Logo
Recenzje

„Horacjusz” w Teatrze Polskim – warto spotkać literaturę

30.04.2026, 09:14 Wersja do druku

„Horacjusz” Pierre'a Corneille'a w reż. Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.

fot. Karolina Jóźwiak

Forma tragedii Pierre’a Corneille’a „Horacjusz” jest solennie staroświecka, oparta na potokach słów. A jednak Andrzej Seweryn w Teatrze Polskim tym słowom zaufał. Słuchając ich, ma się w głowie tyle myśli...

Idąc do Teatru Polskiego na spektakl „Horacjusz” Pierre’a Corneille’a, sztukę z roku 1640, w Polsce kompletnie nieznaną, byłem pełen obaw. Nie bałem się zdeformowania tekstu klasycznej tragedii. Jej reżyser Andrzej Seweryn do klasyki ma podejście staranne, a już szczególnie do francuskiej, jako wieloletni aktor Comédie-Française.

Obawiałem się czegoś innego, spektaklu pełnego muzealnego patosu, zbyt trudnego w odbiorze, przywołanego niepotrzebnie z krainy literackich cieni. Skądinąd w teatralnym programie Seweryn rozmawia na temat podobnych inscenizacji ze swoim zastępcą Januszem Majcherkiem. Przyznaje, że język Corneille’a nie brzmi potocznie, ale opowiada się za akceptacją dla pewnej nienaturalności, bo na tym właśnie polega tamten teatr. Postaci z „Horacjusza” zamiast dialogować krótszymi frazami, wygłaszają długie monologi, po trosze do rozmówców, a po trosze do publiki.

Można się do tego jednak przyzwyczaić zwłaszcza gdy słuchamy języka tak bardzo przejrzystego. To wielka zasługa nowego tłumaczenia Jerzego Radziwiłowicza. W ten sam sposób aktor przybliżał nam sztuki Moliera czy Marivaux. Oczywiście pozostawało kwestią otwartą czy najbardziej klarowny i efektownie brzmiący tekst przekazuje nam interesującą historię. Na początku tej inscenizacji miałem chwile zawahania, czy te popisy krasomówstwa niosą coś ważnego dla mnie. A potem… Po prostu mnie wciągnęło.

Co nam mówi Corneille?

Corneille posłużył się opowieścią  z czasów trzeciego króla Rzymu Tullusa Hostiliusza, który rządził do roku 642 p.n.e. To czasy właściwie na pół legendarne, ale opisał je historyk Tytus Liwiusz. Mamy sam początek skromnej jeszcze rzymskiej ekspansji, na razie w Italii. Starły się dwa italskie miasta, właśnie Rzym i Alba Longa. Były one sobie wcześniej bliskie, czego wyrazem stały się rozliczne związki małżeńskie i rodzinne mieszkańców obu miejscowości. W końcu jednak doszło między nimi do wojny o to, które z miast podporządkuje sobie drugie. I wtedy więzy musiały pęknąć.

Wyrazem tego stał się pojedynek trzech rzymskich braci Horacjuszów z trzema braćmi z Alba Longa – Kuriacjuszami. Jeden z Horacjuszów miał za żonę Sabinę, siostrę Kuriacjuszów. Z kolei jeden z Kuriacjuszów miał poślubić Kamillę, siostrę Horacjuszów. Pojedynek to pomysł władz obu miast, narzucony obu rodom – miał on zdecydować o wyniku wojny. Ich wzajemnie więzy istotnie pękły. Ofiarami tego pęknięcia czuły się zwłaszcza kobiety: Sabina i Kamilla.

Początkowo oglądamy z zaciekawieniem sam rozwój akcji. Czekamy z zapartym tchem na to, co zdarzy się podczas, a potem po pojedynku. Wygrywają Rzymianie (muszę to jednak zdradzić), a właściwie tytułowy bohater Horacjusz. Wtedy następuje spiętrzenie debaty o tym, jak się zachować.  W wojenno-patriotycznej euforii Horacjusz odmawia żonie i siostrze prawa do żałoby po Kuriacjuszach. Nagle okazuje się, że nie można żałować wrogów państwa. W efekcie krwawa tragedia trwa nadal.

I tu może najciekawsze pytanie. Co chciał nam powiedzieć Corneille? Wyrok ukazującego się na końcu króla Tullusa przyznaje rację państwowemu podejściu Horacjusza, także i jego ojca, który wcześniej gotów był i własnego syna podejrzewać o zdradę.

Według teatrologa Patryka Kenckiego  dramatopisarz utożsamiał się  z ich  postawą. Z kolei Seweryn zdaje się wierzyć, wnioskuję to z jego wypowiedzi, że Corneille’owi bliższa miała być  wrażliwość zmiażdżonych zdarzeniami kobiet. Byłby więc on XVII-wiecznym „pacyfistą”, krytykiem patriarchalnej logiki? Nie wiemy, możemy wybierać własną ocenę.

Pewne jest, że z finału wyziera przeraźliwy smutek. Pytamy sami siebie zwłaszcza o los Sabiny, która znika po cichu. Dla niej w tym systemie nie ma po prostu miejsca.

Rzecz cała dzieje się w domu Horacjuszów. Scenografka Justyna Łagowska nadaje mu charakter XVII-wiecznego salonu. Tyle że do tego salonu dostaje się piasek. W drugim akcie jest go już pełno nadając wnętrzu postać na poły ruiny. Jeśli do czegoś mam zastrzeżenia, to do kostiumów. Mają być wolne od skojarzeń z konkretną epoką. W efekcie mężczyźni paradują w różnych kurtkach, a Walery, zaufany króla pojawia się jakby w palcie. Zdecydowałbym się na coś innego. Może na stylizowaną modę rzymską. A może na stroje z wieku XVII?

Byłyby one, prawda, cokolwiek mylące. Karolina Wigura zwraca uwagę w erudycyjnym eseju zamieszczonym w programie teatralnym, że Corneille  pisał swoje antyczne historie akurat w czasie, kiedy w Europie kończyła się definitywnie epoka rycerska. A przecież „Horacjusz” jest przepojony rycerskim etosem. I główny bohater Rzymianin, i Kuriacjusz, wciąż powtarzają deklaracje o honorze. Tymczasem XVII-wieczna Francja korzysta ze swoich przewag jako nowożytne państwo posługujące się armią zaciężną. Zarazem jednak dyskusja o oddaniu na służbę państwa wszystkiego, w tym rodzinnego dobrostanu, pasowała do epoki rodzącego się absolutyzmu. Autor dedykował tę sztukę kardynałowi Richelieu, który u boku króla Ludwika XIII siłę owego państwa budował.

Etos rycerski, czyli...

Reżyser zadbał o to aby piękno trzynastozgłoskowca w wersji Radziwiłowicza nie kolidowało z emocjami. I pomimo tego, że akcję w większym stopniu nam się opowiada niż pokazuje,  emocji jest tu dużo, zwłaszcza w drugim akcie.

Horacjusz jest prostoduszny, można by rzec, że lepiej dzięki temu przystosowany do czysto militarnych rozwiązań. W akcie drugim w sugestywnym wykonaniu Modesta Rucińskiego staje się okrutnym szaleńcem, wymazanym krwią, zdolnym właściwie już tylko do aktów przemocy. A potem w finale stoi jednak wobec króla świadomy tego, ile stracił. Trudno tu mówić o triumfie. Ruciński gra w tym momencie człowieka bezradnego, złamanego. Ale czy jako symbol przewag Rzymu nie odbuduje swojej pewności siebie? Bardzo to prawdopodobne, właściwie pewne.

Jeszcze potworniejszą postacią wydaje się być jego ojciec. Szymon Kuśmider, często grający rozmaitych rozkosznych safandułów, tu jest całkiem serio. Co więcej, to serio jawi się jako coś przerażającego. Jego złowrogie, hałaśliwe tyrady przyprawiają nas o dreszcze. Ten człowiek wyzbywa się swojej tożsamości rodzinnej w imię wyznawanej z żywiołowym fanatyzmem tożsamości plemiennej połączonej z własnym wyobrażeniem honoru. Mimo wszystko ciężko uwierzyć aby Corneille był po stronie takiej postaci.

Kuriacjusz, młodzieniec z Alby,  w szlachetnie powściągliwym wykonaniu Ignacego Lissa, ma za to wątpliwości. On czuje opór wobec zagłady ich dotychczasowych rodzinnych relacji. I może właśnie dlatego musi przegrać. Jeszcze mocniej szorstki patriarchalny porządek podważają obie kobiety z rodziny: Sabina Hanny Skargi i Kamilla Irminy Liszkowskiej.

One są uosobieniem kobiecego podejścia. I nie polega ono na braku odwagi, tak naprawdę obie gotowe są umrzeć. Wynika z innego niż męski porządku miłości. Nota bene chcą dla siebie bardzo niewiele: prawa do zachowania i manifestowania osobnych uczuć.  Młode aktorki wprost kołaczą do naszych serc. To ładne role, wyzbyte czułostkowości, nie podszyte patetycznym melodramatem.

Mamy jeszcze Walerego. Maksymilian Rogacki najpierw upaja się zwycięstwem Rzymu, ale potem w imię swoich uczuć do Kamili domaga się sprawiedliwości. Uzupełnieniem są postaci Julii (Dorota Landowska) i króla (Sławomir Grzymkowski). Julia jest skazana na balansowanie między emocjami poszczególnych domowników u Horacjuszów. Z kolei antyczny monarcha ukrywa twarz za złotą maską. Jest uosobieniem władzy, manifestuje ją zręcznie, odwołując się do rozmaitych racji. Zdawkowemu gestowi towarzyszy mechaniczny, niemal nieludzki głos zza maski.

To znamienne, ale podczas spektaklu można było zmienić swój stosunek do nosicieli rycerskich cnót. Najpierw widzimy to co budzi w nich uznanie: brak lęku przed śmiercią, poczucie obowiązku, traktowanie serio własnego honoru. Potem w wydaniu obu Horacjuszów, ojca i syna, zmienia się to w deptanie uczuć najbliższych i czyste okrucieństwo. To okazja do cywilizacyjnej refleksji nad dawnymi epokami, choć także do pytań o znaczenie honoru czy patriotyzmu dzisiaj.

Wbrew pozorom odpowiedź nie jest łatwa. Przyjęcie kobiecej logiki oznaczać by mogło rozbrojenie wobec wrogów. Ale może budowanie takiej alternatywy jest z kolei przesadą. Rzymskie kobiety Corneille’a są przecież odważne, tylko niegotowe na deptanie po ich własnych uczuciach. Pytają nas też, czy wszystko trzeba załatwiać nagą siłą.

Premiera „Horacjusza” zbiegła się z 80. urodzinami dyrektora Teatru Polskiego Andrzeja Seweryna. Był fetowany na własnej scenie, także przez polityków, na teatralnym balkonie znaleźli się marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty i Aleksander Kwaśniewski z żoną, na scenę wyszła z przemówieniem marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska. Ten skład naturalnie sytuuje aktora po jednej ze stron politycznego sporu. Dyrektor chętnie to potwierdza mowami o odrzuceniu nacjonalizmu na rzecz obywatelskości i demokracji.

A zarazem… Większość nastawionych antyprawicowo artystów jest dziś po stronie łamiącej dawne konwencje formy. Seweryn opowiada się, także w teatralnym programie do „Horacjusza”, za teatrem literackim, takim, jaki pamięta z Polski lat 70., kiedy zaczynał karierę, i zwłaszcza taki, jaki poznał we Francji. W efekcie jego Teatr Polski przechowuje wartości i piękno kryjące się w klasyce. I za to jestem mu wdzięczny. Myśląc przy tym z niepokojem o przyszłości tej sceny po Sewerynie.

Tytuł oryginalny

„Horacjusz” w Teatrze Polskim – warto spotkać literaturę

Źródło:

„Polska Times” online

Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

29.04.2026

Sprawdź także