„Internat” Serhija Żadana w reż. Pawła Łysaka w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Pisze Michał Lachman w portalu lodzwkulturze.wordpress.com.
„Internat” Serhija Żadana w interpretacji Pawła Łysaka to opowieść drogi. Drogi bardzo specyficznej, drogi wojny i drogi przez wojnę. Powieść ukraińskiego pisarza napisana jeszcze przed pełnoskalową inwazją (2017) wyrasta z konkretnego kontekstu historycznego. Jej przesłanie nie ogranicza się jednak do tamtych, wcześniejszych warunków konfliktu, kiedy po zajęciu Krymu społeczeństwo ukraińskie przeżywało pierwszy szok i przerażenie. Powieść niesie w sobie twardy i uniwersalny rdzeń doświadczenia, rozpadu nie tyle świata, ile osobowości, ludzkiego życia. Zmusza do rekonstrukcji własnego ja brutalnie wepchniętego w rzeczywistość, gdzie nie można być dawnym sobą, a na nowe ja nie ma miejsca, czasu, siły i nadziei.
Spektakl przygotowany przez Pawła Łysaka w Teatrze Jaracza w Łodzi nie serwuje łatwych odpowiedzi, nie mówi, co robić, nie sili się na mądrość. Daje za to wrażliwy obraz psychiki i emocji nas, ludzi tu i teraz. A to oznacza ludzi zasadniczo bez osobowości, bez świadomości, bez odpowiedzialności. Ludzi być może pełnych przekonań, ale pozbawionych chęci do ich realizacji, ludzi nigdy nie wystawionych na próbę. „Internat” Łysaka przygląda się temu stanowi emocji, myśli i języka, w którym pod presją tragedii i wobec obiektywnych ograniczeń fundamentalne składniki życia ulegają dezintegracji. Spektakl świetnie skonstruowany, przynoszący mocne, ale i subtelnie zbudowane postaci sceniczne, klarowną grę aktorską i ciekawą scenografię.
Kiedy pewnego dnia Pasza budzi się rano, a żona nalega, by uciekali, mężczyzna uznaje, że to bez sensu. Nie stoi po żadnej stronie, nie wie nawet, o co toczy się wojna, uczy języka w szkole, a uczniowie rozjechali się na ferie. Kiedy jednak godzi się odebrać siostrzeńca z oddalonego o spory kawałek drogi internatu, nieświadomie rozpoczyna podróż, która może stanowić współczesny odpowiednik historii Matki Courage, postaci stworzonej przez Bertolda Brechta. W dramacie Niemca kobieta wędruje przez pole bitwy, spotykając jej ofiary, a wojna stopniowo pozbawia ją wszystkiego, co dla niej ważne. Pasza przemierza kraj rozłupany wojną, zamieszkany przez ludzi na granicy przetrwania, szukających schronienia w ruinach domów i miast. Kiedy mężczyzna dociera do celu, odnajduje chłopaka, którego szukał i rozpoczyna podróż powrotną. Ale jest to droga do domu, którego może już nie ma, droga najpewniej bez celu. Urywa się w środku, w środku pustki i kończy bez konkluzji, nie wiemy, co czeka u jej kresu. Jaką ocenę da historia temu, co w chwili próby zrobiliśmy? Jak będziemy sami o sobie myśleli, czy stanęliśmy po właściwej stronie?
Spektakl sugestywnie buduje atmosferę wojennego krajobrazu zawieszonego między konkretem a surrealistycznym odrealnieniem. Z dużego blaszanego kubła na śmieci wysypuje się czarna ziemia, leżą tu fragmenty stalowych krat, kołdry używane jako materac, książki, które spadają z wyższych kondygnacji budynku zbombardowanego w ostatnim nalocie. Pasza tuła się po tej przestrzeni z grupą osób, które spotkał po drodze, a sporą część marszruty przebywa po wyciemnionej scenie, przy świetle ręcznej latarki i w kłębach dymu. Wizualizacje podziurawionych ostrzałem blokowisk, ulic i parków zalewają całą przestrzeń i włączają w ten zaświatowy wymiar również widownię. Ekrany telewizorów relacjonujące konflikty i wojny, z którymi Pasza nie chce mieć nic wspólnego, gonią go po scenie, dościgają, a wreszcie bohater zmuszony jest wskoczyć na stalową, ruchomą konstrukcję, do jakiej je przytwierdzono i podróżować razem z nimi przez dewastację i zniszczenie.
Jest to także droga wiodąca do odkrycia siebie i uznania wagi własnej postawy wobec świata. Pasza musi wziąć odpowiedzialność za fragment rzeczywistości, który nieoczekiwanie został mu dany w opiekę. Nie może szukać ucieczki w spokojnym rytmie szkolnej pracy, zasłaniać się gramatyką, której uczy innych, ale która nie uczy jego, jak mówić o wojnie, ani jak zakomunikować dzieciom z internatu, że ich ojcowie nigdy nie odbiorą telefonu od własnego syna.
Inscenizacja Łysaka konstruuje wymowne, dobrze zakomponowane obrazy nadające mocny, nośny sens tekstowi Żadana. Bluza dresowa przestrzelona kulami, którą podświetla się latarką, czerwona gaśnica w rękach jednej z wychowawczyń z internatu będąca znakiem nieustającego zagrożenia, zasłonięte opaskami oczy postaci przedzierających się przez linię frontu i przypominających uchodźców, stare płaszcze i futra odnajdowane na gruzowiskach domów i wykorzystywane jako okrycie. Taki jest krajobraz ludzkości wystawionej na próbę.
W „Internacie” silnie wybrzmiewają dobrze zarysowane postaci. W kontraście do odrealnionych scen role aktorskie zachowują psychologiczny realizm. Gra się tu spokojnie, racjonalnie, precyzyjnie wykładając własne, logiczne argumenty. Świetnie wypada Pasza, którego zdziwienie i niedowierzanie temu, co się dzieje balansuje na granicy logicznej kontestacji, racjonalnej kontroli i emocjonalnego zaangażowania. Szczególnie trudne do aktorskiej interpretacji są postaci dwóch Oprawców – to przewijające się przez spektakli figury wojny, nękające protagonistów groźbami, krzykiem i strachem. Ale nawet te zjawy posiadają własną rację i przekonująco artykułują absurdalną logikę konfliktu, która w ich wydaniu brzmi rozumnie i dydaktycznie. Bo wojny trzeba się nauczyć. Pozostałe postaci poprowadzone zostały w podobny, konsekwentny sposób: to ludzie niespodziewanie wyrwani ze zwykłych zajęć, którzy normalność próbują narzucić na irracjonalność nowej codzienności.
W pewnym momencie na scenie pojawia się głaz skradziony z rozszabrowanego muzeum. Widać na nim skamielinę, której obecność przenosi zdarzenia w wymiar bezkresnej dziejowości. Onirycznej wizji świata pustego i wypalonego przez konflikt nadać sens mogą tylko ludzie z ich moralną postawą i determinacją. Czy tak się stanie? Na koniec bohaterowie bardzo chcą znaleźć się w domu. „Mówisz o tym, jakby już było po wszystkim” – zauważa siostrzeniec, zwracając się do Paszy. I my, i on wiemy, że to dopiero początek. W środku mrocznego krajobrazu znajdują szczeniaka. Czy żyje? Może umarł? „Nie, urośnie i wszystkich zagryzie”. Co to znaczy? Ostatnie słowa spektaklu nic nie rozstrzygają. Znów są jedynie życzeniem. A gdyby się ziściły, co nas czeka? Nowa wojna?