„Kopista Bartleby” Hermana Melville'a w reż. Tomasza Fryzła w Teatrze Łażnia Nowa w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.
Dzieł tego artysty nie wolno oglądać nigdy po raz pierwszy. Na dzień dobry coś nie styka – tak by wynikało z moich obserwacji. Dopiero za drugim razem widzę, co widziałem. Opóźniony zapłon to jest wbrew pozorom dobrze; Fryzeł się wyróżnia swoim długim trwaniem; większość najnowszych spektakli to produkty jednorazowego użytku o wartości tylko uderzeniowej, przejawiającej się najpełniej na soszialach. Pierwsze wrażenie zadziwia: w spektaklach Tomasz Fryzła jest tylko to, co w nich jest. Składają się głównie z tekstu, i to nierzadko wysokoliterackiego. Przy wstępnym podejściu trzeba się otrząsnąć ze wstrząsu estetycznego, że to wszystko ascetyczne, szlachetnie niewydziwione i po brzegi wypełnione kontentem bez pauzy. I nie będzie dyskoteki, nawiasu czy gołej baby. Należy jakoś przetrawić ten przerost treści nad formą. Podają scenariusz i uroczo liczą, że zostaną usłyszani albo nawet wysłuchani. Ufają widzowi, że przyswoi partyturę. Żeby się nie zgubić, trzeba przełączyć telefon w tryb samolotowy lub w ogóle go wyłączyć, co w dzisiejszych czasach stanowi wyzwanie. Fryzeł najwyraźniej chce odbiorcy przytomnego, ale rzecz utrudnia, bo nie budzi cię przytupem. Jego uniwersum olewa konwencję „teatru artystycznego”, to znaczy tanie numery, tępe przekroczenia, pseudowysuczony odpic. Fryzeł robi teatr, jakby Florentiny nie było.
Na tapet wziął teraz prozę Hermana Melville’a. Najfilozoficzniejszą z jego próz. Mrozek ma rację, że w spektaklu brak „diagnozy”, ale nie ma racji, że to źle. Rzygam tymi „diagnozami”, czyli klasą próżniaczą objaśniającą mi świat. Cała zabawa z Bartlebym, którego maksyma brzmi: „wolałbym nie”, polega właśnie na tym, że o chuj w nim chodzi.