EN

3.02.2024, 21:44 Wersja do druku

Historia Stelli Fiedelseid i Stefanii Milenbach

„Czekając na dzień" wg scenar. Patrycji Mikłasz-Pisuly i Anny Skuratowicz w reż. Anny Skuratowicz, koprodukcja Teatru Polskiego i Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem Widza.

fot. Danuta Matloch/Muzeum Polin

Trzeba opowiadać historie ocalonych z zagłady. Aby pamiętać. I ciągle walczyć, by zło nie wracało. Bo okazuje się, że ludzkość nie uczy się na swoich błędach, jeśli w ogóle robi cokolwiek z tym, czego boleśnie doświadcza. Nie wyciąga wniosków, nie zmienia nic, jakby nie było winy, wyrzutów sumienia, kary. Wojny nieustannie wybuchają, mimo że czynią spustoszenia na niewyobrażalnie wielką skalę i nie sposób temu zapobiec. Nadal jednostki, narody- ich cierpienia, krzywdy, straty- nie liczą się. Ludzkość nie znalazła skutecznego rozwiązana tego problemu. I nie znajdzie dopóki walka o władzę, terytorium, dominację, chęć zysku będą wywoływać konflikty. Zamiast przeciwdziałania postępuje ogólne znieczulenie, wygodna amnezja, niechęć do wracania do okrucieństw wojny, wywołanych przez nią bolesnych traum. Empatia wobec ofiar pozostanie pustym frazesem, pomoc będzie tylko doraźna.

Dlatego mimo wszystko trzeba pamiętać. Wiedzieć. Historia Stelli Fiedelseid, która na szczęście przetrwała wojnę i jako dojrzała kobieta, Stefania Milenbach, spisała swoje wspomnienia, daje świadectwo. Silnej woli? Możliwości odrodzenia? Życia mimo śmierci najbliższych? Nie jest łatwo odpowiedzieć na te pytania,  dotknąć tajemnicy istnienia. Każde niesie nieludzki ból, ogromną wolę życia, jest niezbitym dowodem na siłę instynktu przetrwania. Nie da się ostatecznie wyjaśnić, co powoduje, że możliwa jest normalna egzystencja po  zabijającej wszelkie człowieczeństwo w ludziach wojnie, gdy w każdej chwili można było umrzeć, gdy widziało się śmierć tak wielu ludzi z bliska, gdy sytuacja wydawała się beznadziejna. Gdy dotychczasowy świat obracał się w gruzy: metodycznie unicestwiany, brutalnie wymazywany. Jednak z pamięci ocalałych nie da się go usunąć. Nie można go zapomnieć, unieważnić, uznać, że go nie było. Ale trzeba mieć na uwadze, że wspomnienia mogą być też niebezpieczne(toksyczne) a nawet zabójcze(powojenne samobójstwa). Może z tego powodu ofiary milczą. Może nie wiedzą, jak opowiedzieć o tym, co przeżyły, bo było to tak straszne, że aż nierealne. Ból ich jest nadal tak wielki, że zamyka im usta. Paraliżuje. Mają wątpliwości, czy ich wspomnienia zostaną uznane za wiarygodne, prawdziwe.

Historia na scenie rozgrywa się symultanicznie na dwóch planach czasowych: w okresie wojny, gdy rozpoczyna dorosłe życie młoda Stella Fiedelseid, którą wzruszająco subtelnie gra Dorota Bzdyla w kontekście powściągliwej, surowej scenerii(ciemne, monochromatyczne tło z prostokątną czarną kryjówką) i już w powojennych okolicznościach gdy swe losy opowiada przy stoliku, jak na spotkaniu autorskim, w krwistej marynarce(jak znaku ostrzegawczym) Stefania Milenbach, w tej roli opanowana, rzeczowa Grażyna Barszczewska. Wszystko to o czym mówi, wiedzą ci, którzy znają PIANISTĘ Romana Polańskiego, KRYJÓWKĘ Pawła Passiniego, LISTĘ SCHINDLERA Stevena Spielberga, WYBÓR ZOFII Alana J. Pakuli, dorobek literacki, dziennikarski Hanny Krall i wiele, wiele innych dzieł dokumentalnych, fabularnych, wspomnieniowych, pamiętnikarskich.

fot. Danuta Matloch/ Muzeum Polin

Historia Stelli Fiedelseid/Stefanii Milenbach, jest kolejną-szczerą, osobistą, intymną-relacją, odsłaniającą gorejącą ranę, która z czasem się zabliźniła. Ale czy na pewno? Spisywanie wspomnień zapewne było swoistą terapią ale i powinnością wobec tych, którzy zginęli. Również dla nas, którzy żyją dzisiaj i dla przyszłych pokoleń, bo historia  ujawnia sytuacje graniczne, nie do pojęcia, niemożliwe do oceny gdy człowiek człowiekowi, sobie samemu, najbliższym odmawiał prawa do godności, szacunku, człowieczeństwa, do życia. Doświadczenie Holokaustu przekraczało wszelkie granice. Testowało ludzkość.  Sprawdzało, ile zła może znieść, jak zachowuje się kat i ofiara w warunkach masowej zagłady. Czy może żyć po niej. Jak daje sobie radę.

Siła dramatycznego przekazu spektaklu rodzi się ze scenicznej narracji, bo ważne jest co i jak wypowiedziano ale też to, co zostało tylko zasugerowane czy przemilczane. Nie jest łatwo scenicznie oddać jednocześnie zamysł relacji, przedstawić zdarzenia  i zilustrować treści. Wytworzyć nastrój grozy bez epatowania tragizmem. To zasługa udanej reżyserii Anny Skuratowicz. Ważny jest doskonały scenariusz Patrycji Mikłasz-Pisuly i Anny Skuratowicz, minimalistyczna scenografia Julii Skrzyneckiej, stapiająca dwie perspektywy: przed i po wojnie, jakby stanowiły jednię, żyły, uzupełniały się, przeglądały jedna w drugiej. Nie bez znaczenia są skontrastowane kostiumy Alicji Skurzyńskiej (wojenny, zgrzebny, obozowy Stelli Fiedelseid i współczesny czerwienią krzyczący Stefanii Milenbach), muzyka: Mariusza Boruszczaka, światło Pawła Śmiałka oraz projekcje, które przygotowała Anna Flaka. Ogromną rolę pełnią dwie wspaniałe aktorki: Grażyna Barszczewska i Dorota Bzdyla, łączące swą obecnością tragiczną młodość i pogodzoną z życiem dojrzałość w jeden człowieczy los. W świadectwo walki przeciw złu, dowód siły wobec śmierci.  Dla triumfu życia, miłości, pamięci. Prawdy.

W gruncie rzeczy czekając na dzień wyzwolenia, wolności, pokoju- kiedy będzie idealnie, szczęśliwie, pięknie- każdy zmaga się z realnym złem tego świata, które w części sam generuje wątpiąc, poddając się, ulegając. Łudzi się, że nadejdzie czas spokoju, normalności, bezpieczeństwa. Ma nadzieję. Stefania Milenbach udowodniła, że Stella Fiedelseid zwyciężyła. Przetrwała. Po wojnie już w nowej rzeczywistości, z nowym imieniem i nazwiskiem, w nowym miejscu. Mimo wszystko.

Tytuł oryginalny

CZEKAJĄC NA DZIEŃ TEATR POLSKI W WARSZAWIE

Źródło:

okiem-widza.blogspot.com
Link do źródła

Autor:

Ewa Bąk