmunta Hübnera. Doktora Ranka w „Norze” Ibsena w Teatrze Ochoty w reżyserii Jana Englerta. W tym samym teatrze – Lwowa w „Iwanowie” Czechowa w reżyserii Jana Machulskiego. Zbyszka w „Moralności pani Dulskiej” Zapolskiej w Teatrze Popularnym w reżyserii Andrzeja Ziębińskiego. Każda z tych ról to marzenie niejednego aktora. Grał także m.in. u Jerzego Markuszewskiego, Jana Szurmieja, Zygmunta Wojdana, Krzysztofa Szustera. A w filmie – u Janusza Zaorskiego, Jana Łomnickiego, Laco Adamika, Jerzego Gruzy, Andrzeja Barańskiego i wielu innych.

W 2015 roku dostałem telefon od jednej z agencji aktorskich, że zostałem wybrany do epizodu jasnowidza w „Barwach szczęścia” i że jest duża szansa, że zagram, bo mam do tej roli tylko jednego konkurenta, a produkcja wybiera tylko między mną a nim. Ostatecznie już nikt się do mnie w tej sprawie nie odezwał, a kilka lat później, przeglądając filmografię Janusza na filmpolski.pl zobaczyłem, że ten epizod zagrał właśnie on. Opowiedziałem mu to, kiedy spotkaliśmy przed bramą cmentarza na Wólce Węglowej przed pogrzebem Zofii Czerwińskiej. Zapewnił mnie, że nie miał pojęcia, że z kimkolwiek do tej roli konkuruje. Ja z kolei zapewniłem go, że to oczywiste, że nie mam do niego żadnego żalu. Obaj serdecznie pośmialiśmy się z tej całej sytuacji.

Taki był Janusz. Szkoda, że właśnie – „był”. W czasie epidemii, gdy wszyscy bali się zakażenia koronawirusem, on zmarł nagle na atak serca. Żegnam Cię Januszu z wielkim smutkiem. Trudno mi uwierzyć, że już Cię nie spotkam i że już nie pogadamy sobie, jak to zazwyczaj bywało, o wszystkim i niczym.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Rafał Dajbor