„Śpiąca Królewna” wg scenar. i w reż. Pawła Paszty w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu. Pisze Anita Nowak.
„Śpiąca Królewna” Pawła Paszty dość daleko odbiega od znanej bajki Braci Grimm. Być może autor adaptacji zamierzał zawrzeć w swojej historii jakieś filozoficzne przemyślenia na temat snu i śmierci, na scenie są one jednak trudne do zauważenia. Połączenie „Śpiącej Królewny” z „Żabim Królem” w praktyce nie bardzo wyszło to nowej jakości na dobre. Chwilami nawet nie wiadomo o co chodzi, nie widać dość jasno co z czego ma wynikać.
Trudno też dociec dlaczego Król (Krzysztof Grzęda) i Królowa (Magdalena Kusa) są do tego stopnia dojrzałymi ludźmi, że Król nie może sobie przypomnieć gdzie położył okulary, bez których, jak sam mówi, niewiele widzi. No ale to jeszcze można autorowi tekstu wybaczyć w kontekście informacji, że do poczęcia dziecka jest tu niezbędna aż ingerencja sił nadprzyrodzonych.
Nielogiczne też się wydaje, dlaczego na tle scenografii Eweliny Brudnickiej i pewnych elementów zaprojektowanych przez nią kostiumów. nieznacznie nawiązujących do epoki Renesansu, postaci rozmawiają o komiksach, których fascynatem jest zdziecinniały już Król. Jemu nakazano też, czyżby dla uwiarygodnienia początków demencji, śpiewać kuplecik, w którym wspomina się o „Przygodach Dudka Pierdzismutka” i „Koleżki Smrodobieżki”. Pomijam już same określenia, ale dlaczego, w skądinąd muzycznie ciekawych piosenkach Tomasza Jakuba Opałki, bo muzyka w tym spektaklu jest świetna, utrwalać dzieciom błędy językowe zawarte w części literackiej inscenizacji? Wszakże w drugim tytule komiksu nie zgadzają się rodzaje gramatyczne wyrazów. Pojawiają się też w tekście mało artystyczne określenia typu „trafić w czachę” czy „niech mnie smród pokręci”.
Na szczęście zgodnie z długoletnią tradycją Baja Pomorskiego, na którego scenie oglądaliśmy już najrozmaitszego autoramentu lalki, bo nie brakowało ich np. w „Gdzie się podział Baku”, „Frankensteinie. Reportaż” w „Seed. Nibylandia”, a zwłaszcza w przedstawieniu „Lalki śpiewają” czy „Szewczyk Dratewka”, i tutaj spotykamy kilka rodzajów, zaprojektowanych przez Ewelinę Brudnicką, lalek. Najsłodziej prezentuje się chór złożony z mupetów w kostiumach kucharzy i jawajki jako wróżki. Głównych bohaterów grają większych rozmiarów lalki zapożyczone z japońskiego teatru bunraku. Ich postaci są wielkości 1/3 do 3/5 aktora. Główni bohaterowie istotnie powinni być więksi i mogą mieć odsłonięte twarze, które nie powinny oddawać emocji bohatera, bo te okazywane są ruchem lalki i głosem; reszta wykonawców występuje w czarnych kapturach. Przynajmniej w teatrach japońskich. Ale lalki te trudne są do ogrywania, bo wymagają trzyosobowej animacji, poruszają nawet oczami, co tutaj mogliśmy zauważyć tylko u postaci Królewny, za którą stała Marta Parfieniuk- Białowicz i Żaby Mariusza Wójtowicza, obu wykonanych z litego drewna, specjalnie przez Rafała Budnika, słynnego scenografa, rzeźbiarza i konstruktora teatralnych lalek. Ponieważ nauka obsługi takiej lalki trwa wiele lat, w Toruniu zza lalek z odsłoniętym twarzami w czarnych kostiumach grali aktorzy.
Pięknym głosem i dobrym aktorstwem w postaci Wróżki Terry czaruje publiczność Iga Bancewicz-Chojęta, w postać Wróżki Aquae jak zwykle doskonale wciela się niezawodna Dominika Miękus, wspaniale interpretuje postać Wróżki Arii najmłodsza z aktorek w zespole Baja, Martyna Braca.
Na premierze całość spektaklu w dużej mierze ratowała wspomniana już muzyka. Ona to przydaje trochę tempa dość monotonnemu biegowi akcji, co dawało się zauważyć po zachowaniu maluchów.